Mirosław G. Majewski – wiersze

0
128


CHLEB Z WODĄ I CUKREM

chleb tak pięknie pachnie chlebem
przełykam ślinę
z szuflady wyciągam długi noż
przyciskam chleb do piersi
kroję
krzywo
z jednej strony cieniutko
grubo z drugiej
w mieszkaniu nie ma nikogo
rodzice są w pracy
a babcia poszła na chałupki
patrzę w okno
za oknem
podwórko
za podwórkiem
szosa
za szosą betonowy płot
za nim tory
otwieram górną szafkę kuchennego kredensu
ale nie widzę
margaryny
jest tylko pusty słoik po śliwkowych powidłach
do moich uszu dobiega gwizd parowozu
widzę kłęby dymu i pary
słyszę metaliczny stukot kół
pochylam się
z dolnej szafki wyciągam szarą torebkę z cukrem
ostrożnie posypuję nim suchą kromkę chleba
ciężko wzdycham podchodząc do żeliwnego zlewu
odkręcam delikatnie kurek mosiężnego kranu
reguluję strumień
parowóz gwiżdże jak szalony
słyszę huk zderzaków
który nie robi już na mnie żadnego wrażenia
woda kapie na posypaną cukrem kromkę
kap kap kap
otwieram usta
gryzę
zerkając na zdzierany kalendarz
22 lipiec 1968

chleb
chlebek
chlebuś…


BUŁKA POZNAŃSKA

bywa
co graniczy z cudem
że nie zje się wszystkich bułek poznańskich
zakupionych
poprzedniego dnia
czasem zostaje jedna
która nawet przykryta lnianą ściereczką
wysycha
wtedy babcia drobi mi ją
do białej metalowej miseczki
z logo
OFNE Olkusz
i zalewa gorącym mlekiem
zajadam to zachłannie
…rosnę
stąd ten wilczy apetyt

nie mam pojęcia
że gdzieś tam
w dalekim świecie
dzieci jedzą
jakieś
corn flakes

jedząc swoją papkę
od czasu do czasu zerkam
na makatkę z wyhaftowanym napisem
świeża woda zdrowia doda


ŻÓŁTY SER GOUDA

w sobotę mama wysyła mnie na zakupy
do nabiałowego sklepu
(tak go nazywamy)
w którym sprzedaje
pani Pufelska

kupuję bochen chleba
250 gram masła na wagę
(masło jemy tylko w niedzielę
niczym więcej już nie okładając)
250 gram żółtego sera gouda
(okładamy nim kromki
posmarowane margaryną)
zdarza się że i cztery jajka
na niedzielny
kogel mogel
(ale tylko po wypłacie)

pani Pufelska
pakuje masło i ser w szary papier
który składa w zgrabną kopertę

teraz moim zadaniem jest
zjeść dwa plasterki sera
nim dojdę do domu
tylko muszę uważać
aby złożyć
idealnie papier w kopertę
aby mama się nie zorientowała
że wyżeram po drodze ser
bez chleba


BAL W MOULIN DE LA GALETTE ALBO CO POETA MIAŁ NA MYŚLI

od reszty świata odgradza nas
żywopłot cisów

a być może łączy

kakofonia dźwięków
splata warkocze rozmów

na parapecie jednego z małych okien
w seledynowej doniczce
drzemie sukulent
o nieznanej
nazwie
robi jaki kontrapunkt dla tego rejwachu

facet w żółtym kapeluszu
niczym anemiczny szczypiorek podąża ku światłu
a być może oświeceniu

na parapecie okna
wysycha kilka kromek chleba

i jeszcze coś
czego nie mogę rozpoznać
a nie chce mi się teraz
ruszyć dupy
aby mnie nikt nie
podsiadł

może później
kiedy garson
przyniesie następną butelkę wina bordeauxe

z kontemplacji wyrywa mnie
industrialny dźwięk komórki
zerkam na ekran

Karol

czy będę dzisiaj w klubie – pyta
ponieważ chciałby się dowiedzieć
co miałem na myśli
pisząc ten wiersz

Pozdrawiam
Mirosław G. Majewski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko