Bohdan Wrocławski – Jeden wiersz

0
67
Bohdan Wrocławski
Bohdan Wrocławski

Klucze żurawi

Las ostygł
pojedyncze słowa wybiegały z krzaków jałowca
wiecznie przerażone błądziły wzdłuż linii papilarnych

zaszedłeś tu któregoś popołudnia
do dziś widać przezroczyste smugi twojego głosu
rozsypane wśród gruzów skalnych
cień zwątpień
wiecznego przerażenia
modlitw i obietnic
składanych w wapiennych wnętrzach greckich świątyń

zechcesz mnie przekonać że to twoje wieczne prawo
podróżowanie od brzegu plaży
w głąb morza
do granic leśnych duktów

małych osad
zafascynowanych swoją obecnością między chmurami

czyimś szlochem
którego niewyraźna interpunkcja
przebija się ze środka zdania

tymczasem lato wygania młode ptaki z gniazd
na odległym brzegu ktoś gra na gitarze

ale wszyscy którzy mogli go słuchać odeszli

twoje myśli zaczynają taniec wzdłuż pięciolinii
za granicą nadbrzeżnych mgieł
w poprzek wysychających łęgów i rozpaczy

czasem wysoko spokojnie lotem doświadczonego jastrzębia

drżą czubki jodeł
ich istnienie w leśnym półmroku
cień pełen niedokończonych pragnień dociekań
wątpliwości
chęć ucieczki której zrozumieć nie potrafimy

obłędna melodia palców pozawiązywanych
w dopływy i odpływy morza

wysoko zawieszona poświata zabłąkanego księżyca
szeleści niczym porzucone papierki
od czekoladek

ale
nadchodzi dzień  pejzaż załamuje się powyżej sztormowych fal
aż do samych kolan

rozumiesz odgadujesz to są sny
z których ktoś nakazuje ci uciec

czujesz się bezbronny
przywalony zimnym oddechem kosmosu

wchodzisz do przypadkowego ogrodu
niebieszczeją niezapominajki trwa owadzi koncert

zapach kwitnących drzew więzi twoje oczy
wśród rozwieszonych na gałęziach pajęczyn
zawieszony między światłem mrokiem i grzechem
drżysz
zapewne przestajesz oddychać
pod czujnym okiem pająka

jego cień i twój cień nakładają się na siebie
ten krzyk plami cały obraz
i zawsze obojętne światło gwiazd

nikt nie chce pozostać w tym miejscu
ze śladami historii najstaranniej wymazywanymi gumką
z zeszytów szkolnych

dobiega cię zapach żywicy 
nasycony wyobraźnią drwala

niczym wilgotne wióry
upadają słowa jedno drugie całe akapity
słychać brzęk miśnieńskiej porcelany
którą ktoś nieopatrznie zrzucił na ziemię

twoje myśli pustoszeją jak wybudzony sen

tymczasem las ostygł
jakiś człowiek którego zgubiłem w dzieciństwie
wyszedł przed wielką orkiestrę symfoniczną
i z wniesionymi do nieba oczami umierał

to patetyczne
zawołasz uwięziony wśród strun starych skrzypiec
i tą odrobiną światła
która błądzi na skraju twojego głosu

więdną w nim wiosenne kaczeńce zerwane zbyt wcześnie
jesienny zapach liści chrzanu

puste domy których nie zasiedliła żadna wyobraźnia

próbujesz wejść do  wnętrza jednego z nich
w smugach letniego popołudnia
obserwujesz przemieszczające
się odrobiny kurzu

twoja wyciągnięta przed siebie ręka
odnajduje fragmenty dzieciństwa
nerwowo rejestruje pojedyncze słowa
pozbawiona równowagi spada w dół wodospadu

już wiesz
pokój do którego zabłądziłeś jest zbyt ciasny
na jego kredowych ramionach wciąż szuka swojego miejsca
czyjeś natchnienie – nie jesteś w stanie go zaakceptować

to właśnie tak zapamiętuje się najdalsze pejzaże
zawiązane w blizny na własnych pragnieniach

cienie sosen w zimowe popołudnie
zbyt powściągliwe wobec własnych marzeń
i nadziei

tymczasem strumień wzdłuż którego brzegów błądzisz
skręcił gwałtownie

w jego aortach zastygły fragmenty krwi

z  fascynacją obserwujesz jak ktoś bardzo odległy dotyka
swoją twarz być może przywołuje łzy

a później odlatuje z naszych piersi
jednym z tych niespokojnych i ciężkich lotów
jakie czynią późną jesienią  klucze przemarzniętych żurawi

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko