Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
121

Czytać, czytać, dużo czytać

To już mój kolejny hołd złożony wspaniałości eseistyki literackiej profesora Ryszarda Koziołka. W ostatnie lata oddawałem ją zbiorom jego esejów: „Dobrze się myśli literaturą”, „Ciałom Sienkiewicza. Studiom o płci i przemocy”, „Wielu tytułom”. No i teraz „Czytać, dużo czytać”. Na swój własny, czytelniczy użytek tę ucztę intelektualną i estetyczną nazywam – jestem przekonany, że profesor Koziołek się nie obrazi – koziołkiadą, bo autor jest intelektualistą nie tylko wybitnym, bardzo uczonym, ale też barwnym i brawurowym. Jego reflektor rzucany w różne punkty literatury ma tak przenikliwe światło „podczerwone”, że ze starych kształtów wydobywa kształty nowe, barwy nowe, detale, a nawet całe zupełnie nowe i zaskakujące esencje, także z tych dzieł literackich, do których przez dziesięciolecia, a nawet stulecia przywarły kanoniczne już i nienaruszalne zdawałoby się interpretacje i wykładnie krtyczno-literackie i analityczne.

Zaczyna Ryszar Koziołek od pochwały czytania: „Większość z nas nie stworzy wypowiedzi porównywalnej z wersem Kochanowskiego, dialogiem Wyspiańskiego, opisem Schulza. Czytanie powinno zatem – w teorii – prowadzić do uwiądu naszej własnej mowy, do pokornej rezygnacji z własnych słów na rzecz tych nieskończenie doskonalszych. Tymczasem jest odwrotnie: im więcej czytam, tym bardziej chcę mówić. I mówię lepiej, bardziej świadomie”. Porusza Ryszard Koziołek w swoim zbiorze zagadnienia rozmaite. W „Człowieku skulonym” analizuje charakterystyczny dla naszych czasów, paradoksalny w warunkach tak ogromnych możliwości poznawania innych, fenomen zamykania się narodów, społeczności, grup politycznych, etc. w swoich bańkach świadomościowych przy równoczesnej ślepocie na to, co jest poza ową bańką (kulą). Zagadnieniu ekspresji tożsamości Polski poświęcony jest szkic „Polaków portret własny”, za punkt wyjścia biorący sławną przed 44 laty (1979) wystawą malarską w Krakowie, która stała się epokowym zjawiskiem autodiagnozy narodowej za pomocą sztuki. W „Kompleksie Darwina”  pokazuje eseista wpływ wielkich odkryć w domenie nauk przyrodniczych (w tym teorię ewolucji Charlesa Darwina) na literaturę i jako na pierwszą powieść, która podjęła XIX-wieczną naukę o przyrodzie wskazuje „Jaszczura” Honoriusza Balzaca, powieść o zużywaniu się życia. W szkicu „Jak reformuje się młotem” posługując się postacią i reformą Marcina Lutra….. Szkic „Po Pilchu” jest hołdem złożonym dokonaniom  i fenomenowi tego „krotochwilengo Hioba” jak Koziołek nazywa zmarłego pisarza. Szkic „Zorba, czyli życie niepolityczne” jest pochwałą powieści, której generalny przekaz polegał na wezwaniu do kultu życia jako takiego, niekrępowanego przez powinności narodowe, polityczne, ideologiczne i wszelakie wspólnotowe. „Pani Literatura” z kolei, to hołd złożony pisarstwu Olgi Tokarczuk jako „wspaniałej pochwale różnorodności i bogactwa mówiącego świata, który nie ma kulturowego centrum. Dodatkiem do „Pani Literatury”, a raczej jej kontynuacją jest „Konfuzjon”, esej o najnowszej powieści noblistki, o „Empuzjonie”, także jako dialogu, polemiki z męskim, szowinistycznym duchem, z którego wyrosła „Czarodziejska góra” Tomasza Manna. O literackich fascynacjach autora w młodzieńczym okresie czytania i o najnowszych konotacjach, także ideologicznych i politycznych związanych z funkcją literatury dla młodzieży traktuje szkic „Moje zdziecinnienia”. O wrażeniach autora ze współpracy z redakcją „Tygodnika Powszechnego” przy Wiślnej 12 w Krakowie (nigdy  tam osobiście nie dotarł z Katowic) i o kilku jeszcze innych tematach traktuje kolejny zbiór wyśmienitych esejów wielkiego eseisty Ryszarda Koziołka.

Ryszard Koziołek – „Czytać, dużo czytać”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, str. 247, ISBN 978-83-8191-642-4

„Dekameron” nieśmiertelny jak miłość i erotyzm

Mój Boże, jak wypada powiedzieć ateiście, cóż można dodać do tego, co przez pięćset lat napisano o tym wielkim dziele starej literatury włoskiej, perle literackiej Renesansu w Italii, perle literatury erotycznej? A napisano o „Dekameronie”, który niedawno wznowiło wydawnictwo MG, w pięknej szacie, z reprodukcjami wspaniałych drzeworytów Augustina de Zani z wydania z roku 1518 – na dziesiątkach tysięcy stron, co jak zawsze czyni piśmiennictwo poświęcone dziełu literackiemu tysiące razy swoją objętością przekraczającym objętość samego dzieła. Sięgnijmy więc tylko po wielkiego znawcę literatury i kultury epoki, Mieczysław Brahmera, który w przedmowie do polskiego wydania „Dekameronu” z roku 1955 napisał obszernie o genealogii indywidualnej Boccaccia, o charakterze jego pisarstwa, o jego tle społeczno-politycznym, w tym tle „Dekameronu”, o interpretacjach jakie  w odniesieniu do niego formułowano. Na przykład za nietrafne uznaje Brahmer  doszukiwanie się w Boccacciu prekursora wolterianizmu i Oświecenia, bo widzi w nim wyłącznie człowieka swojej epoki, a libertyński nastrój niektórych nowel, to rezultat nie myślowej spekulacji i buntu, lecz wyjścia naprzeciw naturze rzeczy. Za nietrafne uznaje też dostrzeganie w Boccacciu satyryka, ponieważ (co w „Dekameronie” jest bardzo wyraźne) na nic się on nie oburza, niczego nie krytykuje, traktuje porządek rzeczy jako naturalny, nawet jeśli z niego podkpiwa. Nie był więc Boccaccio materiałem na rewolucjonistę, ale jego dzieło na pewno utorowało erotyzmowi i miłości zmysłowej drogę ze sfery ciemnego tabu na światło dzienne. No tak, tylko że właśnie żyjemy w czasach, w których miłość cielesna dawno już nie jest za zasłoną tabu, choć wcale nie tak dawno (w XX wieku) jeszcze  była, a i dziś, wbrew pozorom nieograniczonej wolności, jeszcze w niektórych przestrzeniach taką pozostaje. Czy jednak te historie mężatek i panien, których cnota strzeżona jest przez mężów i ojców, ci sprytni uwodziciele potrafiący pokonać najtrudniejsze bariery dzielące ich od upragnionych kobiet i ich łóżek w ciemnych alkowach, skąpo tylko oświecanych świecami, ci komiczni rogacze albo coś podejrzewający albo niczego nieświadomi, cały ten świat obyczajów XIV-wiecznej włoskiej arystokracji i bogatego mieszczaństwa – czy wszystko to może nas jeszcze zajmować i bawić, skoro żyjemy w rzeczywistości tak diametralnie odmiennej?

Podobne pytanie zadał Mieczysław Brahmer: „Jak zwykle, gdy idzie o książkę dawną, nastręczają się dwa punkty widzenia: jej znaczenie historyczne i wartość obecna. Obie zresztą sprawy splatają się z sobą. Czym był „Dekameron”  chwili, gdy się ukazywał, i czym zdołał pozostać już dziś? Dwie strony tego samego medalu, określające jego cenę”.

Czytam te słowa Brahmera blisko siedemdziesiąt lat po ich publikacji, ale w moim subiektywnym odczuciu „wartość obecna” „Dekameronu” nadal jest aktualna. Nie tkwi ona jednak w tle obyczajowym i politycznym, mogącym być atrakcyjnym na zasadzie archaicznej ciekawostki. Tkwi ona w prawdzie uczuć erotycznych i miłosnych. Choć zakwitały w innej scenerii, w innych warunkach materialnych, cywilizacyjnych, w innych strojach, choć wyrażane są innym językiem, to swoim zmysłem realizmu i wyczuciem natury ludzkiej Boccaccio sprawił, że prawda z „Dekameronu”, mimo upływu stuleci, nie wyparowała i mimo innej frazeologii to są te same uczucia i podniecenia, które my znamy z naszego życia, z naszych czasów. Niech więc żyje „Dekameron”, wiecznie żywy. Nieśmiertelny jak miłość i erotyzm.

Giovanni Boccaccio –  „Dekameron”, przełożył Edward Boyé, ilustracje: drzeworyty Augusito de Zani (z włoskiego wydania „Dekameronu”, Wenecja 1518), Wydawnictwo MG, Warszawa 2022, str. 838, ISBN 978-83-7779-855-3

Łazik kiedyś i dziś

Dziś „Łazika z Tormesu”, wydanego przez Państwowy Instytut Wydawniczy, i powieść pikarejską czyta się z tym rodzajem przyjemności estetycznej, z jakim dotyka się i syci oko gustownymi bibelotami. A przecież ten literacki zabytek, to „niewiniątko” znalazło się w 1555 na kościelnym Indeksie Ksiąg Zakazanych.  W roku 1555 „Łazik” godził, w opinii inkwizytorów w porządek państwowy i religijny? Dziś jedynie bawi jak zabawka. Oto miara drogi, jaką ludzkość przemierzyła ciągu niespełna pięciuset lat. Na czym polegała obrazoburcza wymowa tej pikarejskiej (czyli łotrzykowskiej) opowieści? A ot choćby na tym, że tytułowy bohater daje swoim życiem wyraz swojej wolności od ograniczeń nakładanych przez społeczeństwo i system, ustrój, instytucje, konwencje. Ta wolność skromnego plebejusza, „małego żuczka” wydawała się inkwizytorom groźną zapowiedzią buntu. „Ciągłej tułaczce łotra przyświeca marzenie o polepszeniu swojego losu. A tego typu marzenie było wtedy, co dziś wydaje się niewiarygodne, traktowane jak niebezpieczna broń, jak bomba z podpalonym lontem. Innym czynnikiem nadającym „Łazikowi” status obrazoburczy było – jak czytamy w posłowi Soni Fajkis – „odrzucenie tradycyjnego kodu literackiego przedstawiającego rzeczywistość jako stały, niezmienny ład”. Taki wyidealizowany ład panował choćby w powieściach miłosnych czy rycerskich. „W zamian, powieść pikarejska „powołuje rzeczywistość zmienną i zależną od punktu widzenia”, a więc niezwiązaną wymogami społecznego prządku. Łazik porusza się pośród ludzi wszystkich warstw, od najniższych do najwyższych, a wszyscy oni, reprezentujący ogromną paletę wad (głównie) i zalet (bardzo rzadko i wyjątkowo) stają w tym samym szeregu demokratycznego uniwersum, w którym wielmoża ma właściwie taki sam status powieściowy jak żebrak. Realistyczny, prawdziwy, nielukrowany obraz świata jawił się jako zagrożenie dla ładu opartego na kłamstwie i iluzji. Bohater „nie jest związany z żadnym kodem społecznym czy moralnym, nie ma jednej wartości, która mogłaby go określać”. A wszystko zależne jest od przypadku. A taki obraz świata staje się niebezpieczny dla panującego, opresyjnego porządku. Realizm sam w sobie jest rewolucyjny. Skoro przecież taki jest bohater plebejski, to dlaczego również przedstawiciel świata możnych nie miałby mieć równie płynnego statusu? „Wszystko w świecie Łazarza (Łazika) jest odwrócone do góry nogami i trudno tu znaleźć jakikolwiek punkt oparcia. (…) Jest to świat zupełnie inny niż ten wyidealizowany w powieściach pasterskich czy romansach rycerskich (…)”.

Można dziś czytać „Łazika z Tormesu”, jako bibelot, smaczny kąsek estetyczny, którego smakowanie nie jest niczym innym jak obcowanie ze światem, który stara metryka czasowa i literacka pokryła nalotem, mchem sympatycznego archaizmu i na który patrzy się jak na stary odbiornik radiowy z zielonym okiem. Jeśli jednak chcemy poznać dawną wagę tej literatury, jej obrazoburczy, społeczny potencjał, warto lekturę Łazika” poprzedzić zapoznaniem się z posłowiem „Łazik z Tormesu” i narodziny powieści pikarejskiej” autorstwa cytowanej tu Soni Fajkis, w którym mowa jest nie tylko o jej początkach, ale także właściwościach, wpływach jakie wywierała na powieściowy gatunek i jego ewolucję. To literaturoznawcze oprzyrządowanie ani trochę nie odbiera czaru i przyjemności lekturze,

„Łazik z Tormesu”, przekład Marceli Tarnowski, posłowie Sonia Fajkis, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 117, ISBN 978-83-8196-548-4

Wieszanie, czyli duch i materia historii

Biskup Józef Kossakowski, hierarcha powieszony podczas słynnych majowych pierwszych wieszań w Warszawie za Insurekcji Kościuszkowskiej, był nie tylko księciem Kościoła, ale też właścicielem składu przedmiotów żelaznych oraz brudnej, a nawet podobno „zapaskudzonej” bielizny. Mógł się o tym przekonać lud (hołota, pospólstwo, tłuszcza, motłoch), tłumnie asystujący przy wieszaniu biskupa 9 maja 1794 roku pod kościołem świętej Anny. Podobno biskup był skąpy i szkoda mu było często opłacać praczkę.

Takich to – i setek innych – smakowitych szczegółów, w tym o treściach ówczesnych ogłoszeń prasowych, sposobie użycia szuwaksu, rodzajach atramentu czy truciznach na szczury dostępnych w ówczesnej Warszawie, można dowiedzieć się z wznowionego ostatnio (tym razem przez wydawnictwo Evviva l’Arte) „Wieszania” Jarosława Marka Rymkiewicza, rzeczy pysznej literacko i po prostu rozkosznej w lekturze. Jeszcze nikt chyba nie napisał o wieszaniu na szubienicy tak lekko, finezyjnie, z wdziękiem, atrakcyjnie. („Dzień był więc słoneczny, a promienie słońca, które przesuwały się nad Warszawą 9 maja, w porze wieszania oświetlały Rynek od południa”). Nota bene, Rymkiewicz oparł się w dużym stopniu na ówczesnej prasie, co poświadcza, że nie ma to jak gazety jako źródło wiedzy o przeszłości. Jednak brudne gazie biskupa to tylko jeden z – by tak rzec – barwnych ozdobników tego historycznego eseju. Pierwsza podstawowa teza, do której chce nas przekonać autor, jest taka, że słodko i zaszczytnie jest wieszać dla ojczyzny. I ludzko – bo przecież zwierzę zwierzęcia nie powiesi. Druga teza brzmi – gdyby wiosną i wczesnym latem 1794 (28 czerwca) roku lud Warszawy powiesił króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, króla Stasia, Polska stałaby się dojrzałym narodem, zdałaby coś w rodzaju historycznej matury, a losy narodu potoczyłyby się inaczej. Króla, jak wiadomo, nie powieszono, ale za to pobożny lud polski, umiejący odróżniać Boga od jego urzędników, powiesił dwóch biskupów, jednego w maju, a drugiego, Massalskiego, w czerwcu. Chciał też powiesić trzeciego, Skarszewskiego, ale ten, według jednej wersji, wykpił się podobno łapówką, według drugiej – dzięki łaskawości i łagodności Tadeusza Kościuszki. Niewiele brakowało, a powieszono by prymasa Michała Poniatowskiego, ale ten, wcześniej, sam się otruł. Rzecz jednak i w tym, że owe majowe i czerwcowe wieszania zdrajców i arystokratów targowiczan były dziełem głównie protoplastów radykalnej lewicy polskiej, jakobinów polskich, których ideowym przywódcą był „Robespijer polski”, ksiądz podkanclerzy Hugo Kołłątaj. Jeśli zważyć, że przy wieszaniu maczał palce także radykalny ksiądz-jakobin Józef Mejer (jeden z upamiętnionych na tablicy widniejącej na fasadzie arkad pałacu Komisji Rządowej przy placu Bankowym), to oznacza, że nim lewica przyjęła kolor czerwony, miała czarne barwy sutanny (!). Pamięć tamtych wieszań weszła do polskiej tradycji historycznej, o czym świadczy słynny rysunek wykonany z natury przez Piotra Norblina, który zdobił i chyba zdobi niektóre podręczniki szkolne do nauki historii. Warto przy okazji wspomnieć, że dy ukazało się pierwsze (Sic!2006) wydanie „Wieszania”, zostało przez publicystów wpisane w ówczesną debatę o „dezubekizacji” i lustracji. Dziś można by je wpisać w spór o postawę JP II i innych hierarchów i księży.

Jako się rzekło, brawurowy, mistrzowski esej historyczny JMR,  w którym wolterowska niemal ironia, erudycja i reporterska naoczność opisu, ścigają się o lepsze z barwnością i plastycznością fascynująco wizualizowanej historii, gdzie – jak w znanym tricku filmowym – współczesna fotografia miejsca przeobraża się na naszych oczach w obraz olejny z XVIII wieku lub w XIX-wieczny dagerotyp. Dobrze, że wznowiono to kapitalne dzieło, bo dzięki temu przeczytałem je po raz trzeci, z niesłabnącą satysfakcją.

Jarosław Marek Rymkiewicz – „Wieszanie”, Evviva L’Arte, Warszawa 2022, str. 257, ISBN 978-83-960258-9-0

Smakowity łotrzykowski keks Tomasza Łubieńskiego

Po raz pierwszy Tomasz Łubieński napisał o sobie, bo do tej pory zajmowała go, jako pisarza wielka historia i wielkie postacie. „Bić się czy nie bić”, o roku 1794, 1830 i 1863, „Czerwonobiały”, rzecz o Ludwiku Mierosławskim, „Norwid wraca do Paryża”, rzecz także o polskiej emigracji w ogólności, „1939. Zaczęło się we wrześniu”, „Ani triumf ani zgon. Szkice o powstaniu warszawskim”, „M jak Mickiewicz” – to był ten diapazon w którym poruszał się Łubieński jako eseista historyczny. Wreszcie, osiągnąwszy osiemdziesiątkę plus postanowił opowiedzieć o sobie we wspomnieniach zatytułowanych „Osiemdziesiąt plus minus”, wydanych przez „Iskry”, w tonie nieomal buffo, z autokpiną, autoironią, cokolwiek w stylu powiastki filozoficznej i współczesnej opowieści pikarejskiej (łotrzykowskiej). I nie jest to rezultat jakiegoś wyboru konwencji, lecz naturalna konsekwencja jego natury psychicznej, postawy wobec życia. Bo Łubieński zawsze tak na siebie samego spoglądał, można by nawet powiedzieć, że po szwejkowsku, choć oczywiście nie jest to stężony szwejkizm czeski, ale taki trochę rozwodniony, przeniknięty jednak romantyzmem szwejkizm polski. Wyrażał się on w osobnej postawie Łubieńskiego, w jego sceptycyzmie wobec nadęcia polskiego, polskiego imperatywu straceńczego, polskiego kolektywizmu patriotycznego. Jak sam powiedział na promocji tytułu, wywołując gest bezradnego rozłożenia rąk przez prowadzącego promocję Macieja Wierzyńskiego, bardzo często wolał „spędzić czas na nartach lub na kobiecie” niż na zbiorowej aktywności dla ojczyzny, którą kuszono go, choćby ze względu na jego poglądy i nazwisko. Dlatego nawet gdy go 13 grudnia 1981 roku internowano, to po szybkim zwolnieniu jego główną troską było wyprowadzenie na spacer psa. Także samo internowanie opisał Łubieński tak, jakby pisał o kimś innym, w tonie drwiny, bez cienia nadętego patosu, tak jakby obserwował spektakl teatralny. „Osiemdziesiąt plus minus” ma charakter opowieści anegdotycznej, roi się w niej od postaci ze świata artystycznego i politycznego, takich jak Jerzy Giedroyć, Czesław Miłosz, Janusz Głowacki, Marek Piwowski, Marcin Król, Michał Jagiełło i dziesiątki innych. Pojawiają się postacie kompletnie zapomniane jak przedwcześnie zmarły utalentowany krytyk literacki Ryszard Zengel, jak reżyser teatralny Tadeusz Minc, pojawia się wątek radzieckiego małżeństwa Łubieńskiego, jego dzieciństwo, młodość i rodzina, z ojcem Konstantym Łubieńskim, nazywanym tu „Kostkiem”, pobyty we Francji, na Krecie, wyprawy wysokogórskie, będące szczególną pasją Łubieńskiego. W czasie lektury niczym w kalejdoskopie przesuwają się przed oczyma czytelnika dziesiątki interesujących postaci, zdarzeń, miejsc, spraw i zagadnień, opisanych barwnie, z dyskretnym poczuciem humoru, dystansu i autoironii. To taki smakowity keks obficie nafaszerowany bakaliami. A dlaczego wspomnienia Tomasza Łubieńskiego skojarzyły mi się z gatunkiem powieści pikarejskiej, łotrzykowskiej, której kulminacja przypadła na XVII-wieczną Hiszpanię? Bo życie Łubieńskiego pełne było przygód, jak życie Łazika z Tormesu czy Pablosa z powieści Francisco de Quevedo. Bo tak jak oni, przeżywając życie, jednocześnie bacznie i z ironią je obserwował. Bo jak prawdziwy bohater tego gatunku był raz „klientem” francuskiej z policji, a choć nosił znakomite nazwisko, potrafił w młodości kraść wiśnie z cudzej działki i „dać w dziób”. Bardzo smaczny jest ten wspomnieniowy keks Tomasza Łubieńskiego. Tylko się raczyć.

Tomasz Łubieński – „Osiemdziesiąt plus minus”, Iskry, Warszawa 2023, str. 295, ISBN 978-83-244-1137-5

Dziennik Kłapouchego

Prezes Wiesław Uchański od czasu do czasu podpytuje mnie, czy  przeczytałem ofiarowany mi jakiś czas temu, wydany przez „Iskry” „Dziennik hipopotama” Krzysztofa Vargi, tak jakby podejrzewał, że moja przedłużająca się lektura wynika z tego, że owe dzienniki nie podobają mi się. Jest wręcz przeciwnie, podobają mi się tak bardzo, że sycę się nimi jak smakołykiem, jak delicjami. Lektura ta jest tak smakowita, że żal mi po łebkach przelatywać nad zdaniami, co od czasu do czasu zdarza mi się w przypadku książek niezbyt frapujących, nie wciągających, takich, które oceniam jako słabe. W tym przypadku każde zdanie wysysam jak smakowitą esencję, jak nektar z owocu. Nie będę tu oczywiście streszczał, nawet w skrócie, zawartości tego dziennika. Nie jest to ani celowe ani możliwe, bo „Dziennik hipopotama” nie tylko liczy sobie przeszło 600 stron, ale jest jak kalejdoskop, jak wirówka zdarzeń, postaci, zjawisk, tytułów książek, filmów, od której można dostać zawrotu głowy. Varga jest błyskotliwym felietonistą i ten jego dziennik ma coś z monumentalnego felietonu, aż skrzy się w nim dowcip, inteligencja, poczucie humoru, ironia, sarkazm i całkiem spora dawka mizantropii. W jego dzienniku dużo miejsca zajmuje literatura (w końcu mamy do czynienia z pisarzem z krwi i kości), ale nie lękajcie się wy, którzy obawiacie się, że mogą to być jakieś nudne dywagacje polonistyczne. Nic z tych rzeczy. Varga pisze o literaturze barwnie, zajmująco, bo to nie jest jakiś zasuszony mól książkowy, lecz facet z krwi i kości, który wydobywa literaturę z życia i życie z literatury,  a poza tym i wypije i zje i zapali i pożartuje. Zatem te literackie wzmianki Vargi nie są jakimiś suchymi badylami czy zasuszonymi liśćmi, ale mają w sobie soczystość i aromat realnego życia. W tym dzienniku czuje się też osobowość Vargi, bynajmniej nie łagodną, ujutną, raczej weredyczną, cierpką, gorzkawą, niespokojną, nienasyconą, niecierpliwą. Nie tylko ludzie go drażnią, nie tylko różne przejawy życia zbiorowego, nie tylko władza, nie tylko absurdy dookolne. Niecierpliwość i drażliwość Vargi sprawia, że denerwują go nawet fenomeny natury. W letnich zapiskach z 2018 roku pojawia się motyw upalnego lata w mieście, motyw „upiornego upału” jako źródła udręki, upału jako złośliwego demona. Przypominają się utwory literackie, w których atrybuty klimatu pojawiają się niczym refren, niczym klątwa, jak upał w „Obcym” Alberta Camusa, w niektórych powieściach Conrada, jak upał w „tropikalnych”  powieściach Michała Choromańskiego czy uporczywy wiatr w jego „Zazdrości i medycynie” („wiatr wzmaga namiętności”), jak uporczywy, monsunowy deszcz w powieściach afrykańskich i iberoamerykańskich. Z „Dziennikiem hipopotama” wdziera się Varga w swoje życia jakby ni stąd ni zowąd, ni z gruszki, ni z pietruszki. Zaczyna nie wiedzieć dlaczego 25 kwietnia 2018 roku, a kończy go też z nagła, jakby nożem uciął, 21 marca 2020 roku. To rys człowieka znerwicowanego, jakim Varga niewątpliwie jest (ale kto nie jest?) i tegoż znerwicowania zapisem jego dziennik jest też. To co w tych zapiskach dominuje, to weredyczne joby i fleki, jakie Varga na lewo i na prawo rozdaje. Jego joby zbiera nie byle kto: Wiesław Myśliwski, Krzysztof Zanussi, Andrzej Żuławski, Grzegorz Leszczyński, Adam Zagajewski, Jerzy Stuhr i cały legion innych. Z różnych powodów, o których trzeba by dłużej, ale po co, trzeba samemu przeczytać „Hipopotama”, a poza tym miejsca nie ma.  Ale n.p. pisarka Joanna Bator zbiera joba za brak poczucia humoru i niezrozumienie dowcipu, Zygmunt Miłoszewski za zapuszczenie wąsów, Paweł Lisicki za brak talentu, Stefan Chwin za nie dość szybką odpowiedź na komplement, matka Vargi i rodzina za całokształt, michnikowska nagroda Nike za pogardę dla epiki i promowanie „literatury skrawków”, Piotr Zaremba za mendowatą obraźliwość, Remigiusz Mróz za coś innego. Mamy więc joby, flekowanie, marudzenie godne Kłapouchego od Milnego, zgryźliwe wywalanie żółci na cały Mokotów, Warszawę i świat.  Najdłuższe tyrady skierowane są pod adresem Kościoła. A pomiędzy tymi jobami i flekami, uwagi o lekturach, klasycznych i współczesnych, o obejrzanych filmach, spotkaniach z czytelnikami, mękami z nielubianą matką, kolacjach u znajomych, spotkaniach z kobietami, potem chwila samobiczowania się za nieudane życie, pogardliwe jeremiady na nieczytający naród polski i sugerowanie, że śmierć już tuż, tuż. A potem znów zgryźliwe joby itd., itp. Są tego w książce tony i nie da się nawet tylko jednego procenta wymienić. Czy ja krytykuję „Dziennik hipopotama” Krzysztofa Vargi? Ależ nic z tych rzeczy, a do niektórych jego jobów i fleków mógłbym się nawet przyłączyć, choć humor mam obecnie nieco lepszy niż Varga w 18-tym. Bo „Dziennik hipopotama” czyta się wspaniale z całym dobrodziejstwem inwentarza, z całym tym jego wiecznie złym nastrojem, zniesmaczeniem, z niechęcią do tego okropnego, obrzydliwego świata, z mizantropią i zgryźliwością, z całą błyskotliwą inteligencją i z jedynym w swoim rodzaju stylem Vargi. Ja się od lektury tych dzienników oderwać nie mogłem. Jak to się czyta! Palce lizać! I zapewniam, że nie kpię sobie, pisze poważnie.

Krzysztof  Varga – „Dziennik hipopotama”, „Iskry”, Warszawa 2020, str. 636, ISBN 978-83-244-1073-6

„Szatańskie wersety” jak opowieści Szeherezady

„Szatańskie wersety” Salmana Rushdie obrosły legendą z powodu fatwy, jaką islamiści nałożyli na pisarza, któremu zarzucili obrazę Mahometa. Tych kilka akapitów mu poświęconych, bynajmniej nie nienawistnych, lecz pokazujących jego ludzką naturę, bo tylko tyle wątek ten zajmuje w powieści, stało się kamieniem obrazy zadecydowało o życiu pisarza  w ostatnim trzydziestoleciu, od lutego 1989 roku. Ale może właśnie dlatego warto machnąć ręką na ten przereklamowany i przeakcentowany wątek i napisać o samej powieści, o jej problematyce, stylu, formie, wymowie. Bo „Szatańskie wersety”, wydane ponownie po latach, tym razem przez poznański „Rebis” warte są lektury nie z powodu wspomnianego wyżej kontekstu ideologiczno-religijno-kryminalnego, ale jako wybitna powieść o świecie, o krzyżujących się Wschodzie i Zachodzie, o dziejach narodzin islamu, o Koranie, o świecie Orientu i jego duchu oraz wkładzie w cywilizację ziemską, o Dobru i Złu, w której fantazja miesza się z rzeczywistością. Przestrzenią akcji powieści są Indie, Arabia i Wielka Brytania, czas współczesny miesza się i krzyżuje z historią Arabii VII wieku. Oś fabularną powieści tworzą losy dwóch indyjskich aktorów ocalałych z katastrofy lotniczej, aczkolwiek „bajeczny”, nieco popowy, „bollywoodzki” charakter fabularnej inicjacji jest tu najmniej potrzebny wobec nieogarnionej fantazji całej powieści. Po części jest ona także opowieścią o Mahomecie, a także o pielgrzymce do Mekki. „Szatańskie wersety” są  brawurową, pełną rozmachu, wielowątkową panoramą tego świata, barwnym, różnorodnym freskiem, obfitością barw i arabesek przypominającym perskie dywany. Opisując ten malowniczy, piękny, ale też okrutny świat, pisarz ukazał proces jego dekompozycji, proces wnikania Nowego w jego tradycyjną tkankę. Z brawurą i fantazją człowieka Wschodu, urodzonego w Indiach, ale wykształconego i uformowanego duchowo i intelektualnie w Wielkiej Brytanii, Rushdie namalował monumentalny fresk, będący jednocześnie apoteozą wielokulturowości i różnorodności, hybrydyczności, swobodnego mieszania się ras, narodów i  idei. „Szatańskie wersety” czyta się tak, jakby sięgało się do skarbów Sezamu, jakby oglądało się barokową feerię  kolorów, kształtów, zapachów i smaków Orientu. Bujność ta przywodzi na myśl bujność indyjskich legend, indyjskich rzeźb, bogactwo przyrody i kultury Orientu.  Przywodzi też na myśl baśnie Tysiąca i Jednej Nocy, opowieści Szeherezady czy opowieści staroindyjskie. Może też przywieść na myśl skojarzenie z przepychem powieściowego świata prozy iberoamerykańskiej, „realizmu magicznego” z lat siedemdziesiątych. Lektura „Szatańskich wersetów” to prawdziwa literacka, bajeczna uczta.

Salman Rushdie – „Szatańskie wersety”, przełożył Jerzy Kozłowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2022, str. 605, ISBN 978-83-8188-643-7

Opowieść o literaturze made in USA

Profesor Marek Paryż, amerykanista, ani odrobinę nie przesadził pisząc o swoim koledze po fachu, profesorze Krzysztofie Andrzejczaku, że jest on „jedynym polskim amerykanistą literaturoznawcą, który pisze książki akademickie w formie zarysów wybranych zjawisk”. Domyślam się, że profesor Paryż miał na myśli to, że łatwiej natrafić na analityczne teksty szczegółowe, skoncentrowane na jednym pisarzu, jednym zjawisku, a nawet jednym zagadnieniu niż na rozległe syntezy obejmujące całość zjawisk z zakresu danej literatury narodowej. Trudno osobie, jak ja, spoza kręgu uniwersyteckiego, orzec jaka jest tego przyczyna. Mogę się tylko domyślać, że pisanie syntez wymaga wiedzy bardzo rozległej i wysiłku zakrojonego na szeroką skalę, a także pasji czytelniczej, podczas gdy koncentracja na jakimś detalu czy przyczynku jest dużo bardziej komfortowa. Poza tym zdolność rysowania klarownych syntez wydaje się rzadsza niż predylekcje szczególarskie i detaliczne. To jednak tylko spekulacyjna hipoteza. Ale wróćmy do naszych baranów. Chwaląc pracę badawczą i rozległość wiedzy kolegi, profesor Paryż nie dość, jak na mój gust, podkreślił inny jeszcze walor jego wydanej przez krakowski „Universitas” syntezy „Od Hemingwaya do # powieści Me Too”.Tym walorem jest styl, jakim została napisana, klarowny, barwny, błyskotliwy, połączony z kolosalną erudycją. Inaczej mówiąc, syntezę Krzysztofa Andrzejczaka czyta się znakomicie, z doprawdy  z wcale nie mniejszą przyjemnością niż prozę, która jest tematem tej pracy. Nazwałbym nawet „Od Hemingwaya do # Me Too” opowieścią o powieściach. Atrakcyjność naukowego pisarstwa Andrzejczaka nie była dla mnie zresztą zaskoczeniem, ponieważ mam już za sobą lekturę jego wydanych w 2012 roku, także nakładem Universitasu, „Opowieści literackiej Ameryki. Zarysu prozy Stanów Zjednoczonych od początków do czasów najnowszych”. Tamten tom, podobnie lekko i atrakcyjnie napisany, zaczyna się od zabytkowych już autorów XVII -wiecznych a kończy na prozie początku wieku XXI. Profesor Andrzejczak doszedł jednak jak przypuszczam do wniosku, że to co wydarzyło się w prozie amerykańskiej w horyzoncie naszych czasów, warte jest dużo bardziej szczegółowego potraktowania niż takie, jakie było możliwe w syntezie poświęconej okresowi czterystu lat. Za pisarzy otwierających tę przestrzeń czasową uznał autor Ernesta Hemingwaya i Williama Faulknera, których nazwał „Ojcami narracji”. Następni w kolejności to burzyciele pruderii z Henry Millerem, Vladimirem Nabokovem i Johnem Updike, „Tropiciele niepokojów Ameryki” ( z Normanem Mailerem, Kurtem Vonnegutem, E.L. Doctorowem i najmniej u nas znanym Donem de Lillo), twórcy „Żydowksiej magii i humoru” ( I.B. Singer i inni), pisarze czarnoskórzy („Piętno bycia czarnym”). Tych rozdziałów jest aż 17, więc wszystkich nie wymienię, ale wspomnę ostatni, o „Powieściach na nasze czasy, nowym realizmie, dystopiach i ekoprozie”, czyli o prozie najnowszej, o nazwiskach, o których bez Krzysztofa Andrzejczaka nie miałbym zielonego pojęcia, z jedynym wyjątkiem Cormaca McCarthy.

Krzysztof Andrzejczak – „Od Hemingwaya do powieści Me Too”, Universitas, Kraków 2022, str. 306, ISBN 978-83-242-3817-0

Paryski zwid i jego konsekwencje

Pomimo tego, że profesor Andrzej Mencwel (rocznik 1940) jest wybitnym uczonym, interesującym i oryginalnym intelektualistą, autorem znakomitych fundamentalnych dzieł poświęconych intelektualnej historii polskiej lewicy (m.in. „Etos lewicy”, „Przedwiośnie czy potop? Studium postaw polskich”, „Stanisław Brzozowski. Postawa krytyczna. Wiek XX”) wiadomość o edycji pierwszego tomu jego wspomnień, pamiętników, autobiografii (jakkolwiek je nazwać, acz być może najtrafniejsze jest określenie tytułowe: „powieść z życia”) z czasów dzieciństwa, wzbudziła we mnie obawę, czy nie dostaniemy kolejnego sentymentalnego, idealizującego oleodruku, jakich powstało w ostatnich dziesięcioleciach sporo. Obawa okazała się płonna. Andrzej Mencwel okazał się obserwatorem i komentatorem własnego życia i genealogii własnej rodziny krytycznym i nie uciekającym od prawdy. Jego obraz przeszłości uderza prawdą społeczną, mentalną, psychologiczną i nie jest wolny także od miarkowanej co prawda, ale szczerej, a fragmentami nawet dość odważnej, momentami naturalistycznej ekspresji na temat własnych impulsów, odczuć i przeżyć natury intymnej, erotycznej (to jedno z najciekawszych pasm tej opowieści, obecna m.in. w rozdziale „Psychodrama”). To dobra tradycja prawdy przekazu przeżycia, której klasyczny prekursorem zdaje się być Jean Jacques Rousseau w „Wyznaniach”.

Mencwel zaczyna swoją narrację nietypowo, nie od sielankowego opisu „kraju lat dziecinnych” (w przypadku Mencwela to Dolny Śląsk), ale od „paryskiego zwidu”, czyli impulsu doznanego podczas naukowego pobytu w Paryżu, impulsu, który był dla niego imperatywem do napisania owej „powieści z życia”. Z lektur jego dzieł naukowych i eseistycznych wiedziałem, że Andrzej Mencwel jest wybitnym piórem, ale nie przypuszczałem, że drzemie w nim także talent stricte literacki. Bo obraz jego dzieciństwa napisany został wybornie. Obraz życia rodziny, sylwetki bliskich, przyjaciół i znajomych, obraz materialny świata, w którym przyszło mu przeżyć dzieciństwo, jest nie tylko obfity, gęsty, ale także prawdziwy, sugestywny, bez upiększeń, gorzki, bez cienia minoderii, bez prób sztucznego wygładzania plebejskiego rodowodu, bez jakichkolwiek idealizacji.  Mencwel jawi się też jako świetny psycholog, autor świetnych, barwnych, wnikliwych portretów personalnych, jako ciekawy socjolog umiejący obserwować procesy społeczne i mentalne, jako ciekawy narrator umiejący oddać materialny, obyczajowy i psychologiczny klimat czasów. Mencwel nie poprzestał jednak na losach osobistych i rodzinnych i wprowadził do tekstu bardzo interesujące dygresje, n.p. o wielkim niemieckim pisarzu Gerhardzie Hauptmannie („Olbrzym Gór Olbrzymich”), o lekturach, które formowały jego rozwój umysłowy (n.p. o „Robinsonie Crusoe”  daniela Defoe czy „Komedii Ludzkiej” Balzaca), a także o charakterze anegdotycznym, jak anegdotyczna opowieść o niedoszłej „audiencji” u Bolesława Bieruta w Belwederze. Na jednej z ostatnich stron „Strony ojca” Mencwel wraca do intymnej strony swojej natury: „Niekiedy odczuwam nacisk ciemnych impulsów, wstrząsających mną jak rozzłoszczonym małym chłopcem tłukącym nagle szklaną kulę lub przebijającym wzdęty balon. Jakieś złoża resentymentów tkwią we mnie nadal mimo wszystkich racjonalizujących operacji, jakie latami przeprowadzałem”. I właśnie nie tylko wspomnieniowy mimetyzm „Powieści z życia”, ale także intrygujące, tajemnicze, ciemne pasma autobiograficznych wyznań Andrzeja Mencwela sprawiają, że z silnym zaciekawieniem będę czekać na tom drugi, na „stronę matki”

Andrzej Mencwel – „Powieść z życia. Strona ojca”, Nisza, warszawa 2022, str. 429, ISBN 978-83-66599-48-2

Historia ludzkości na szerokich wodach

Człowiek w 70 procentach składa się z wody. Nie tylko człowiek. Powierzchnia globu ziemskiego, to także w zdecydowanej większości, w 75 procentach, zatem w tej samej proporcji – woda. Tymczasem nikt do czasu napisania potężnego ze wszechmiar (ponad osiemset stron) dzieła Lincolna Paine nie wpadł na pomysł – a jeśli nawet wpadł, to tego pomysłu nie zrealizował – by ukazać dzieje ludzkości nie w jej przestrzeni lądowej, lecz wodnej, morskiej przede wszystkim, choć także rzecznej.

W tym ogromnym studium, od którego bogactwa merytorycznego aż w głowie się kręci i nie wiadomo od czego zacząć jego zaprezentowanie bohaterem jest „Zajmujący 75 procent mapy świata błękit, dla którego żółcie, zielenie i czerwienie są tylko tłem”. Owe żółcie, zielenie i czerwienie to niziny, roślinność i góry, w największym ujmując skrócie. „Tradycyjnie pojmowana morska historia jako przedmiot interdyscyplinarny i międzyregionalny obejmuje dzieje szkutnictwa, morskich szlaków handlowych, migracji czy bitew morskich. Tymczasem Lincoln Paine przyjmuje morską perspektywę jako metodę badania dziejów. Woda sama w sobie staje się zaskakująco odmiennym punktem odniesienia do refleksji nad historią ludzkości. Syntetyczne ujęcie autora obejmuje zagadnienia poczynając od prehistorycznych ludów morskich obszaru Oceanii i żeglarzy głęboko prekolumbijskiej Ameryki aż po przełom XX i XXI wieku. Istotnym jest wyjście poza europocentryczne pojmowanie dziejów. Czytelnik znajdzie informacje o interakcjach między różnymi kręgami cywilizacyjnymi zachodzącymi dzięki szlakom morskim. Paine ukazuje, w jaki sposób ludzie podróżując po morzach i rzekach, rozwożący swoje produkty i systemy społeczne – od języka przez gospodarkę po religię – wpływali na głębokie zmiany zachodzące na lądzie. Udowadnia, że technologiczne i społeczne przystosowanie się ludzkości do życia na wodzie (…) jest jedną z najważniejszych sił napędowych historii od zarania cywilizacji i we wszystkich kręgach kulturowych” – czytamy w nocie wydawniczej. Niezależnie od merytorycznej wartości tego naukowego dzieła, ileż może ono wywołać asocjacji w czytelnikach literatury marynistycznej i w widzach filmów o tematyce morskiej. Gdy się czyta dzieło Paine’a przypominają się marynistyczne powieści Juliusza Verne, Jamesa Fenimore Coopera, Rafaela Sabatiniego, Roberta Louisa Stevensona, Josepha Conrada, Hermana Melville czy Alfreda Szklarskiego i Karola Borchardta z jego „Znaczy kapitan” (marynistyka literacka niejedną ma postać), że wymienię tylko niektóre z najbardziej znanych nazwisk pisarzy, którzy uprawiali ten gatunek. A setki wątków marynistycznych w powieściach zasadniczo nie marynistycznych? A filmy takie jak „Karmazynowy pirat”, „Sokół morski”, „Angelika wśród piratów”, „Długie łodzie wikingów”, „Bunt na „Bounty”, „Lord Jim”? A „piracki” film Romana Polańskiego i wiele innych. Ileż młodzieńczych wrażeń jest z nimi związanych! U Paine’a mamy rzeki i morza w czasach starożytnego Egiptu, Greków, Rzymian i Fenicjan, chrześcijan i muzułmanów na Morzu Śródziemnym, archipelagi Dalekiego Wschodu, podróże dookoła świat, morskie i oceaniczne odkrycia i wiele innych tematów, aż po świat morski od lat 50-tych XX wieku i przełom z wiekiem XXI. Ileż wiedzy i ileż źródeł asocjacji i wspomnień w tym ogromnym dziele! Wysiłek przebicia się przez ten ogromny materiał opłaca się sowicie.

Lincoln Paine – „Morze i cywilizacja. Morskie dzieje świata”, przekład Julita Mastalerz, Klaudyna Michałowicz, Dariusz Skotarek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 808, ISBN 978-83-8196-407-4-9

Miasto w czasach kwitnienia

Po wydaną przez Państwowy Instytut Wydawniczy opowieść o średniowiecznej i renesansowej Florencji, „Jak drzewo kwitnące. Florencja średniowieczna i renesansowa” sięgnąłem wiele lat po moich dwóch pobytach w tym mieście. Zawartość tomu ewokowała wiele wspomnień ze zwiedzania tego pięknego, majestatycznego, choć melancholijnego w nastroju miasta. Napisałem „opowieść”, choć nie jest to popularna gawęda, lecz praca o charakterze naukowym. Rola Florencji  w historii Europy jest odwrotnie proporcjonalna do jej rozmiarów. To nawet dziś jest miasto niezbyt duże, choć zapewne nie miasteczko. Owa rola polega na prekursorstwie w sferze szeregu fenomenów, które tam się objawiły po raz pierwszy, a potem promieniowały na Europę i resztę świata. Bo Florencja to miasto w którym narodziła się po raz pierwszy idea republikanizmu, zanim powstała w okresie Oświecenia jego idea w pełni dojrzała. Instytucje, praktyki i duch republikanizmu został przećwiczony w historii Europy po raz pierwszy właśnie pod florenckim niebem. Autorzy opisali to bardzo drobiazgowo, pokazując jednocześnie jak bardzo republikanizm florenckiego ustroju owocował dynamicznym rozwojem ekonomicznym i względnie powszechnym dobrobytem, zjawiskami unikalnymi w takiej postaci w tamtych epokach. Bo to republikanizm uczynił Florencję jednym z najbogatszych jeśli nie najbogatszym miastem średniowiecznej i renesansowej Europy. O tym właśnie opowiada ta część tomu, która dotyka Florencji jako miasta banków i bankierów, miasta, gdzie narodziła się idea nowożytnego pieniądza, także jako instrumentu spekulacji spekulacji właściwej rodzącemu się dopiero kapitalizmowi. Prawdopodobnie ten właśnie charakter Florencji jako banku Europy, średniowiecznej i renesansowej Szwajcarii sprawił, że historia tego miasta jest z pewnego punktu widzenia „nudna”, spokojna, monotonna, z nielicznymi dramatycznymi zdarzeniami (jedyne spektakularne, to władza i upadek  dyktatury Girolamo Savonaroli). Dziś Florencja jest już tylko dość prowincjonalnym miastem Italii, a jej potęga z czasów Medyceuszy tylko wspomnieniem zaklętym we wspaniałej architekturze. Jest też wspomnieniem po czasach, gdy miasta były fenomenem na fali wznoszącej, wolne jeszcze od wynaturzeń współczesnego miasta. Bardzo interesująca lektura, nie tylko dla tych, którzy byli we Florencji.

Silvia Diacatti, Enrico Faini, Lorenzo Tanzini, Sergio Tognetti – „Jak drzewo kwitnące. Florencja średniowieczna i renesansowa”, przekład Hanna Podgórska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 200, ISBN 978-83-8196-561-3

Wojciech Solarz – barwnie – opowiada

„Spotkanych na drodze”, wydanych przez niewielkie wydawnictwo Poligraf z Brzeziej Łąki czyta się rewelacyjnie, bo autor, znakomity reżyser Wojciech Solarz, jest też świetnym, pełnym poczucia humoru narratorem, utalentowanym gawędziarzem. Wiem coś o tym,  bo gdy kilka lat temu udzielił mi wywiad i opowiadał mi o swoich pracach filmowych, w tym u boku Wojciecha Jerzego Hasa przy ekranizacji „Lalki” według Bolesława Prusa, to czynił to z barwną i sympatyczną, a przy tym całkowicie bezpretensjonalną swadą, która sprawiła, że osoby, miejsca i zdarzenia związane z pracą na planie objawiły mi się jako składniki opowieści wcale nie tak dużo mniej barwnej niż sam film. Jako wielbicielowi, wręcz fanowi tej wizyjnej, magicznej ekranizacji, opowiadał mi Wojciech Solarz m.in. o tym, jak ze współczesnego Wrocławia lat 1967-1968 wyczarowana została Warszawa lat 1878-1879, a także o barwnych perypetiach związanych z realizacją przez niego filmu „Ojciec królowej” i serialu „Wielka miłość Balzaca”. Momentami miałem nawet wrażenie, że niektóre detale o których pan Wojciech mi opowiedział, wykorzystał później w „Spotkanych na drodze”, którzy są połączeniem wspomnień z tzw. alfabetem, czyli zbiorem portretów postaci, z którymi autor miał interesujące spotkania. Personalną osią wspomnień są rodzice Wojciecha Solarza, wybitni działacze ludowi Ignacy i Zofia Solarzowie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mądry dystans do siebie i innych, spokój, zrównoważenie i autoironia oraz bezpretensjonalność w spojrzeniu na życie, w tym w szczególności na niełatwe i często zwariowane bytowanie w środowisku artystycznym i filmowym, niepoddawanie się jego szaleństwom, obsesjom i idiosynkrazjom, zawdzięczał Solarz swoim wybitnym i szlachetnym rodzicom. Urodzony  w 1934 roku Wojciech Solarz pamięta okiem dziecka II wojnę światową, powojenny chaos, powojenną Łódź, opisuje barwnie swoje czasy szkole, wejście w pracę w radiu i telewizji, przyjaźń z Agnieszką Osiecką, wyodrębnioną w osobnym rozdziale, czas studiów w łódzkiej szkole filmowej i ważne dla Solarza postacie z tego okresu, jak Antoni Bohdziewicz i Andrzej Munk. Osobną część stanowią barwne i niejednokrotnie zabawne (przynajmniej z perspektywy czasu) wspomnienia Solarza z okresu jego współpracy z legendarnym warszawskim Studenckim Teatrem Satyryków.  No i portrety szczególnie „niezapomnianych”, z różnych powodów – mniej lub bardziej przyjemnych, przez Solarza osób – jak Wojciech Jerzy Has, Andrzej Wajda, Zbigniew Cybulski, Tadeusz Konwicki, Jerzy Stefan Stawiński, Krzysztof Komeda, Witold Leszczyński, Józef Tischner, Romek Polański, Wojciech Kilar, Jarosław Iwaszkiewicz, Krzysztof Zanussi czy Bolesław Michałek. Część ostatnia, „Teatr z Pieśni” poświęcony został jego Matce Zofii i jej działalności na społecznej niwie kultury, w szczególności teatru. Trochę żałuję, że talent reżyserski Wojciecha Solarza nie bywał wystarczająco często wykorzystywany, bo o jego skali świadczą jego relatywnie nieliczne realizacje, zarówno filmowe, jak telewizyjne i teatralne, w tym także m.in. filmowa „Księga Tatr” na postawie epopei Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Na pocieszenie nadeszły w sukurs jego barwne wspomnienia o „Spotkanych na drodze”. Pyszna to lektura.

Wojciech Solarz – „Spotkani na drodze”, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka 2021, str. 267, ISBN 978-83-8159-558-2

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko