Wieloczęściowy poemat Algabal (1892) ma w tle postać postać rzymskiego cesarza Heliogabala (218–222 n.e.), despoty, rozpustnika i estety, który podeptał rzymskie obyczaje i wprowadził (nie całkiem bez powodzenia) kult syryjskiego boga słońca El Gabala. Na użytek świątynnego kultu sprowadził z Emesy pokaźnych rozmiarów czarny kamień (prawdopodobnie meteoryt). Nie zawahał się zmusić do ślubu westalki. Miał osiemnaście lat, kiedy pretorianie odcięli mu głowę i wrzucili ciało do rzeki. Ujęcie Georgego oscyluje między fascynacją i grozą, nasycone trudną do oddania muzycznością, poświęca nierzadko morfologię, składnię i sens na rzecz niesamowitości emocjonalnego i szarpiącego klimatu.
Przekład z przygotowywanego zbioru „Hymny – Pielgrzymki – Algabal”
Wy hale prześwietne bogato strojone
Nie wiecie co pod stopą wam spoczywa –
Mistrza nie wabi nabrzeżny krajobraz
Jak ten co w łonie wód olśniewa.
Domy i dziedzińce jak on opromienia
I pod krokami stworzenia zaklęte
Nieporównane i wzgórza i źródła
I groty w szale zrodzone promienne.
Jedne się w zimach wiekuistych świetlą
Inne rudami stubarwnymi wrzące
Z których klejnoty niczym krople ciekną
Migoczą i tlą się od świec czuwających.
Strumienie które w wyższych płyną sztolniach
Jak szkarłat · jak rubiny świecą i granaty
Przebarwiają się i bledną w niskich wodach
I odtąd płyną jak kwiecie różane.
Na zielonych morzach w portach zatracone
Kołyszą się łódki co wioseł się proszą ·
Umieją też wwiercać się w oporne fale
Przy palczastych rafach I ziejących smokach.
Stworzeń które budzi i nimi zarządza
Jakaś nowość wzniosła ucieszy go czasem
Gdzie oprócz niego nikt woli nie włącza
Gdzie on sam włada pogodą i światłem.
Obok była komnata bladej jasności ·
Białego światła i białego blasku smugi
Dach był szklany · ton wyblakłej sierści
Na dole śnieg a w górze światło chmury.
Na ścianach matowa boazeria z cedru ·
Sto pawi kręgiem stoi na niej z przodu ·
Puch mają lśniący jak pióra łabędzie
A długie treny mają połysk lodu.
Z każdej ozdoby sypią się barwne promienie:
Z błyszczącego oślepiająco metalu
Z kości słoniowej i mlecznych opali
Z diamentu alabastru i kryształu.
I perły! jasne dary mrocznych głębi
Co się toczycie niczym ludzkie twory
A przecież na policzku ciepłej gładzi
Mokry chłód wytrwale wciąż się sączy.
Leżała tam też kula z litego kamienia
Którą we wczesnej młodości się bawił ·
W ciągu dnia czysty był palec cesarza
Gdy trzymał ją przed sobą oblewaną łzami.
O matko mojej matki Dostojna i dumna
Jakże mnie gnębi twój surowych szereg słów:
Twój zarzut że nie do ciebie należy mój duch
I że go tak niebacznie koło uszu puszczam.
Czyś pomyślała ile włóczni świstało
Kiedym walczył na Wschodzie o koronę sam
I chwała i zarzuty śmiałka spotykały
Którego wtedy jeszcze nie pojmował świat?
Nie bezsilność mi odradzała to wasze działanie ·
Jego czcze urojenia odgadłem od razu ·
O pozwól mi bez sławy i bez nienawiści
Własnowolnie się trzymać kolein wybranych.
I nie chcę brata czynić sobie obcym.
– Odgadłem wszak we śnie twojego oka mgnienie? –
Ty ochoczo go wiążesz z dziełem poronionym ·
Twój nakaz mu niewolnika nakłada odzienie.
Patrz jestem delikatny niczym kwiat jabłoni
I jak nowy baranek pokojem się cieszę ·
Lecz tkwi żelazo kamień i czyreń ogniowy
Uparcie · niebezpiecznie w umyśle wstrząśniętym.
Zstępuję w dół po schodach marmurowych ·
Tam ciecze mego brata najdroższa mi krew ·
Trup bez głowy spoczywa na szlaku tej drogi.
Ja chwytam tylko lekko purpurowy tren.
Tak mówiłem tylko w w moich dniach najcięższych:
Chcę by było w ludzie umieranie i jęki
I każdy prześmiewca do krzyża był przybity.
A to jest złość co mnie samego dręczy.
JA jestem jako jeden, jak WY jako wielu
Ja czynię to co życie czyni ze mną
I choćbym smagał ich do krwi rózgami
Oni mają ziarno, mają gry szermiercze.
Gdybym w ich stroju o sobie zapomniawszy
Skrycie się dopasował do pustego gwaru
– Obawiam się – nigdy bym ich nie nienawidził
Dobrze wymierzając własnego moc rodzaju.
Potem przed każdą ciżbą bym zatrzasnął rygle·
Spoczywałbym bez życzeń łagodny i jasny
I niemalże siostrze podobne oblicze
Odbiłoby patrzącemu zwierciadło niekłamne.
Na rynku zobaczyłem tę czcigodną
Tę z białych sióstr pochodu najpiękniejszą ·
Jak płaszcz książęcy leżała zwykła wełna
Wokół jej pleców jej ramion ugięcia.
W spektaklu potem gdy się ofiary mnożyły
I aplauz krzyczały tłumy zachwycone ·
Przeznaczeni śmierci cesarza czcili:
JEJ oko było surowe luźne i głębokie.
Gdy krótkie to wspominam uniesienie!
Oderwałem kapłankę od ołtarza ·
I wszystkie kraje niosły dary narzeczeńskie ·
Ja potoków złoto niosłem i balsamy ..
I wątpiąc czy to nowe szczęście będzie moje
Znalazłem tylko źródło mej udręki nowej ..
Posłałem ją do trzódki jej z powrotem ·
Miała jak inne znamię na sobie.
A jeśli nawet chmur wykładacz mnie okłamał
I ja sam przez ofiary i przez orłów loty?
By nigdy tego pączka warga czysta
Jadu przyjacióki z wiatrem nie sączyła ·
By przez obfitość maści i korzenia
Skróciła sobie chwile dusznego więzienia ·
By spryskana wina i konopi sokiem
Ociężałe żyły ożywiła sobie
Tak błagając dopóki uwiędła nie stanie
Przed kolumny surowym marmurowym ciałem.





