Anna Luberda – Kowal – wiersze

0
111


dáktylos

weszłam ci w krew
a tu nie ma jak przetaczać
krwi która nie odrzuci
słów które koją
konania które ma sens

weszłam w krwiobieg
a tu krew wyparta jadem
jad nie wskazuje już pisma
pismo nie daje się nieść

weszłam i brodzę
a tu nie ma jak wyjść
a tu nie ma jak wejść
po klucz czy guzik
palcami wskazującymi
sami siebie oderwijmy
od kości rzućmy się sobie
niech nas pochłonie walka
nie śmierć i życie

patrz jak zaraźliwie
zabijamy człowieka
w naszych ustach
24.X.2020 r.


wbij miedziany drucik w łodygę pomidora efekt cię zaskoczy

myślicie że joanna kulig jest idealna
spójrzcie na zęby aszchabadu
zapalić wrota piekieł by czarny piasek
wydał ostatnie tchnienie materii
to kolejna naiwna próba ingerencji w zło
złem wypalaj a potem kasuj myto
za udział w egzekucji
załóżmy kaptur kata na głowę
tego który nadchodzi
udawajmy że to los a nie moje twoje ręce
niedbale żłobią
nieboodporny świat
niebooporny świt


miałkotki

luty niewart zapamiętania a po alfamie krąży
żółte licho w kółko i szybko szybko w ciebie
zastukam i zostawię oddech na rysowanym szkle

w tym filmie wystawiamy głowy przez okna
w pędzie mijają szyny wieża kostka bruk
tylko sintra majaczy owocami obiecania
złego i złego się lękaj czubki czarnych sosen
widzą tylko wiatr i nagie ruchy piasku

nie widzów trzeba tylko widzących
kto ma słuchy niechaj kica bo nadrzewny apartament
zajął już wiecznie kwaśnouśmiechnięty
obywatel z cheshire


po ile ta chwila

odwróceni od luster
z zakrytymi ustami
chwilowo nie wydalamy kłamstw

oczy zdradzają teraz więcej
więc pochylonym kłusem
pędzimy do schronów
kruchych jak nitkowaty
puls pod respiratorem
chwilowo nie wdzięczymy się do wystaw
nie głosimy wystawnie światu
panowania homo sapiens dubius

rozglądamy się po ścianach schronu
tak byliśmy tu wcześniej
jaskinia prenatalna


maków wina

tamtego popołudnia gdy zakręt
rozsypał na trawie strzępy pulsującej czerwieni
trzeba było się zatrzymać nad kruchym ciepłem
sypkim oddechem czekaniem na deszcz
chwycić w palce kosmate łodygi
odrzucić dotyk pomiętej sukienki

zanim tamto popołudnie straciło płatki
wyblakłam z czerwieni której nie powtórzy
żadna klisza żadne cliché

upalne godziny rozpełzły się we mnie
kolejne noce zmięłam w papierowe kulki
którym brak pulsu

czerwieni się w pamięci cichy szelest
suchy grzechot
tyle żeby wracać
po iskrę


instrukcja: pomiń brak zgody

nie dziw się. drętwy odbiór przejawów codzienności
jest bliski jak ekran poznania dobrego i złego.

nie dziw się zbytnio. poznaj poznań od alei solidarności.
umowę na kolejny dzień podpisano nożem niezgody.

nie dziw się. u stóp kapitolu azerbejdżan
zafundował niespodziankę. z kamienną twarzą
dionizos wznosi toast winny za owoce przepicia.
ten to ma łeb, a resztę odsłonimy z czasem.

nie dziw się płynnej architekturze. podziemia
gardzą stereotypem. spacerniak w tunelu metra
to wyrok z klauzulą natychmiastowej wykonalności
dla kretów, co życiodajnemu słońcu mówią nie.

nie dziw się. echo nie odbija bólu.
szparagi w lyonie znów smakują lepiej
zapieczone, bo w menu wyśrubowanych wymagań
zabrakło empatii w cenie deseru.

nie dziw się więcej. sumienie klikacza
musi być czyste jak wyłączony ekran.
pokolenie przeciwstawnych wyciąga kciuki
w górę w dół. na stand-by’u nie wstyd przed lustrem.

odwróć ekran.
odwróć lustro.

wyciągnij całą dłoń.


lewa strona plamy

oprowadzam cię po moich pacierzach
wsiąkam tobą w każdą szpaltę zmiętego wczoraj
cień mi strzępiasty się staje
chwiejny cichobrzmiący
bezprzykładnie nagi
pod gzymsem lekkiego uniesienia brwi
zwijam słowa motkuję
upycham w nieznośnie damskiej torebce
gdzie pióro rozłączone ze skuwką niemo broczy
zieloność zostawiając na dnie
niczym pożar


odmówina

twój lekarz właśnie wyznał że boi się hamaków
i czosnków olbrzymich przez chwilę jest ci lżej
a potem twój kompas zaczyna się chybotać
powinienem zmienić lekarza czesać równy przedziałek
i rano jadać tylko jedno sadzone jaje

jeszcze ciągle żyją ci których śmierć wybawi
od twojego rachunku żalów za ich nieodżałowane zło

po karku lepkim truchtem wspina ci się wiersz
ale czeka jeszcze na rozluźnienie frazy

dygoczesz frędzluje ci tętno ściekasz po własnych plecach
zastygasz pod powiekami z wygniecionej cynfolii

wiedziałeś kulki rtęci mogą dać taki dreszcz
że trzewia nie chcą się kurczyć klasycznie raz w tygodniu


dajmy sobie spokój

karnawał dusz ostatki pokoju w powietrzu
proch w zębach popiół na otwartych dłoniach
lepkie wino metalicznie przelewa się w krew

poranek pomruki odległego boga
szuranie butów warkot pancernego zła
najpierw koniecznie kawa tost i sok
zielone musli z morwą czekoladą i matchą
na jutro przewidują całkiem sporo słońca
nad główkami maleństw kilka stropów szczęścia
w tym pokoju na głowę paczka nawilżanych
chusteczek krakersów i gorący kubek

wszyscy jakoś jesteśmy
naszymi belkami drzazgami
rzućmy celny cień


ANNA LUBERDA-KOWAL

poetka i tłumaczka oscylująca wokół krakowskiego Kazimierza. Nagradzana i wyróżniana w ogólnopolskich konkursach poetyckich, m.in. I nagroda w VII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Erotyk na krechę” im. T Stirmera czy Małopolska Nagroda Poetycka „Źródło”. Jej wiersze znalazły się w antologiach, almanachach pokonkursowych oraz w: kwartalnikach literackich „Migotania”, LiryDram, Wyspa, miesięczniku Odra, ponadto w: e-Tygodniku Literacko-Artystycznym pisarze.pl, Salonie Literackim, Kwartalniku Literacko-Artystycznym sZAFa; Śląskiej Strefie Gender; Babińcu Literackim, Internetowym Czasopiśmie BibliotekaeSynƎkdocha, nowemyśli.pl,. Od 2013 r. publikuje wiersze na portalach literackich oraz Facebooku jako Alga i Ana Mada. Autorka recenzji, przekładów poezji na język angielski i z języka angielskiego, jurorka w konkursach poetyckich, organizatorka spotkań autorskich, turniejów jednego wiersza, były redaktor portalu poema.pl, obecnie redaktor portalu poemaX.pl. Członkini Stowarzyszenia Salon Literacki. W 2020 r. wydała tomik debiutancki Perpendykiel.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko