Z cyklu: Ślady i cienie
5
* * *
Trzeba wyjść żeby zobaczyć Mały punkt na wierzchołku góry
Przestrzeń ponad chmurami rozlewa się niczym prastary ocean
Słońce na wyciągnięcie ręki Nigdy nie poznam Nigdy nie dotknę
Trzeba wyjść żeby zobaczyć Ptak przelatuje i przecina linię
Ociera się o dłonie chmur chowa w krośnie lasu Znika
jego cień Pozostaje dźwięk który otwiera bramy nieba
Trzeba wyjść żeby zobaczyć W środku twojego świata budzi się
źródło i wypełnia rzekę Nie ogarniesz jej nie uniesiesz w rękach
poczujesz delikatny chłód kiedy wejdziesz w nią jak pielgrzym
Trzeba wyjść żeby zobaczyć Snop dymu rozpływa się w jamie
dnia Wiosło wiatru napiera Żagle pęcznieją ciężarne
Statek odpływa od brzegu Kreśli ślady jak kamień na wodzie
Trzeba wyjść żeby zobaczyć Mrówki mozolnie budują kopiec
Rośniesz wierszu Słowo po słowie Wers po wersie
Każdy dzień każda noc w rytmie poematu przybliża nas do celu
Przedwiośnie
Mruczy deszcz zbudzony ze snu i wypełnia rzeki. Powódź nad¬chodzi i odchodzi, unosząc na fali dobytek i śmieci. W oddali srebrna nić łączy brzegi i paleniska. Skrzydła ptaków i ich małe serca jeszcze milczą w gniazdach. Zwiad przebiśniegów ruszył na skraj wioski. Na polanie sarny wyrywają z ziemi kępy starej trawy. Cenę przetrwania ukazują ich wystające żebra. W słojach wierzb pracuje młode wino. Pszczoły majaczą przez sen w ulach, jeszcze nie czas, żeby wzlecieć za nektarem. Krety oszukują gospodarzy i wciąż rzeźbią nowe kopce na łąkach. Zagubiony parowóz przejechał i tory się trzęsą jak zranione zwierzę. Przemykamy pomiędzy kroplami dni, myszy błądzące w la¬biryncie polnych tuneli.
* * *
Nie ma żadnego początku sieć, którą pająk krzyżak rozpostarł na wiosennym krzaku leszczyny. Kołysze się nade mną i szumi to bez¬kresne morze. Odradzająca się zieleń przynosi zapowiedź przyszłych zbiorów. Choćbyś nie znał źródeł deszczu, wszystko się wypełni. Las uderzy palcami o klawisze przestrzeni i poruszy wiatr. To, co prze¬minęło, nie wydaje się prostsze, choć przetrwa w pamięci. To, co nie¬uchronnie nadchodzi, odlicza cień stojącego na polanie modrzewia. Stwórca pajęczyny dzwoni szczękoczułkami na powitanie. Tańcząc, śpiewa zalotną pieśń. Czy można wyjść naprzeciw bez obietnicy? Po drugiej stronie na kruchej krawędzi staje panna młoda i wolno zbliża się do środka. Dwa pajęcze serca biją w miłosnym uniesieniu.
Kiedy oblubienica pożera partnera, słońce na linii widnokręgu wykrwawia się i gaśnie.
Symetryczność
Wykreślana na szkle, malowana na płótnie, biegnie po szkielecie przestrzeni. Wykuwana w brązie, odlewana w złocie. Rzemieślnicy wszystkich epok znają jej cenę. Beduinki unoszą na głowach dzbany wody znad rzeki i podążają do wioski. Dla kogo wznoszą piramidy na pustyni? Dla kogo wiatr gra na gronach na południowym zboczu? Czyje oczy odprowadzają anioły do granicy świtu?
W świetle nocy gwiazdy i galaktyki porozumiewają się językiem migowym. Stary Testament przekazuje: Oko za oko, ząb za ząb; Nowy: Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Wdowi grosz błyszczy: oto perła na tacy. Echnatonowie posiadają wiedzę, sięgają głęboko do kapłańskiej kasy. W metalicznym lustrze historii odbijają się wszystkie brudy.
Piasek
Nie powtarzaj za wiatrem imion pustyni. Od słonecznych stru¬mieni wyblakł jej namiot. Zabłąkany ptak bez głosu przenika linię ho¬ryzontu. Popatrz, wiatry otwierają nasze wnętrze. Odwieczny chłód wkrada się jak głodny szczur na granicę naszej posiadłości. Popatrz, oto źródła piasku budzą się i świecą złowrogo pod gałęzią słońca. Nowo narodzone ziarnko toczy się niby młyńskie koło. Zaciera nasze ślady. Kukułcze jajo pęcznieje i wypełnia przestrzeń. Niszczy niczym wroga armia i przesuwa w przepaść naszą wioskę.
Wodo – Perło Ziemi − w tobie nadzieja na ocalenie.
Morze Marmara
Przyjeżdżamy do portu. Wiatr lekko porusza tureckimi flagami. Białe maszty świecą, oto pobielone wiosną sady. Opuszczamy ląd. Woda to nieskończone królestwo Posejdona, armady najeźdźców znikały w niej bez śladu. Zawsze może spaść na nas ołowiana burza z mitycznymi piorunami lub jakaś rana, która krwawi. Czy staniemy stopą w suchych sandałach na drugiej stronie?
Płyniemy przez morze promem, który kreśli prostą linię na drugi brzeg. Fale kołyszą nami niczym Jonaszem we wnętrzu wieloryba. Słońce przenika bezkresne niebo, wskazując punkt wyjścia. Z dalekiej perspektywy wszystko podlega jasnym osądom. Promień doświetla odcienie szarości. Słowa wróg i przyjaciel krystalizują się. To, co utra¬cone, to, co ocalone przenika przedsionki serca. Z baru na górnym pokładzie wypływa zapach majeranku, tymianku i kawy. Wchodzi¬my, żeby zjeść kebab. Gdy siadamy przy stoliku, stary handlarz pró¬buje sprzedać perfumy. Długo zachwala renomowane marki, ja tylko udaję, że słucham. Dwa odmienne światy. Dwa przeciwne bieguny. Kiedy rezygnuje, wygląda, jakby przegrał oblężenie miasta.
Prom przypływa do celu. Wyciągasz do mnie rękę i uśmiechasz się, jakbyś jadła sułtański krem. Czuję twoje ciepło przepływające na mnie, gdy schodzimy na brzeg.
Wieczór w Stambule
Mijamy małe miasteczka i wioski. Płynące statki obładowane towarami jak kobiety wracające ze świątecznych zakupów. Na linii horyzontu Bosfor łączy się z niebem w błękitny jedwab. Prometeusz przenika w światło. Stolica minaretów rozpostarta na dwóch konty¬nentach świeci w złotym promieniu niknącego dnia. Złoto skrzyżo¬wane ze złotem.
Wjeżdżamy do osady Byzasa. Błądzimy, szukając hotelu na noc¬leg. Nie ma prostych szlaków ani dróg, wszystko jest niepewne. Czas błądzi w przestrzeni. Obronny mur prowadzi nas nadbrzeżem – to doświadczony przewodnik. Trzeba się spieszyć, cień się nie zatrzy¬mał, wykreśla cienką linię przemijania. Noc zaskakuje niczym go¬rączka w malarii.
Po kolacji kluczymy wąskimi ulicami. Sklepowe neony odbijają się w twoich oczach. W muzeum Adama Mickiewicza przy Tatlı Ba¬dem dwadzieścia trzy, gdzie zamilkło serce poety, zmęczenie dopada nas jak gepard gazelę. Kiedy wracamy do hotelu, białogłowe mewy zasypiają w gnieździe na sąsiednim dachu. Niebo przekuwa srebrny półksiężyc.
Pałac Topkapi
Mewa światła otwiera nasze oczy. Słońce sprawdza wieże mina¬retów i naświetla przestrzeń. Bosfor rozciąga się i wygrzewa niczym syty wąż. Płynące okręty mijają się jak spóźnieni podróżni w tunelu prowadzącym do metra. Kiedy przekraczamy Bramę Imperialną, sta¬ra kobieta oplata nas chustami, przenosi w inny wymiar.
Strażnicy prężą się. Czyżby wraz z dworem nadjeżdżał wezyr? Brama w bramie. Lustro w lustrze. Pomiędzy Bramą Imperialną a Bramą Pozdrowień Mehmed II Zdobywca płynie do haremu na perskim dywanie. Smukłe eunuchy poruszają się za nami, to ulotne cienie. Wielkie maszty starych drzew łopoczą na wietrze, ich złoto kapie na dziedziniec.
Kiedy kończymy jeść pomarańczę, przenikamy Bramę Szczęśli¬wości. Pozwól, żeby czas wielokrotnie odbijał się od muru i powracał echem do pierwszego źródła. Pozwól nam błądzić na Trzecim Dzie¬dzińcu niby mgła jesienna pomiędzy drzewami. Pozwól być kawał¬kiem sułtańskiej chałwy w twoich ustach.
Na brzegu Jeziora Galilejskiego
Łódkę na Jeziorze Galilejskim unosi pieśń
Jezioro jest łagodne jak oswojony wilk Słyszę modlitwy
wszystkich pokoleń Przepływają głosy spragnionych
Zawsze spadająca gwiazda Gdzie jesteś gwiazdo zwiastująca cud
Fale nie unoszą mnie na powierzchni wody i stopy twardo lądują
na kamienne dno Dwaj chłopcy niby trzciny na wietrze łowią ryby
Widzę dwie ryby i pięć chlebów to one nakarmiły rzesze głodnych
Wsiadamy do drewnianej łodzi Oto serce pieśni Obietnica
przenosi nas drugi brzeg Co połączy zagubione brzegi Co ocali
tamto światło Żagiel prostuje się zbudzony nagle ze snu
Słońce to kindżał kłujący z góry Wystarczy iskra i spłoniemy
Uciekamy słonecznym promieniom Chowamy się w cieniu
razem z ptakami proszącymi niebo o podmuchy wiatru
o skrawek zabłąkanej chmury z której mógłby spaść deszcz
Sprawy wieczne prowadzą nas na Górę Błogosławieństw
− Błogosławieni niech będą ci którzy przybyli tu w pokorze
Zawsze spadająca gwiazda Gdzie jesteś gwiazdo zwiastująca cud
W oddali białe granitowe domy jak Łazarze w prześcieradłach
świecą Muzyka leniwie rozwiesza rybackie sieci
Późne popołudnie gaśnie Powolnie wypala się lampa z oliwą
Słońce spada do jeziora Na niebie śpiewa pierwsza gwiazda
− Ukołysz te łąki rozlane wokół jeziora po których chodził Pasterz
− Ukołysz to jezioro rozlane wokół łąk po którym chodził Pasterz
− Niech zasną łąki niech zaśnie jezioro po których chodził Pasterz
Łódkę na Jeziorze Galilejskim unosi pieśń
W Cezarei
Stojąc nad brzegu morza w Cezarei wypatrywałem w chmurach
ducha Heroda Szedłem z lękiem że usłyszę rozkaz i żołnierze
wyruszą na rzeź niewiniątek Słyszałem dźwięki z pobliskiego
amfiteatru Przetaczały się rydwanami po słowach aktorów
Pomnikowe popiersia strawione przez wodę przekazywały
światu dawną wielkość Pałac po którym stąpałem rozpadł się
w proch Morskie fale wyrzeźbiły dla nas nowy brzeg
szłaś po nim wolno w stronę minaretu mocząc nogi w wodzie
Później w kawiarni Dawida jadłaś lody a ja piłem colę
i robiłem zdjęcia figur w galerii Widziałem w nich armię
Rzymian i krzyżowców którzy przybywają tutaj i znikają w morzu
Anioł wchodził do morza i z niego wychodził
Krawędź
W jakiej jaskini rzeźbi? Jaką górę szlifuje? Baletnica wykreśla linię na gładkiej tafli lodu. Unosi senną nić babiego lata. Wibruje niczym struna napięta do granic. Drąży koryto rzeki i przesuwa skały. Rozpo¬starte do granic żagle wnikają w jezioro. Równina zastyga i milknie. Z odblaskiem ognia w oczach cumujesz w nadbrzeżnej warowni.
Prawie wszystko jest nieokreślone. Prawie wszystko ponad nami. Gdyby nie śpiew wiatru, skąd poznałbyś kierunek? Światło wycieka i sączy się w szarości. Wiatr kołysze bladym cieniem drzew i poszerza przestrzeń. Chmury odpadają od nieba jak jesienne liście. Pragnął¬byś, żeby uniosły cię spojrzenia wybranych, ich braterskie hymny?
To ona przechowuje noc, która rozpływa się w konturze okna o świtaniu. Kiedy zdejmuje maskę, doliny rozlewają się w bezkresne łąki. Kto ją przekroczy, kto założy pancerz? Kto przybędzie w obło¬ku?
Na końcu tunelu rozbłyskuje wiara.
Elegia
Kiedyś księżyc świecił jaśniej Prowadził żeglarzy po oceanach
Łączył nasze ślady jasną linią Spajał świty Umywał ręce
Rozgrzeszał brudy które ciemność unosiła na barkach w dół rzeki
Światłocienie poszerzały przypływ i łuska morza rosła
Odpływy otwierały nas Uniesienia każdej nocy potęgował głód
Kiedyś księżyc świecił szerzej Wyszliśmy z mroku pełni wiary
Jedyne światło Miłość moja twoja i wszystkich ludzi
Małe dziecko pozostawione na dworcu świata Błądziliśmy
w szarości Wędrowaliśmy po nieznanych ścieżkach przestrzeni
Droga drogi Niebo nieba Połączyła brzegi świetlista łódź
Kiedyś księżyc świecił głębiej Prześwietlał na wskroś dusze
Gwiazdy ginęły w jego poświacie Serca nasze rosły Otwieraliśmy
szeroko ramiona na powitanie Skrzydła unosiły nas swobodnie
w przestworzach Wybaczaliśmy wrogom ataki wierząc że nadchodzi
czas pokoju Wykuwaliśmy słowo za słowem wiersz za wierszem
Dzisiaj księżyc świeci ciemniej Wygasły kamień zatopiony
na dnie bieli Cienie kobiet igrają w zaułkach jesieni Wiatr wiejący
z Północy chłodem zabliźnia rany Stare fotografie pożółkły
Coraz więcej dziur w przestrzeni przez które ucieka światło
W studni nocy coraz częściej nawiedzają nas zmarli
* * *
Śnieg pada i pada białe płatki kleją się do szyb
trzymają się niewidzialnymi rękami jak dziecko szyi matki
My w cieple samochodu ciągle jedziemy mleczną
szosą do górskiej wyroczni która zamilkła przed laty
Czy otworzy wrota uczyni cud i przemówi nasza Pytia
Napływające pejzaże przesuwają się Nikną na odległym brzegu
To jakby pory roku przesuwał wiatr i ścigał się z hondą
Co miało nas ukształtować ukształtowało Układanie wersów
na tafli języka w nowe obrazy i prawdy Odkrywanie lądów
Co zostanie kiedy śnieg zasypie ślady gęstym ściegiem
Jesteśmy na rozdrożu na którym zniszczono drogowskazy
jakaś niewidzialna siła próbuje nas wprowadzić w błąd
Zima usiłuje zatrzymać ale wiosna puka do kuchennych drzwi
Z podróży zamiast kamienia przywieziemy śnieżną kulę
Przyglądam się zbieram i odtwarzam zagubione fragmenty






