Jan Stanisław Smalewski – Wiersze

0
135
Maria Wollenberg-Kluza


Jabłonie tańczą w sadzie

W moim sadzie zakwitły czereśnie
oby tylko mróz nie sparzył kwiatów
żeby im słońce nie dopiekło

ten zapach dotyk
jak narkotyk dotyk wiosny
radość uniesienie taniec nieba

biel kwiecia nie dorówna śniegom
pławi się w oczach jakość nowa
oczyszcza życie i się święci

a tu nad sadem gradu chmura
nie dajmy jej objąć ramieniem
rozkwitających drzew czereśni

2
Ostatnie w sadzie kwitną jabłonie
jabłoni kwiat spłoniony nieco
to że ostatni czy że po nim
będzie już tylko puste niebo

śliw delikatność wiosny drżenie
bo zaraz liść się sypnie gęsto
wraz z liściem sypną się chrabąszcze
ptactwo uwielbia chrząszczy mięso

3
Mój sad już przekwitł
w sadzie znikły zapachy kwiecia
żywej wiosny
wiosna umarła miała szczęście
zatańczyć z jabłoniami tego roku

ja miałem szczęście w sad ten wchodzić
dotykać znowu mojej wiosny
raz jeszcze rodzić mi się przyszło
z odejściem zimy

Na co czekać

6 maja – w 76 urodziny autora


Symbole

Kiedyś ta Pierwsza zerwała jabłko z drzewa
nie trzeba rymu niepotrzebny
zaciemnia sprawę
bo kobieta przez wieki dla męża
tylko naczyniem była
czy uczyniła to dla niego
wysłużył się w grzechu jej ramieniem

Jabłoń rodziła kwaśny owoc
to czemu
słodycz z ust spłynęła
dlaczego nie skwaśniało wino
ocet niezbędny był
by odniesione w bitwie rany
ta Druga octem mu przemyła

chocholi taniec zna historia
życie niejeden taki wir
w pamięci przetrzymywać musi
żeby później jabłonie mogły
wspominać swe wiosenne gody
żeby te Trzecie – nimfy muzy
śpiewem sławiły swe rozrody


Śpiew i granie

Jabłonie tańczą w moim sadzie
ja już nie tańczę z jabłoniami
ostatnie jabłka zrywam właśnie
podam je Ewie by szarlotkę
upiekła dla mnie

albo niech na wino sok nastawi

wino pić mogę lubię nawet
ten trunek wszelaki ból uśmierza
dodaje animuszu sławi
nawet wyczyny nie – rycerza
jabłoń niczemu się nie dziwi
i też się garbi słabnie
soki w niej stygną stygnie pamięć

chocholi taniec życie moje
i moich życie też jabłoni
nic dziś nieważne
śpiew i granie
i tylko taniec taniec taniec

I tylko ten chocholi taniec


Poezja i miłość

Miłosne uniesienia są bliskie poezji
ale ona sama bywa im uległa
– kto widział starą gruszę by kwitła jesienią?

Uniosła się w miłości podnosząc ją z kolan
by rozdać obdzielić wszystkie polne miedze
by ją ofiarować ostatnim wędrowcom

Miłosne uniesienia są bliskie poezji
Jeszcze bliższa dzisiaj jest jej jemioła
co się zagnieździła w topolach na miedzy

pod gałęzią której karzą się całować
ufając że kto kocha będzie oczyszczony

Czas na jemiołę miłość uniesienie
na ogień w kominku może szklankę wina

Czas na odwagę gdy wiatry jesienne
rozwiewają wiersze niczym liście z topól
Tylko miłość pozwoli nam zimę przetrzymać


Studium wiersza

1
Podobno paleontolog znalazł go w archaiku
tkwił w pokładach zwapniałego światła
śpiewał o jego wielkości

Warstwa po warstwie odkładał się w ziemi
a teraz milczy o wszechmocy słowa

Oto dowód: pteroptak wiersza
znak wyryty na ścianie jaskini
– skale wykruszył oczy otworzył jej serce

Czy paleontolog przypuszczał kiedyś
że dotknie jego skamieliny

2
Szukam go w pokładach pamięci
co kurzem zalega na mym starym domu
jak pień drzewa warstwami narasta
a przecież chodzi o zwyczajną jabłoń

o owoc bliski dłoniom matki
o atrybuty drwala cieśli i stolarza
– Mój ojciec Kazimierz
przy jabłoni wyglądał jak biblijny Adam

Szukam i znajduję
mgłę rozgarniam nad nim –
O jaka gęsta jak chłodno mym dłoniom

Jest i rajska jabłoń
choć dziwnie skarlała –
Może dziczka po niej

Jest –
chłodem położył się na pierwszej mogile


Wybrał mnie los
bym otwierał oczy innym

Na chybił trafił poprzez eliminację jajeczek i plemników
stało się wybrał ślepy los – jestem – byłem między Wami
Oddychając tym samym powietrzem stawiałem stopę na ludzkiej Ziemi
Kochałem i byłem kochany

Wybrał mnie ślepy los bym opowiadał o tym
co w życiu najważniejsze a także co ważne nie jest
Szkodliwa jest nienawiść – buduje fortele wbija w plecy noże
I zazdrość – podglądanie Boga świętokradcze gesty

Czas rajskiej jabłoni nie powróci nadszedł czas jemioły
– chłodu i wilgoci Wybrał mnie ślepy los żebym niósł płomień
co oświetla grzeje – To płomień miłości do brata i siostry
– Nie gaście nadziei – mówił Wielki Papież

Mówił i czynił otwierał Wam oczy Poeta jest mały jak pyłek w książnicy
choć jego słowo bywa niczym kamień grot włóczni
ramiączko na ramieniu pięknej zalotnicy Poeta za półboga ma słowo
dlatego w nim wiarę głosi – Nie gaście miłości reszta tylko wiatrem


Dywagacje na temat śmietnika

Próbuję zrozumieć bezdomnego – jego czas
w którym śmieciarka zastępuje walec życia
Trzeba odwagi by mówić prawdę o sobie
Stanąć przed lustrem czasu i głęboko spojrzeć w oczy

Przez uchylone okna nie tylko przeciągi –
nieprzyjemny zapach śmietnika przykro drażni nozdrza
– pełne kubły śmieci stoją już kilka dni
Ile razy dziennie można grzebać w śmieciach
poszukując czegoś co może się przydać

Trzeba odwagi by podejść do bezdomnego
zaproponować mu talerz gorącej zupy
Trzeba podejść i zobaczyć jak potrafi śmierdzieć człowiek
kiedy tak bliski jest śmietnika

Trzeba odwagi by pogodzić się z prawdą że
nie ma ludzi drugiego sortu są tylko odrzuceni
– segregacja nie zawsze przebiega planowo
Czasami wystarczy obudzić się za wcześnie
lub za późno spać się położyć

Trzeba odwagi by mówić prawdę o sobie
w oczekiwaniu na porządek rzeczy któremu coś podlega
nie zdając sobie sprawy z niezależności śmietnika
którego zapachy życia tak bliskimi są śmierci


Siedząc… przy barze

Na dworze upał Kawiarnia bez klimatyzacji
ale chodził wentylator – mieszał powietrze
co sprawiało wrażenie że było chłodniej

Przyszła rozejrzała się i usiadła przy stoliku
rozpięła jeszcze jeden guzik bluzki
i powiedziała uf

W kawiarni pustki Nie licząc siedzącego przy barze
autora tego wiersza nad pełnym kuflem piwa
– oczywiście po podaniu Z czasem piwa ubywało jak życia

Nie czekając na zaproszenie podeszła do stolika
zapytała czy może się przysiąść
i wyprzedzająco powiedziała dziękuję
A potem: mam ochotę na coś zimnego

Wolała drinka Odkąd tu przychodzę – wyjaśniła –
piję dżin Oczywiście z tonikiem łagodzi skutki upału

A od kiedy pani tu przychodzi żeby się napić?
– Na wścibskie pytanie uzyskałem lakoniczną odpowiedź:  
Odkąd mój mąż siedzi


Oczekiwanie

Czekam na śniadanie potem na obiad
czekam aż się ochłodzi i spadnie deszcz
aż dojrzeją porzeczki i maliny
zakwitną dalie a później wrzosy

Czekam na jesień
wiem że po zimie wróci wiosna
cykliczność zmian w przyrodzie nie ma końca
– zazdroszczę przyrodzie

Czekam aż wydrukują kolejną moją książkę
wiersz
aż ukaże się w gazecie artykuł o starym człowieku
którego zabiło słowo

Starszy o chwilę od dziecka
o chwilę młodszy od starca
tak po prostu czekam
– przemijanie jest radością życia

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko