Przekład z języka ukraińskiego Tadej Karabowicz
ZA KRAJ
danse macabre
co cię goni w niezmierzoną dal
mała chmurko
kwiatku pary z ust
wyrywają cię z korzeniem i sprawiają pogrzeb pod gitarę
w przemarzniętych lochach
głosami wysysając
gdzie jesteś mój sokole szarookiej wierności
głucho stukają przed śmiercią nad głowami
kwiaty kolą w rękę
ciasno im pomiędzy tymi ścianami
i sufit się roztula
płatkami
kwiatku pary z ust
gwiaździsty i nasycony ciemnoniebieskim ogniem
świat się chybocze
wydycham cię nad rozwartym niebem
przepuszczam zwiędłym między palcami
ja dzisiaj siebie przeżyłem ponownie
wykrzykiwałem wiek i cel
nad zimnym zlewem
gdzieś pod migotaniem ciała niepodzielna zalążnia
zaczyna swój makowy
taniec śmierci
* * *
on wychodzi z korzeniem na czołgi
jego stąd nikt nie wyrwie
kanały naprężyły się jego korą
przeplecione mięśniem i drzewem
i oślepiącym białym rdzeniem
on ich wszystkich pokona od środka
zapuści pod pancerz swoje gałęzie
jego nasienie – samo się steruje
jego serce – odrąbany kawał
samonapędzającej się gorącej lawy
samoakceptującego się rdzenia
on klonem
kasztanem
bukiem
zawsze będzie
i pralasem i synem
jak okręt płynie po żyłach
jak sygnał z kory do stawu
tam im wszystkim łamie karki
czerepy w szczelinach zaciska
aby później pod kopułą zieleni
cały wiśniowym oblepiony klejem
przytulać się gorzkoszyjny
obcałowywać
tę swoją
* * *
obyś był wart wszystkich moich cierpień
wszystkiego co dla ciebie wyhodowałem
i jeszcze wyhodować zechcę
oddechem – widzisz –
obchodzę każdą rzęsę
wokół oczu
myśli twojej wokół
ty jesteś rogiem wszystkich moich pragnień
dlatego czemu cię nie ujrzeć urodzajem
oznajmia świat to niech –
dla niego uśmiechnę się nawzajem
za radość tę
ciułaczą i kwitnącą gorzko
za blask którego nie zauważyłeś
i do którego w tej chwili wracam
płonąca czerwień zakrzywione usta
co szlochy ich kreśliłeś jarym sokiem
kto wyzwie cię na bój
cię urodziwego
kto wyzwie?
moje tarcze – to ramiona otwarte
moje miecze – to fujarek szyje
i w nitkach zielonych nieskończące się spirale
tęskne zaczajone
tęskne zaczajone
obyś był wart wszystkiego co przejdę
bo wolę temperament bardziej niż cielesność
bo esencja świecy – w jej żywym knocie
cała esencja świecy
(nie)gry
a my nie bawiliśmy się wtedy w żołnierzy
po prostu czekaliśmy
jak niebo pęknie
i gwiazdy wystrzelą
szklanymi żądłami
w nasze głowy
co bielały o zmierzchu
nadchodziła wiosna
a my nie bawiliśmy się
patrzyliśmy prosto
w serce drzewa
jak jest pod korą stugłowe
gryzące siebie
i było wrażenie – że wślizgnie się
nam do rąk bezsilnym konikiem
maleńkim łukiem
strzeleckim świstem
a my nie bawiliśmy się wtedy w żołnierzy
właśnie staliśmy
blisko nieba
* * *
moje ręce są gęsto pokryte złotymi nitkami
koronki które świecą się po przytuleniu
gdzie je umieścić?
przykładam do twarzy – widać promienne wzory
położę na kolanach – oplata nogi złotą winoroślą
i biegnę na łeb na szyję
tak nieważki przezroczysty
na skraju łuku burzowego
sama ze sobą
tak często z tobą rozmawiam
że jak rzucę się w nocy – rozjaśnię
cały pokój
i boję się z niej zniknąć
nienasycony
czego nie dotknę
to wszystko jak wspomnienie świeci się
nie ma w całym domu niejaśniejącego
tobą miejsca
migoczącą pajęczyny od palców po samą podłogę
z policzka który tulał się do ciebie
nadal pojawiają się białe błyski
jest im tak wolno i zimno
ten ogień niedojrzale i łapczywie liże ściany
rozbija szyby
bije bosymi stopami do unicestwienia
zgaś światło – alarm trwa już trzecią godzinę
a mój dom
panelowy wieżowiec oświetlony magicznym urokiem
bezbronny cel
z miłości i cichej desperacji
subtelnie widoczny w ogniu
tylko nic
nie ma już nic do dania
jak i płakać nad pustym uściskiem
* * *
i niechaj nigdy dla ciebie nie będzie ciemno
nie będzie strasznie, nie będzie ciasno –
cienkie wężyki na niebieskich żyłkach
błyszczącym splotem się rozlały.
kiedy trzymasz tę najsłodszą,
przez ciebie wymodloną, cichą rękę
już tak ciężko nie będzie więcej,
i tylko słońce stuka o piersi.
i żeby jasno tak –
zdarza się raz.
i świeci na wylot – prześwituje przez rzęsy.
moja spóźniona samotna radości,
twoje głębokie oczy w lutym.
niech nigdy nie będzie dla ciebie ciemno,
nie będzie straszno, nie będzie ciasno.
widzisz – chodzą miodami światła –
one ze mnie wylały się dla ciebie.
to jest miasto wojny
znowu śniło mi się, przyjacielu, jak przytuliłem twoją głowę:
po prostu wziąłem i złapałem ją mocno rękami,
przycisnąłem czoło.
ona pachnie burzą
i wilgotną miękkością traw,
zielonymi gródkami
i stężonym ozonem.
chowam twarz w jej jasnożółtym ołtarzu,
złocone obręcze toczą się, toczą się dołem –
jakby można było tak, z tobą być na zawsze
głową do głowy
trwać.
każdy ranek teraz, jak jedna pionowa ściana, –
tak wyrasta między nami kolejna mila za milą.
i to miasto wojny stało się większe niż inne miasta,
bo w nim byłeś ty
i w nim ja wierzyłem tobie.
* * *
zczerniały szron
ostygły w nocy ogrom
piec piec
dopóki się roztopi
i bramę skamieniałej ciszy
wypluje głazem z serca
a niedługo marzec i zimy po uszy
domek z kart złożony w kieszeni
miłość teraz sama się ożeni
modlitwę będzie szeptać teraz sama
rąbek i przestrzeń – ciemność między nimi
w niej trzymać okrągłą obronę
schowków żółtych – grona popalone
lepki jak śnieg siwy pierwszy włos –
wszystko się zlało i krąży w bezkresie
w ognistym wirze samotnie
w schowku na piersiach – ty uciekająca
przyszłaś jednak
chociaż z pamięci przyszłaś
te wszystkie twoje na wagę imiona
teraz używam je między sosnami
ze skrętów dym cię unosi
i nadchodzi wiosna
Ada Jełahina (Ada Yelagina) – poetka. Mieszka i pracuje w Kijowie. Absolwentka Wydziału Nauk Społecznych i Stosunków Międzynarodowych Dniprowskiego Narodowego Uniwersytetu im Ołesia Honczara. Pracowała jako reporterka w agencjach informacyjnych Dniepru i Kijowa, obecnie fotoreporterka i rzeczniczka prasowa.
Uczestnika i laureata konkursów literackich „Młoda muza” («Молода муза»), „Cyklop” («Циклоп»), „Urba-Perechrestja” («Урба-Перехрестя»), „Literacka Nadzieja Dniepru” («Літературна надія Дніпра»), „Hajworonnja” («Гайвороння»), „Poetycka maszynka do mielenia mięsa” («Поетична м’ясорубка») i innych. Wiersze poetki znajdują się w ukraińskich i zagranicznych almanachach poetyckich i antologiach.
Bywalczyni sobotnich spotkań „Pierwszej kawy” czasów wojny, odbywającej się w Ostatnim Przytułku Ukraińskiej Inteligencji Knajp-Klubie „Kupidyn” w Kijowie.
Utwory autorki podał do tłumaczenia poeta Ołeksij Dołhulow.
© Ada Jełahina
© Tłumaczenie Tadej Karabowicz
© Pisarze.pl