Akwaforta
Torami wagonami wygnani
a jednak coś w nas zostało
odległość jakby nijaka
w sercu fatamorgana
ulicą w wózku oseska
corsem z topolami
otoczony wzruszonym
oceanem dorosłości
cumy nigdy nie oddane
ciągną za mną witryny
bibliofilskiej dzielnicy
z kalejdoskopem ulic
nazw pozmienianych
tylko brama ta sama
numer jedenaście
przez Halicki obok katedry
do fontanny Neptuna
spieszony tęsknotą
w kołysce wiatru
w szkwalistych myślach
podstarzałego domu
z akwafortą nostalgii
za mną bruk pędzi
ruchomym piaskiem
wciąga nie puszcza
słabowity staruszek
odźwierny miasta
Inne miasto
Za każdym razem gdy mówią kresy
jakiś nerw wibruje trąca strunę rzeczy
miraży kruchość busolę narzeczy
niezagubionych głosów w nawale
bełkotu języków wojennej pożogi
sięgających wieżyc tego miasta
niosących golgotę jakby można
góry przenosić i krzyżować
czas wielokrotnie
pozostały milczące drzewa sumienia
utajona w liściach puszka Pandory
zamaskowane pseudonimy ulic
bruk nieustannie gotowy
za kurtyną Siemiradzkiego
schowane sceny banalne
obrazki nie z tego miasta
w wolnym powietrzu
kolejny zygzak historii
wychynął z panoramy
otrząsa się z fałszywej
chwili śmierci
skrzypią koła dorożki
bałaguła bałakiem
przywraca pamięć
innego miasta
Kresowy renesans
Tamten czas został zabity
dla przyczyny odmiany
dla innej rzeczywistości
chrzęstu żelaza krzyku
palonego powietrza
i plagi nagłego
porzucenia
lęk zwyczajem szarańczy
oblepił dostojne domy
klucze straciły znaczenie
wyrosła gangrena gruzu
w ulicznych przeciągach
łańcuchy rozpaczy
zniewolone jutro
miasto zmieniło kształty
w kolejny wariant
synonimów nazwy
w zgliszczach zostały
ocalałe truchła strachu
na wszelki wypadek
z kołatką pamięci
zagubioną sentencją
przepowiedni jutra
strofą renesansu
z człowieczeństwa
Wychodzi ze zdjęcia
Znów wywozi mnie
mój wehikuł myśli
na rubież skąd przyszliśmy
a właściwie skąd przegnani
mówią wypędzeni w obcość
ze wszystkiego odarci
odcięci od korzeni
dzisiaj stygmat we mnie
koczuje pod nagim sercem
pełnym znaczeń i miraży
okiennice uchylają powieki
śledzą nieufnie stąpanie
na szachownicy bruku
nasze zaborcze oczy
ze łzą ukrytą w środku
i dzwonu klangor lecący
nad nami w chmurze
moja ulica po licach spływa
deszczu falami jesiennym liściem
lwowskich lip Batorego
potem Piłsudskiego torami
w górę dzwoniącym trambalem
na bal bezdomnych na wały
powałęsać się piosenką
na chwałę hewry
razem wziętej
do wiersza
gdy wychodzi ze zdjęcia
a tamte domy zostają
zatrzaśnięte na głucho
w sepii poczęte
notuję tylko smutek
dostojnych kopuł
ciężki od granatu
śpiącej nocy
na gwiazdach
Jadąc do Lwowa
† Adamowi Zagajewskiemu
Gdy poeta pisał jechać do Lwowa
to było wśród nadziei marne życzenie
domy tam stały wciąż zaczadzone
wrogim narzeczem schodami krzyku
ze strachem stróżującym w bramach
w ulicach śniących złą rzeczywistość
dzisiaj stare werniksy wolności
w tęsknocie serc pękają w rany
wyciągają z kufrów pamięci
lekkość dotyku matki ręce
błękitne chwile Pohulanki
ulotny świat dzieciństwa
tam teraz zwiedzać możesz
w obcym kalejdoskopie miasto
układać stary świat z kamienic
jednak nie łatwo poecie
stawiać okrutną przeszłość
pod pręgierz serca
jedynie cmentarze wciąż żyją
tam w słowie odnajdziesz
bolesną czasu chwilę
rozdartą metrykę
urodzenia
21. Marzec 2021
Przepowiednia
† Stanisławowi Dziedzicowi
Jeszcze idziemy
jeszcze nam słońce
pod nogi rzuca cienie
nasze popołudniowe
chwile istnienia
a wokół las kamieni
piramida pamięci
w Krzemieńcu
góra Czercza
wielowiekowy kirkut
wąską ścieżyną w górę
wśród traw feretronów
à rebours zapisanych
żałobnych sentencji
mówimy o sławie
kresowej pamięci
wędrując w dialogu
zagubionej przeszłości
na wyciągnięcie ręki
jakbyśmy nową
pamięć stwarzali
dla tych co jutro
i co po nas
tymczasem obłok
ciąży macewą deszczu
bije kroplami psalmu
w ulotność istnienia
mementem
8. Kwiecień 2021
Pod kandelabrem metafory
Na liczniku kresowe wertepy
i sterty dyń w Ikwy opłotkach
nużąca droga do Krzemieńca
do wód wrażliwości wieszcza
tam czeka wrzesień
w podwojach dworu
kandelabr metafory
Wołyńskich Aten
smak dodany do słowa
literackiej jabłoni
będę czytał z liści
o przemijaniu światła
będę się mocował
z widnokręgiem
wracając do Lwowa
na kolana domu
i będę malował
zbieranymi ziołami
dziecięcą wrażliwość
nasłuchując ech bałaku
aż ucho uchwyci sensy
które już nigdy
nie powrócą
i między wersami
zagubię samotność
chorobę poetów
wśród złudzeń
autokarem jadę
na Kresy wiersza
po odrobinę blasku
wciąż utrudzony
szukaniem ścieżek
mądrości
między kwiatami
pośród kamieni
z ziemi pointą
Z wrześniowego powietrza
Nad kresowym miastem
chmur różowych barok
zmierzch co kryje obcość
elektrycznych świateł
fruwające dzwony
spiżu śpiewne żale
memento czasu
jakby nigdy nic
ulice te same
chodzące brukiem
po starej mapie
i wciąż słychać
między cyrylicy
rozgwarem
szepty polskich liter
składane w wersy
nad jałmużną ręki
łacińską katedrą
z wrześniowego
powietrza
lekką jak piórko
od śpiewnych elegii
z kamienia
Ta ja ze Lwowa!…
Franciszek Haber urodził się w 1942 roku we Lwowie. Jest poetą, prozaikiem, publicystą, ale też żeglarzem i podróżnikiem. Jak na globtrotera przystało, poznałem go w Krzemieńcu – rodzinnym mieście Juliusza Słowackiego. Wstępowaliśmy na Górę Bony, przy grobie matki Juliusza Słowackiergo słuchaliśmy listów „matki do syna”. Ta tradycja – czytania listów na cmentarzu Tunickim przy grobie Salomei Słowackiej – wprowadzona została chyba przez panią Irenę Sandecką (1912-2010) – strażniczkę polskości w Krzemieńcu po II wojnie światowej. Wędrowaliśmy po zarośniętym wysokimi trawami, usytuowanym na zboczu góry Czerczy, cmentarzu żydowskim, którego najstarsze udokumentowane pochówki sięgają XVI wieku. I tak już nam zostało, że jeśli się spotykamy, to gdzieś w drodze, przy okazji… Częściej spotykamy się na kartach książek poetyckich wydawanych przez Franciszka. A tych jest wiele od debiutu w 1975 roku na łamach „Tygodnika Gliwickiego” i od ukazania się pierwszej poetyckiej książki „Warkocze rozplecione w wersety” w 1994 roku. Należy bowiem do tych, którzy chętnie przelewają na papier swe emocje. Nie wiem, kiedy to robi poeta, bo przecież w poezję ubrać codzienność nie jest chyba tak łatwo. A może tak mi się tylko wydaje?… Ostatnia – a może to już przedostatnia – książka, to prawie tysiąc stronnicowy, opasły tom, zatytułowany „Strofy istnienia” autorstwa Franciszka Habera. Jest to wybór wierszy dokonany przez autora, zapewne prezent przy okazji pięknego jubileuszu – 80. urodzin, ale i literackiej rocznicy 30-lecia ukazania się pierwszej poetyckiej książki, nie wspominając zbliżającego się w 2025 roku 50-lecia debiutu poetyckiego. Podkreślam tu poetyckość, bowiem Franciszek Haber jest także autorem książek prozatorskich, podróżniczych ale i poradników żeglarskich. A skoro o żeglarstwie wspomniałem, nie można pominąć także jego literackich zasług w twórczości żeglarskich szant! Niezwykle interesującym wstępem książkę „Strofy istnienia” opatrzyła Beata Bednarz, która posiada niezwykłą „kresową wrażliwość”. Tym razem przydała się i sprawdziła w analizowanych przez nią poezjach nie tylko kresowych, ale i żeglarskich oraz podróżniczych. Oj, nie jeden pozazdrości Franciszkowi odwiedzanych miejsc, ale też i przygód z morskich wędrówek… W dedykacji, w której życzy mi miłej lektury, napisał: „Załączam »kawałek« mojego życia”… Serdecznie dziękuję poecie i gorąco polecam twórczość Franciszka Habera. Na tych bez mała tysiącu stron każdy znajdzie wiersze, w których znajdzie cząstkę siebie, a może nawet się w nich zakocha? Kto wie! Bowiem, jak pisze Beata Bednarz – „Poezja to dla Franciszka Habera świat niedopowiedzeń i intelektualnych zagadek, który czerpie z dziedzictwa serc i mądrości ziemi. (…)”. Natomiast „lektura zebranych w książce wierszy jest niezapomnianą przechadzką między wersami, jak gdyby w ogrodzie między szpalerami kwiatów”.
Gratuluję Poecie jakże pięknej, także pod względem edytorskim (projekt okładki i układ książki Cyprian Zadrożny), książki!
Janusz M. Paluch

Franciszek Haber, „Strofy istnienia”, 2024





