Franciszek Czekierda – MOJE SPOTKANIA Z KASKADERAMI

0
120

Ryszardowi Janikowskiemu,
kaskaderskiemu mistrzowi świata z Tuluzy.

1.  
Kierownik produkcji, Edward Sz., odchodząc z realizowanego serialu telewizyjnego Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, zorganizował w połowie lutego 1979 roku pożegnalny kulig na duktach leśnych w okolicy Radiówka pod Warszawą. Był mróz, wszystko było przykryte grubym kożuchem śniegu jak na filmach, w końcu byliśmy filmowcami. Przypomnę: była wówczas tzw. zima stulecia. Konie i sanie przygotowała Polska Rewia Konna, która w tej okolicy miała siedzibę (jedynym dzisiaj śladem po niej jest plakat Andrzeja Novaka-Zemplińskiego z 1977 Polska Rewia Konna). Występowali w niej kaskaderzy, m.in. Jacek Kadłubowski, Kazimierz Iracki, Kazimierz Sadowski, Lesław Buśko oraz „Cygan”, czyli Jerzy Celiński, wyróżniający się wśród nich nie tylko karnacją, ale i jakością jazdy konnej. Był najlepszym kaskaderem filmowym w scenach z udziałem koni.
Na miejscu zbiórki wsiedliśmy do sań, których było pięć lub sześć. Kaskaderzy powozili ostro, ale bezpiecznie, żadne sanie nie wywróciły się. Dukt był na tyle szeroki, że można było się ścigać, a podczas wyprzedzania rzucaliśmy się śnieżkami, zgarniając rękami śnieg z poboczy. Była niemal cała ekipa filmowa składająca się z dwóch części, warszawskiej i katowickiej. W tej drugiej znajdowała się sztukatorka, Grażyna, dziewczyna niezwykłej urody, mająca ciekawą oprawę oczu. W przerwie zorganizowane zostało ognisko, nad którym piekliśmy kiełbaski. Z Grażyną udało mi się wypić bruderszaft; udało, bo chronił ją przed natrętami nieźle już wstawiony rudobrody mikrofoniarz. Następnie zajechaliśmy do pobliskiej karczmy, gdzie czekali na nas muzycy. Rudy zaprosił ją do tańca. Po kilku kółkach runął pijany na deski. Zauważyli to kaskaderzy, którzy podnieśli go niczym wór ziemniaków, zanieśli do pomieszczenia obok i rzucili na kanapę. Po bruderszafcie wypadało mi się zaopiekować samotną i bezradnie stojącą istotą, bo najgorszą rzeczą jest – jak mówiła moja mama – porzucenie podczas tańca dziewczyny na środku parkietu. Tańczyliśmy razem do końca tej części imprezy. Potem biesiadowaliśmy przy drewnianych stołach. Po zakończeniu imprezy kaskaderzy zawieźli nas saniami na miejsce zbiórki, skąd wróciliśmy do Warszawy filmowymi taksówkami MPT (państwowe instytucje, a taką była produkcja filmowa, nie mogły zamawiać prywatnych „taryf”). Grażynę odprowadziłem do hotelu Bristol, gdzie kierownictwo produkcji serialu miało służbowe pokoje. Nazajutrz wróciła do Katowic. Nie podtrzymywałem z nią kontaktu, nie pamiętam, z jakiego powodu, a może bez powodu.
Było to moje najprzyjemniejsze spotkanie z udziałem kaskaderów, bajkowa przygoda.

2.
Jest to dykteria o kaskaderze, którą znałem z wypisów języka polskiego z ostatniej klasy liceum, fragment  Listów do pani Z. Kazimierza Brandysa.  Po wielu latach ponownie ją przeczytałem. Jak rzadko bywa przy takich powrotach, opowieść się nie zestarzała.
W Grecji kręcono film o przemytnikach. Poszukiwano kaskadera, który miał spaść z konia, ten zaś miał go ciągnąć za nogę przyczepioną do strzemienia, a po ściśle określonym czasie powinien odpaść. Zgłosiło się pięciu chętnych. Po kilku próbach czterech gości odwieziono do szpitala, z piątym nie próbowano. Przerwano zdjęcia. Po dwóch tygodniach sprowadzono kaskadera z zagranicy. Na planie pojawił się mrukliwy, krępy sześćdziesięciolatek. Niektórzy myśleli, że zaszło jakieś nieporozumienie. Kaskader, były kozak doński, zapytał reżysera, w którym miejscu ma upaść, od którego punktu ma być wleczony przez konia i gdzie ma się wyczepić ze strzemienia. Ekipa była zdziwiona tak szczegółowymi pytaniami, ponieważ bardziej martwiła się, żeby staruszek wyszedł cało z opresji, niż dobrym efektem zdjęć. Reżyser zaproponował ujęcie próbne, kaskader odmówił. Pogalopował na ostro; wyrżnął głową w oznaczone miejsce, prawą nową zarył w ziemię, lewą ręką przejechał po krzakach i odpadł od konia, jak wymagał tego scenariusz. Nie trzeba było robić dubla. Były kozak zainkasował 500 dolarów i nazajutrz samolotem wrócił do Paryża. Miał jedną zasadę, nie przekraczał dwóch upadków w miesiącu, z tego też powodu nie wystąpił w amerykańskiej superprodukcji Ben Hur za trzykrotnie większą stawkę.
Jest kilka powodów, dla których tekst Brandysa jest trzymający w napięciu:

–    zawód kaskadera był i wciąż jest nie tylko oryginalnym, ale i ryzykownym zajęciem, co uwielbiają młodzi,
–    kaskader pracuje w filmie, a więc w medium popularnym od dziesiątków lat,
–    kaskader ociera się o sławę, wciela się w gwiazdy i gwiazdorów dublując ich na planie,
–    widzowie lubią ich, a nawet kochają, jak niektóre kobiety kochają szorstkich brutali; wyczyny kaskaderskie budzą nieustający zachwyt (większość widzów uwielbia widowiska),
–    na przełomie lat 50. i 60., gdy Brandys pisał Listy do pani Z. w Polsce nie było jeszcze tej profesji, więc tym bardziej zawód ten był ekscytujący,
–    narrator w opowiadaniu występuje niczym arbiter godny zaufania, jego sądy są pewne, czytelnik zaś zgadza się z nimi,
–    konstrukcja opowieści jest klasyczna:

–    najpierw jest wprowadzenie i krótki opis zawodu, potem miąższ anegdoty,
–    kontrast między stereotypowym wyobrażeniem wizerunku bohatera-kaskadera, a jego rzeczywistym wyglądem (krępy staruszek) wywołuje zaskoczenie u czytelnika,
–    historia jest precyzyjna, analiza psychologiczna bohatera krótka, a wnioski ciekawe: autora mniej interesuje jego technika, bardziej zasady, czyli umiejętność samoograniczenia w wykonywaniu ewolucji, co budzi szacunek (tylko 2 upadki w miesiącu),
–    prosty język i potoczysta narracja dobrze okraszona zaskoczeniem i nie wymuszonym humorem; taki sposób opowieści jest fundamentem sukcesu opowiadania.

3.
W 2011 roku oglądałem wystawę fotografii Budujemy nowy dom. Odbudowa Warszawy w latach 1945-1952 przy ul. Karowej 20, gdzie kiedyś, pamiętam, był bank. Oglądając zdjęcia z tego okresu zauważyłem fotos, który przykuł moją uwagę: uchwycony w locie kaskader, Krzysztof Fus, skaczący na świerk z kolejki linowej Zakopane – Kasprowy Wierch podczas realizacji filmu w reżyserii Lecha Lorentowicza Znicz olimpijski (1969). Zdarzenie to – skok z kolejki górskiej polskiego kuriera uciekającego przed Niemcami – nie występuje w opowiadaniu Cezarego Chlebowskiego Nocne szlaki, na podstawie którego realizowany był film. Jednak ta fotografia, wykraczająca tematycznie i czasowo poza ramy wystawy (fotosista z filmu musiał być jej współautorem), uruchomiła we mnie wspomnienie spotkania z Fusem.
Było to w latach 80. na placyku przed wejściem do montażowni i dyrekcji WFD przy Chełmskiej 21. Fus stał w otoczeniu kilku osób, opowiadając o tym zdarzeniu. Po dwóch udanych skokach (pierwszy był próbny) zażądał zrobienia kolejnego dubla, bo chciał coś poprawić. Podczas wybicia się z progu wagonika pojawił się niespodziewany podmuch wiatru, który zniósł go w bok; lecąc nie trafił na świerk, choć w locie dotknął gałęzi. Z wysokości kilkudziesięciu metrów upadł na śnieg, amortyzując się w ostatniej chwili judowym padem. Doznał licznych złamań. Był częściowo sparaliżowany,  stracił pamięć, był w stanie śmierci klinicznej. Po długim czasie wyzdrowiał, a po żmudnej rehabilitacji powrócił do zawodu. Krzysztof Fus, postać pomnikowa w tym zawodzie, uważany jest za pierwszego profesjonalnego kaskadera filmowego w Polsce. Mając ponad osiemdziesiąt lat wciąż występuje w filmach.

4.
Był początek stycznia 2010 roku. Zatelefonował brat Leszek z Wrocławia.  

– Zginął Francmann – powiedział krótko.
– Co tym mówisz…? – nie wierzyłem.
– Szedł po torach kolejowych niedaleko swego domu. Nadjeżdżał pociąg, który głośno trąbił. Ludzie mieszkający w blokach przy torach krzyczeli z okien, żeby zszedł na bok, jednak on z uporem kroczył dalej… Zginął pod kołami pociągu.
– Kiedy?
– Czwartego stycznia, kilka dni przed rocznicą śmierci Cybulskiego.
– Szkoda Ryśka.
– Jego żona powiedziała prasie, że cierpiał na Alzheimera.
Ryszarda Francmana, znanego jako „Rico”, poznałem w maju 1986 roku w Brzezince na planie zdjęciowym amerykańskiego mini serialu Wojna i pamięć w reżyserii Dana Curtisa.Byłem wówczas kierownikiem planu części letniej (zimowa została nakręcona pół roku wcześniej z udziałem innego kierownika, któremu podziękowano). Dwa lata później spotkaliśmy się w Sanoku przy realizacji węgierskiego filmu Flisacy w reżyserii Judit Elek. Pewnego dnia ze zdziwieniem odkryliśmy, że za młodu mieszkaliśmy blisko siebie; on w Strzelinie, ja w Karszowie oddalonym pięć kilometrów na zachód. Mieliśmy więc wspólne tematy rozmów. Po pewnym czasie opowiedziałem o nim bratu. Leszek natychmiast skojarzył go z harcerstwem.- Pamiętam go, wysoki, mocno zbudowany.
– Tak. Teraz ma wielką brodę – uzupełniłem.
– Na początku lat sześćdziesiątych, gdy Płaza zakładała w podstawówce harcerstwo – kontynuował – przyjechał ze strzelińskiego hufca do Karszowa. Jako instruktor przyjmował od nas przysięgę.
Ryszard Francman był jednym z weteranów w zawodzie kaskaderskim, wystąpił w ponad pięćdziesięciu filmach. Pracę rozpoczął w 1969 roku w filmie Jak rozpętałem II wojnę światową.
Smutna konstatacja: jest on trzecim zmarłym tragicznie znajomym kaskaderem, po Krzysztofie Kotowskim, który w 1993 r. zginął podczas realizacji hiszpańskiego filmu Detektyw i śmierć oraz po Jacku R. zmarłym również w tragicznych okolicznościach w 2003 r.

5.          
Dostanie się do elitarnego grona kaskaderów nigdy nie było sprawą łatwą, należało spełnić szereg surowych wymagań, zresztą jak i teraz. Wiadomo, że nie można dopuścić do tego zawodu każdego chętnego, bo skutki dla nieprzeszkolonego amatora (bez specjalistycznych uprawnień) mogłyby być tragiczne.
Pamiętam, jak podczas realizacji wspomnianej Wojny i pamięci znajomy pracownik pionu organizacyjnego starał się o szlify kaskaderskie. Od pewnego czasu, pracując w filmach wykonywał dodatkowo niektóre ewolucje kaskaderskie, choć bez uprawnień. Podczas zdjęć w Brzezince uzyskał zgodę, by wziąć udział w teście jako kandydat do zawodu. Po pozytywnej ocenie mógł otrzymać rekomendację od koordynatora kaskaderskiego. Test był prosty: udział w kolumnie idących przez obóz więźniów, których funkcjonariusze kapo (kaskaderzy) mieli okładać pałkami. Takich osób jak znajomy, wytypowanych do bicia, było więcej, wśród nich także kaskaderzy o krótszym stażu. Po kilku dublach amerykańscy realizatorzy zażądali od kaskaderów większego realizmu w grze, czyli mocniejszego bicia, bez udawania… Stop.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że opowiastka ta zbliżyła się do niebezpiecznych rejonów leżących na granicy sztuki i rzeczywistości, niemal jak w spektaklu Grotowskiego Apocalypsis cum figuris, gdy w jednej ze scen Ryszard Cieślak bił mokrym ręcznikiem Stanisława Ścierskiego po plecach, na których pojawiły się czerwone pręgi. Zatrzymując się przed owymi niebezpiecznymi rejonami staram się ocalić sympatyczne wspomnienia ze spotkań z kaskaderami, zaś te mniej sympatyczne usuwam w czeluść bezpamięci. Dziękuję za uwagę.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko