Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
63

Gotyk wiecznie żywy

Większość widzów filmowych i liczni czytelnicy literatury na ogół nie zdaje sobie sprawy z tego, że oglądają lub czytają utwory inspirowane poetyką „gotycyzmu”. Ta świadomość nie zawsze jest być może udziałem ich twórców, ponieważ „gotycyzm” w trakcie ponad 250 lat swojego istnienia przeniknął do kultury masowej, a w XX wieku dokonało się to w skali masowej, zwłaszcza w kinie amerykańskim i zachodnioeuropejskim. Ów „gotycyzm” jest zazwyczaj kolejną już „wodą po kisielu”, swobodną inspiracją. Liczne amerykańskie (ale także brytyjskie, są nawet pojedyncze przykłady polskie) filmy, horrory o zombich, upiorach, wampirach, lokatorach grobowych krypt są właśnie inspirowane dalekimi wpływami „gotycyzmu”. Owocem gotycyzmu jest też n.p. architektura neogotycka, która narodziła się w w Anglii w okresie romantyzmu i której liczne przykłady można oglądać także w Polsce, m.in. w Opinogórze Krasińskich, pod postacią Zamku Lubelskiego, czy wzorowanej na gotyckich katedrach Francji katedrze w Częstochowie.

Twórcy zbioru studiów zebranych w tomie „Gotycyzm w literaturze i kulturze lat 1760-1830”, przygotowanego pod redakcją Pawła Pluty i Marcina Cieńskiego, choć jeden ze szkiców poświęcony jest reminiscencjom gotycyzmu w kinie amerykańskim, podjęli dzieło pokazania rdzennego, historycznego gotycyzmu, w jego minionej postaci. To kontynuacja prac rozpoczętych w latach sześćdziesiątych XX wieku przez Zofię Sinko i Marię Janion, które widziały gotycyzm zarówno jako zjawisko historyczne, jak i kulturowe, w tym estetyczne, obecne w sztuce. Tom „otwiera osiem rozpraw ukazujących kształtowanie się gotycyzmu jako zjawiska jeszcze nie stricte literackiego, lecz polegającego na odzwierciedlaniu się w literaturze dokonującej się rewaloryzacji przeszłości historycznej, jej kulturowego nacechowania oraz tworzenia się w ten sposób (spójnego) zespołu tematów, wątków czy motywów.  Poszczególne studia omawiają przede wszystkim konstytuowanie się gotycyzmu w powieści, tworzenie się swoistej fikcji fabularnej, która, nawiązując do tradycji gatunku oraz innych odmian twórczości literackiej (dramat, utwory wierszowane), doprowadziła do uformowania się późniejszego wzorca typologicznego powieści gotyckiej, funkcjonującego w trzech wariantach – historycznym (Horace Walpole), sentymentalnym (Ann Radcliffe) i grozy (Matthew Gregory Lewis)” – przedstawia edytor problematykę tomu. Druga część zbioru zawiera szkice poświęcone bardzo szczegółowym egzemplifikacjom gotycyzmu w różnych krajach, m.in. w Czechach, Niemczech, Rosji czy w przestrzeni kultury polskiej. Tom otwiera szkic Marka Prejsa o gotycyzmie osiemnastowiecznym w kontekście teatru Józefa Andrzeja Załuskiego. Pada w niej zaskakujące dla wielu określenie – neogotyk barokowy. Brzmi to jak pleonazm, określenie oznaczające sprzeczność w jednym. Barok był zawsze traktowany jako estetyczna antyteza gotyku, choćby w architekturze, n.p. w tzw. baroku wileńskim czy w kościołach – Bożego Ciała w Krakowie czy benedyktynów Tyńcu. A jednak motywy gotyckie są obficie obecne w sztuce barokowej, co legło u podstaw sformułowania określenia – neogotyk barokowy. Należało to do pierwszych w architekturze przejawów świadomego historyzmu. Ten „mix” znalazł też odzwierciedlenie w XVIII-wiecznym religijnym teatrze Załuskiego. Omawiając początki powieści gotyckiej na przykładzie Horacego Walpole i jego „Zamczyska w Otranto” oraz licznych pokrewnych, naśladowczych zjawisk, Agnieszka Łowczanin zwraca uwagę na to, że „powieść gotycka była produktem społeczeństwa coraz bardziej konsumpcyjnego”, co wiązało się ze wzrostem czytelnictwa. Akcentuje też inspiracyjny aspekt prozy gotyckiej: „Jeśli więc Horace Walpole ma być uznany za ojca gotycyzmu, to nie dlatego, że napisał powieść o duchach, które nie wszystkich przerażają, ale dlatego, że napisał powieść dającą wiele możliwości interpretacyjnych. Dzięki temu gotycyzm jest z jednej strony gwarancją świetnej zabawy, z drugiej dostarcza metafor do wyrażenia traum i bolączek każdej następnej epoki, w której powstaje. Gotycyzm jest dziś niewątpliwie zjawiskiem hybrydycznym, opartym na grze z widzem, a kto lepiej rozumiał tę jego naturę niż Walpole (…)”. Obok analizy gotycyzmu w twórczości powieściowej Friedricha Schillera, w szkicu Łukasza Musiała odnajdujemy też nawiązanie do literatury bliższej nam chronologicznie, do Dana Browna, Howarda Philipsa Lovecrafta czy Philipa K. Dicka jako spadkobierców gotycyzmu. Joanna Kokot pochyliła się nad gotycyzmem w poezji na przykładzie wierszy w „Tajemnicach zamku Udolfo” Ann Radcliffe, a Łukasz Szkopiński gotycyzmem w powieści francuskiej XVIII wieku na przykładzie prozy madame de Genlis. Jako temat sam w sobie „gotycki”, widzi Tomasz Wisłobocki Wielką Rewolucję Francuską, pełną licznych konotacji i motywów „gotyckich”. „Czy pod fasadą moralności nie ukrywa się rewolucja straszliwych zbrodni?” – pyta autor i wymienia takie motywy „gotyckie” rewolucji, jak splądrowane kościół, klasztory i zamki, lasy w których ukrywają się kontrrewolucjoniści,  a także sam, pełen grozy, krwawy terror. „Czy nie mrożą krwi ostatnie chwile pary królewskiej przetrzymywanej w średniowiecznej wieży Temple? Czy egzekucja Ludwika XVI i Marii Antoniny nie wystarczą za kanwę powieści grozy? Czy nie wydają się intrygujące i tajemnicze losy więźniów Bastylii? (…) Czy nie jest tajemnicze i sensacyjne morderstwo Jeana-Paula Marata (…)? (…) Czy nie napawają odrazą i przerażeniem ostatnie chwile życia Nieprzekupnego? (…) albo sceny masakr wrześniowych 1792 roku?”. I tylko w racjonalnych Niderlandach gotycyzm miał negatywne nacechowanie, jako źródło archaicznych postaw politycznych i państwowych (państwo jako „gotycka rudera”), o czym napisał Jan Urbaniak. Tę część tomu kończy szkic Zofii Kolbuszewskiej („Między snem a politycznym kryzysem: Gotycyzm polityki tropienia monstrualność w opowiadaniu „Somnabulism. A fragment” Charlesa B. Browna, poświęcony kontekstowi amerykańskiemu, choć na pozór USA są krajem bez naturalnej podstawy gotyckiej. Warto zwrócić m.in. uwagę na następujący fragment: „ Gotycyzm opowiadania „Somnabulism. A fragment” oferuje również wgląd w mechanizm paranoi, charakteryzującej kulturę amerykańską od momentu powstania Stanów Zjednoczonych, a korzeniami sięgającej twórczości literackiej i kultury purytanów. Badacze kultury i historii amerykańskiej od lat sześćdziesiątych XX wieku zwracali uwagę na leżącą u podstaw mentalności amerykańskiej syntezę gotycyzmu i paranoi, Widać to m.in. w obecnym w amerykańskiej literaturze i filmie motywu kontrastu „gotyckich”, tajemniczych, mrocznych lasów Pennsylwanii z oświeceniowym racjonalizmem nowej, porewolucyjnej elity amerykańskiej, czy powszechnie obecnym w amerykańskiej kulturze popularnej (m.in.w prozie Stephena Kinga czy Philippa K. Dicka) motywie zagrożenia ze strony wszechobecnego Obcego i dwoistości natury ludzkiej (m.in. „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Louisa Stevensona). W dwóch kolejnych częściach znajdujemy szkice o gotyckości ogrodów (Marcin Cieński), o gotycyzmie w literaturze czeskiej (Jacek Kolbuszewski) na przykładzie Karela Machy, twórcy m.in. powieści gotyckiej „Krivoklad” (1834), rosyjskiej ( Joanna Ozdoba o Aleksandrze Bestużewie-Marlińskim), niemieckiej tragedii (Danuta Kowalewska), a także polskiej na przykładzie m.in.  prozie Zygmunta Krasińskiego (Grzegorz zając i Joanna Pietrzak-Thebault), poezji Franciszka Karpińskiego (Tomasz Chachulski) czy teatru Ludwika Osińskiego (Michał Bajer),  a także w rozmaitych formach wokalno-instrumentalnych XIX wieku. Olaf Krysowski zajął się „Gotykiem i gotycyzmem w refleksji estetycznej Kazimierza Brodzińskiego”. Tom kończy Magdalena Jońca najbardziej fundamentalnym tematycznie szkicem o „Romantykach w czasach katedr i czytaniu literatury gotyckiej”. Warto czytać o gotycyzmie, nie tylko z uwagi na jego malowniczość, obecność w kulturze masowej,ale także dla jego inspirującego potencjału interpretacji i pożywki dla wyobraźni.

„Gotycyzm w literaturze i kulturze lat 1760-1830”, pod redakcją Pawła Pluty i Marcina Cieńskiego, Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2020, str. 429, ISBN 978-83-66448-67-4

Kobieta z marmuru

Jakiś czas trafiła mi w ręce obejmująca lata 1911-2021 bardzo interesująca, pięknie napisana monografia „100 lat Szkoły Podstawowej nr 21 imienia Królowej Jadwigi w Lublinie” autorstwa MARII Laskowskiej. Bogate reminiscencje, które ona we mnie ożywiła, zbiegły się z lekturą zbioru esejów Marty Kwaśnickiej o sławnej postaci sprzed przeszło sześciu wieków. Lektura ożywia wyobraźnię historyczną, która w przypadku mediewistyki, historii Średniowiecza wymaga szczególnej intensywności. Sam portret królowej jest plastyczny, barwny, dynamiczny, wielowarstwowy, wolny od hagiograficznych skłonności, a przy tym erudycyjny i świetny literacko. Władza, religia, miłość i erotyka, małżeństwo, migotliwy międzynarodowy świat średniowiecznego uniwersum – oto przestrzeń, w której poruszała się królowa (a właściwie – król Polski) Jadwiga Andegaweńska. Styl Kwaśnickiej jest koronkowy, ma coś z barwnego średniowiecznego witrażu. To zupełnie inny wizerunek Jadwigi niż ten z „Jadwigi i Jagiełły” Karola Szajnochy i ten z eseju o niej Stanisława Cata Mackiewicza w zbiorze „Herezje i prawdy”. Inny. Sytuujący się między historiograficzną oschłością a frywolnością.

Jak autorka sportretowała autorsko królową Jadwigę? Migotliwie i różnorodnie, w bogactwie kontekstów. W eseju „Martel” odkryła (a raczej przypomniała) jej rodowód „dantejski”, jako że dziadek Jadwigi, Karol Robert Andegaweński został przez Dantego uwieczniony w „Boskiej komedii”. W „Neapolu. Opowieści idioty” usytuowała Jadwigę w kontekście dla większości odbiorców zapewne zaskakującym – szekspirowskim, i to szekspirowskim „na krwawo”. Otóż święta Jadwiga była córką morderczyni, która sama też została zamordowana, Elżbiety Bośniaczki. Kwaśnicka puentuje esej najsławniejszym cytatem z „Makbeta” o „życiu, jako opowieści idioty” („Tomorrow, tomorrow, tomorrow….”). W szkicu „Zbyt mało Marty” eseistka nawiązuje do chrześcijańskiego motywu dotyczącego roli kobiety. W tradycji tej imię „Marta” oznacza kobietę oddającą się zwyczajowym, tradycyjnym zajęciom „niewieścim”, pracom domowym, wychowywaniu dzieci, usługiwaniu mężczyźnie. Natomiast „MARIA”, to imię kobiety uduchowionej, kontemplującej, myślącej, czytającej, oddającej się celebrowaniu swojej kobiecości, ale też aspirującej do rozmaitych przeznaczeń duchowych. W życiu zazwyczaj jest tak, że większość kobiet, to „Marty”, ale też rzadko „zdarzają się” klasyczne „Marie”. Także one bywały i bywają nieraz „Martami”.  Jadwiga była prawie „czystą gatunkowo” „MARIĄ”, miała czas na wyłączną niemal kontemplację, choć zdarzyło się jej być kobietą rodzącą, a nadto oddawała się organizacyjnym trudom budowania Akademii Krakowskiej, zalążków polskiego uniwersytetu. W „Bożych stópkach” podejmuje Kwaśnicka zagadnienie o kolorycie teologicznym: kwestię materialnych śladów metafizyki i  metafizycznych odzwierciedleń świata materialnego. Esej „Wilhelm i republika listów” dotyka delikatnej kwestii uczuć miłosnych i seksualności Jadwigi. Kwestia niedotrzymania, wbrew woli królewny Jadwigi, jej (i przez nią) przyrzeczonego małżeństwa z królewiczem Wilhelmem Habsburgiem, niedotrzymania mającego źródła polityczne, wiązała się z wątpliwościami (związanymi później z beatyfikacją i kanonizacją Jadwigi) co do tego, czy doszło do cielesnego dopełnienia jej miłości. Co prawda według tradycji historycznej, odzwierciedlonej m.in. w ikonografii), Dymitr z Goraja miał powstrzymać królewnę przed wyrąbaniem sobie przez nią toporem drogi do ukochanego, ale nie ma pewnej wiedzy co do tego, co stało się później. W eseju „Skałka” Jadwiga pojawia się tylko epizodycznie, jako pielgrzymująca do tego sanktuarium świętego Stanisława. Esej dotyczy kwestii – jak to określa eseistka – „przetrącenia historii Polski” zabiciem biskupa krakowskiego przez króla Polski. Tego motywu Kwaśnicka nie rozwinęła, a szkoda.  Fakt bowiem, że jednym z kluczowych zdarzeń wczesnej historii (1079) chrześcijańskiej, a katolickiej później Polski, był wyrok skazujący jaki wydał Król czyli Państwo na Biskupa, czyli na Kościół, ma swoją paradoksalnie inwersyjną, godną namysłu wagę. W „Korzeniach klęski” podejmuje eseistka bardzo interesujące zagadnienie myślowego i mentalnego przełomu w epoce późnego średniowiecza – kryzys kolektywistycznego, hierarchicznego społeczeństwa średniowiecznego i obudzenie się, czy raczej „poczęcie” nowej, nowoczesnej świadomości ( a także religijności) indywidualistycznej, jednostkowej, subiektywistycznej, wynikającej z indywidualnych lęków, przeczuć, intuicji, takiej, której, po długotrwałej, wielowiekowej ewolucji – w pełni rozwinięty wyraz dał dopiero, przeszło cztery wieki później, modernizm. Jako prawowierna chrześcijanka i katoliczka, Marta Kwaśnicka widziała w tych średniowiecznych początkach indywidualistycznych (którymi naznaczona była także Jadwiga). W „Zwierciadle władcy” zajęła się eseistka tematem „speculum”. Był to gatunek tekstów pisanych dla władców z myślą o dostarczeniu im materiału do refleksji nad rządzeniem i sprawowaniem władzy. Za najsławniejsze „speculum” uchodzi „Książę” Machiavellego. Jeśli sądzić po przejawach umysłu politycznego królowej Jadwigi, mogła być ona pilną czytelniczką tego rodzaju tekstów (oczywiście nie napisanego później „Księcia”).  W eseju „Akropolis” Kwaśnicka broni źródeł chrześcijańskiej wizji Stanisława Wyspiańskiego  konstytuującej jego sławny, rapsodyczny dramat, przed dezynwolturą, nonszalancją, dowolnością i bezceremonialnością współczesnego teatru. Końcowe eseje zbioru („Alma Mater”, „Testament”) oraz „Czyń co widzisz”, poświęcone są dziełu Jadwigi, którym było budowanie fundamentów polskiego uniwersytetu oraz postaci Wita Stwosza, bardzo trudnego – delikatnie rzecz ujmując –  człowieka, który położył ogromne zasługi w dziele budowania duchowo-estetycznego wizerunku Krakowa. To także pochwała sztuki, jako wartości autonomicznej, niezależnej od cech artysty. Bardzo interesujące i pięknie napisane są te eseje Marty Kwaśnickiej.

Marta Kwaśnicka – „Jadwiga”, Teologia Polityczna, Warszawa 2015, str. 177, ISBN 978-83-62884-84-1

Polski strumień świadomości

Na początek, zanim zabierze głos krytyk (mimo, że Jan Błoński w „Odmarszu” dawał pierwszeństwo głosu krytykom, jako, samozwańczym, reprezentantom opinii publiczności) oddajmy głos edytorowi i literaturoznawcom. Chodzi o to, by rekomendacja tej prozy, o której będzie mowa, była możliwie najbardziej kompleksowa. To bowiem zjawisko zbyt wybitne, by zbyć je zdawkową opinią.

„Kolejna powieść autora słynnej „Królowej Tiramisu” (nominowanej m.in. do Nagrody Literackiej NIKE i Paszportów Polityki) to monumentalny moralitet, historia współczesnego Fausta i jego ucznia, młodego pisarza – autorskiego porte parole, naśladującego swego Mistrza, buntującego się przeciw niemu, marzącego o sławie, uznaniu i stworzeniu arcydzieła. Walka czy też raczej – współzawodnictwo należących do różnych pokoleń głównych postaci – uwikłanego w PRL Mistrza i reprezentującego młode pokolenie kandydata na artystę, ukazana została na tle fantazmatyczno-realnej Polski, zbudowanej po części z odtworzonych z pietyzmem realiów historycznych i współczesnych, po części zaś wysnutej z wielu znanych tekstów polskieji światowej kultury. Książka zwraca uwagę gęstą i bogatą fakturą językową – poetyckością, giętkością stylistyczną w licznych literackich (i nie tylko literackich) nawiązaniach i pastiszach”.

W opinii prof. Marka Bieńczyka, „to szalona, i rubaszna, i poetycka gawęda wykrzyczana dwudziestoma językami, a wszystkie one należą do polszczyzny, której Bohdan Sławiński – mistrz metafor i skojarzeń, łączenia słów z różnych parafii – jest wirtuozem, jakich mało. „Gęsta i bogata faktura językowa – giętkość stylistyczna w licznych literackich (i nie tylko) nawiązaniach i pastiszach. Sławiński pisząc swoją powieść o Polsce, polskiej kulturze i głębinowych pokładach indywidualnej i zbiorowej tożsamości, miał przed oczami wizję stworzenia powieści totalnej, której patronuje „Ulisses” Jamesa Joyce’a” – ocenia prof. Magdalena Rabizo-Birek. Zdaniem dra Karol Samsela, „to nie tylko znakomita fabuła (…), to także papierek lakmusowy naszej XXI-wiecznej kondycji pisarskiej w Polsce. Dariusz Nowacki zauważa niby krytycznie, ale w rezultacie z czytelniczym zachwytem: „Oto co znaczy tkwić w pułapce języka. W gęstwinie cudzej mowy toną bohaterowie oraz przywołane przez nich zjawy. Chciałoby się zawołać: jakże widowiskowa katastrofa! Jakże widowiskowy słowa rejs! Rozpisana na głosy… opera”.

Nie tylko przyjmuję do wiadomości te komplementy, ale je potwierdzam moją krytyczną pieczątką. Do tego stopnia, że w sformułowaniu Magdaleny Rabizo-Birek doszukującej się „patronatu” „Ulissesa” Joyce’a nad „Sigilem” i jego autorem dopatruję się tylko nieco przesady, ale na pewno nie „strzelenia kulą w płot”. Sławiński zapewne drugim Joyce’m nie będzie, ale wcale nie dlatego, że jest dużo mniej utalentowany, tylko dlatego, że zjawisko „Ulisses” było owocem swojego czasu (sprzed stu lat! – warto odnotować z obowiązku kronikarskiego) i już się nie powtórzy. „Sigil” natomiast nie będzie tytułem podobnie jak „Ulisses” epokowym, także dlatego, że powstał sto lat później (w diametralnie odmiennej sytuacji literatury) i w języku polskim.

Jednak jeszcze zanim swoje trzy grosze doda krytyk, słowo od samego autora powieści. To rzecz, której podobnego przykładu sobie nie przypominam – rodzaj posłowia odautorskiego, w którym streszcza on coś w rodzaju fabularnej osnowy „Sigila”: „Młody copyriter Słowik, który niby odurzony zmysłowym Teraz i TU bożek wina Dionizos, zgubił z samym sobą związek… w stołecznej placówce pieśnią reklamowego spottu wznosi bastiony sztucznego świata. Byleby usunąć stygmat winy, którą naznaczył Słowika przeklęty (..) w Upiorze przodek. Słowik objawia się Miast, dwuznaczny jak Wąż z Drzewa Wiadomości,  a jego pełne pokus „tajemne sztuki” będą po równi lekiem, co trucizną… Mistrz, którego czyny i rozległa myśl, poza Dobrem i Złem – w atrakcyjnej żonie Słowika, Angeli odnajdzie nowy napęd swojej wycyzelowanej sztuki. (…)”. Streszczenie tak bardzo uchwycenia „intrygi”, „fabuły” nie ułatwia.  Jest ona bowiem raczej pretekstem do gry literacko-intelektualnej niż celem samym w sobie. Piszący te słowa tak bardzo rozbujał się, niczym na surfingowej desce na fali prozy Sławińskiego, zauroczony samą czystą językową urodą, a raczej „elan vital” tej prozy, że przez kilkadziesiąt pierwszych stron lektury nie zwracał uwagi na TO, o czym niby czytał i musiał wrócić, jak wraca się do punktu wyjścia spaceru, w miejsce, w którym zostawiło się coś przez zapomnienie. „Sigil” – czytamy w opinii innego komentatora – to wysnuta z tekstów kultury, realizmu i imaginacji, wymyślnej architektury… głębinowych archetypów zbiorowej nieświadomość, masek, tradycji i tajników myślenia i mitów… powieść pod patronatem „totalnych”  dzieł ludzkości: „Fausta” i „Ulissesa”, które destylują się w jego alchemicznym słowa kotle, w operowej harmonii, syntezie sztuk, gdzie na serio komizm, liryzm, epika i postromantyczna ballada, którą włada nadzmysłowa siła, rozpisana na głosy (…)”.

Już pierwsze słowo „Sigila” potwierdza ów kulturowy kontekstualizm tworzywa powieści: „Przechodniu …”, będące oczywistym nawiązaniem do Termopil. Bo Sławiński (rocznik 1977) swoją kulturową pamięcią obejmuje nie tylko czas przez siebie przeżyty (12 lat dzieciństwa w PRL oraz trzydzieści przeszło lat III RP), ale głęboko osadzone warstwy historii Polski i Europy, międzywojnie, okupacja, PRL, stan wojenny („tłumne koścołó nawiedzanie: każdy szaraczek PRL był krzyżowany komunizmem. Czóowiek z rozbestwionym kawałkiem Boga w sobie”).  Jest tu i klasyczna, postgombrowiczowski, post- „transatlantykowy” rozrachunek z polskością, takich, jakich było już kilka, a ostatnio choćby w „Nicusiu” Maxa Wolskiego, są bogate reminiscencje: czterej pancerni, lody Bambino,  22 Lipca, Dworzec Gdański 1967-1969 Deridda, Barthes, Pynchon, Kristeva, Lyotard, „Czarnoleski Apollo”, „wiolinowe tony białych łkań Mallarmé’go, Tomasz Mann ze „Śmiercią w Wenecji” barokowe dworki, Marszałek Piłsudski, Grottger, „Pan Tadeusz”, Rachela z „Wesela”, Golem, lata 1830, 1863, 1918, „Finnegan’s wake”, są asocjacje seksualne z „policjantkami czy pielęgniarkami” (…) „w mózgowiu spięcie z okresu adolescencji”, „dama w woalce”, „pachnące piżmem tabernaculum kobiece”, castrum doloris, erotyka sepulkrarna („błądzą pachnące kadzidłem szkieletu palce nad zetlałą, koronkową podwiązką zmumifikowanej księżnej (…) przyjmiesz zetlałą podwiązkę, ten nieśmiertelnych pożarów zmysłów ślad?”), dziecięce wyliczanki („Deus, deus, kosmateus i morele baks”).

Ten polski strumień świadomości, ta kanonada zawiłości zdań są w lekturze pasjonujące.

Bohdan Sławiński – „Sigil”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 512, ISBN 978-83-8196-402-9

Poniatowska Meksykanka

„Wybitna meksykańska pisarka i reportażystka, wywodząca się z królewskiego rodu Poniatowskich. Stawiana w jednym rzędzie z Gabrielem Garcia Marquezem, Mario Vargas Llosa oraz Carlosem Fuentesem, z którymi się przyjaźniła. W 2013 roku za swój dorobek została uhonorowana nagrodą Cervantesa, nazywaną hispanojęzycznym Noblem. Rodzice Poniatowskiej do Meksyku przyjechali z Paryża, a pierwszym językiem Eleny był francuski. Zarówno ojciec Jean, jak i matka Paulette – pochodząca z arystokratycznej rodziny meksykańskiej – byli zaangażowani w antyhitlerowski ruch oporu. Debiut Eleny Poniatowskiej przypadł na początek lat pięćdziesiątych. W tamtym czasie niewiele kobiet pracowało w zawodzie dziennikarza, a cenzura blokowała tematy zaangażowanie społeczne. Jej udało się to zmienić. Dziś przede wszystkim jest kojarzona z walką o prawa najbardziej narażonych na przemoc i wykluczenie: kobiet, rdzennych społeczności, dzieci ulicy. Swoim przykładem utorowała drogę wielu meksykańskim pisarkom i dziennikarkom. Jej książki były wielokrotnie nagradzane, tłumaczone na różne języki, również na polski” – czytamy w nocie wydawniczej.

Pierwszą nauką, jaką wywiodłem z tej lektury, to kolejne potwierdzenie życiowej wiedzy, że uczymy się do końca życia. Czytam książki obficie, a nawet jestem zanurzony w literaturze od kilkudziesięciu lat, a profesjonalnie zajmuję się literaturą też już od kilku dziesięcioleci, a właściwie dopiero z lektury historii autorstwa Magdy Melnik dowiedziałem się, że istnieje wybitna pisarka meksykańska o korzeniach polskich. Co prawda „otarłem się” kiedyś, na chwilę, o nazwisko Eleny Poniatowskiej, ale pośpiech czy nonszalancja, stali, niedobrzy towarzysze naszej egzystencji. Wiedziałem, że pisze, ale nie sprawdziłem wnikliwiej, by dowiedzieć się, że jest wybitną pisarką. Aby napisać opowieść o potomkini – w ostatecznym rozrachunku – ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego, dziennikarka i reporterka Magda Melnyk wybrała się do niej, do Meksyku i gościła u niej kilka tygodni. Nie będę tu streszczał historii osobistej i rodzinnej Eleny Poniatowskiej (rocznik 1932 – w tym roku kończy 90 lat), bo nie chcę odbierać czytelnikom przyjemności lektury i wynikających z niej niespodzianek. Zaznaczę tylko, że nie jest to obraz typowego, polskiego emigranckiego losu, jako że rodzina Eleny była już od dawna skosmopolityzowana, sfrancuziała i zhiszpańszczona. Losy prywatne Eleny, jej losy małżeńskie i macierzyńskie są bardzo interesujące i Magda Melnyk opisała je bardzo barwnie, potoczyście, zajmująco. Silne piętno odcisnęła też w jej książce dramatyczna społeczna i polityczna historia Meksyku, historia silnie naznaczona przemocą. Mimo, że Poniatowska kocha Meksyk i piękno jego krajobrazu, bezkompromisowo walczyła z panującym w nim złem i to autorka opowieści znakomicie oddała.

Jednak recenzentowi literackiego e-tygodnika wypada skoncentrować się na dokonaniach literackich Eleny Poniatowskiej. Zadebiutowała opowieścią „Lilus Kikus”, będącej owocem refleksji nad swoim dotychczasowym życiem oraz  reminiscencji z ukochanej lektury, którą był „Mały Książę” de Saint-Exupery’ego, zaś tytułowa Lilus była rodzajem dziewczęcej wersji „księcia”. W „Todo empezzo el domingo” („Wszystko zaczęło się w niedzielę”) podjęła problemy najbiedniejszych warstw społeczeństwa Meksyku. W 1963 roku ukazała się powieść „Do sępów pójdę” (polskie wydanie pod tym tytułem  ukazało się w 2011 roku). Problematyka społeczna jest też treścią powieści „Indomitas” („Nieposkromione”, o żonach więźniów). W 1979 roku wydała zbiór opowiadań „Pszychodzisz nocą” (błąd ortograficzny – zamierzony) oraz „Gaby Brimmer”. Pisarka zachowywała równowagę między problemami społecznymi a indywidualnymi, jednostkowymi, psychologicznymi. W zbiorze opowiadań „Tlapareria” („Sklep żelazny”) objawiła też  talent w ukazywaniu zwykłego życia, talent w zakresie małego realizmu.  Książka o stalinistce Tinie Modott wywołała protest zaprzyjaźnionego z nią Octavio Paza, laureata literackiego Nobla 1990. Mimo to, na krótko przed śmiercią Paza, napisała z nim wspólnie jego biografię, „Parablas del arbol”  („Słowa drzewa”, 1996). W 2008 roku, pod tytułem „Lenora” wydała swoje młodzieńcze wiersze. W 2000 roku ukazała się książka „Tysiąc i jedna”, oparta na licznych relacjach Meksykanek, które dokonały nielegalnej aborcji. To wielki krzyk o prawa kobiet, który, z uwagi na kontekst, aż prosi się o polski przekład. W 2019 roku ukazała się jej powieść „El amante polaco”, o bracie króla Stanisława Augusta, Kazimierzu Poniatowskim. Był on też bohaterem znakomitego reportażu historycznego „Nieznany książę Poniatowski” Mariana Brandysa. To tylko niewielka część z licznych dokonać pisarskich Poniatowskiej, do których należą też teksty do albumów fotograficznych, czy teatralne sztuki.

Znakomicie napisana opowieść o życiu i twórczości Eleny Poniatowskiej oraz o jej „Meksyku pięknym i kochanym”, to pasjonująca lektura.

Magda Melnyk – „Meksyk, moja miłość. Historia Eleny Poniatowskiej”, Wydawnictwo Osnova, Warszawa 2022, str. 229, ISBN 978-83-66275-11-9

Panowie Wazowie oraz ich żony, panny i kochanki

O dynastii Wazów, w tym Wazów na polskim tronie napisano już sporo. Powstały monografie o poszczególnych postaciach „Wazowej” królewsskiej galerii („Zygmunt III Waza” Henryka Wisnera, „Władysław IV i jego czasy” Władysława Czaplińskiego, „Ostatnie lata Jana Kazimierza” Własdysława Czermaka, „Na dworze Wazów w Warszawie” i „Warszawski dwór Ludwiki Marii” Bożeny Fabiani, „Rzeczpospolita Obojga Narodów: Srebrny Wiek” Pawła Jasienicy i cały szereg prac szczegółowych). Są też ciekawe dokonania prozatorskie: „Ogniem i mieczem” i „Potop” Sienkiewicza, Na warszawskim dworze” Józefa Ignacego Kraszewskiego, „Listy staropolskie z epoki Wazów” Hanny Malewskiej, „Królestwo pychy” Michała Rusinka, „Romans królewski” Władysława Rymkiewicza. Mogłoby się więc wydawać, że kolejna synteza „wazowskich” czasów nad Wisłą jest niekoniecznym dodatkowym „grzybem w barszcz”. A jednak talent narracyjny Iwony Kienzler sprawił, że jej opowieść „Wazowie na polskim tronie. Romanse, intrygi i wielka polityka” czyta się z wielką przyjemnością, zainteresowaniem i pożytkiem. W oparciu o bogatą literaturę przedmiotu Iwon Kienzler bardzo barwnym językiem opisała nie tylko losy polityczne, królewskie trzech wazowych władców Polski, ale także „ich” kobiet – żon i kochanek, także matek. To pierwsza żona Zygmunta III Anna Habsburg („brzydka żona szczęśliwego męża”), Katarzyna Jagiellonka, Urszula Meyerin, Konstancja Habsburg (druga żona Zygmunta), Anna Wazówna, („królewna zakochana w nauce”), Jadwiga Łuszewska „Jadwiżka”, piękna kochanka Władysława IV, Cecylia Renata Habsburg i Maria Ludwika Gonzaga (pierwsza i druga żona Władysława IV, ta druga także bratowa, a później żona Jana Kazimierza). A  że galeria „wazowych” kobiet jest tak bogata, więc erotyka, pożycie małżeńskie, sprawy alkowiane, ciąże, porody i połogi zajmują w opowieściach Iwony Kienzler wiele miejsca. Autorka pokazała Wazów i ich kobiety, swoich bohaterów i bohaterki jednocześnie barwnie, ale też jako zwykłych ludzi, z ich cielesnością, wadami, zaletami, dziwactwami, chorobami, inkrustując swoją opowieść licznymi pikantnymi detalami. Świetna, potoczysta lektura.

Iwona Kienzler – „Wazowie na polskim tronie. Romanse, intrygi i wielka polityka”, Wydawnictwo „Lira”, Warszawa 2022, str. 316, ISBN 978-83-66966-39-0

Etiopski Machiavelli

Ekstra atrakcją tej biografii jest fakt, że jej autorem jest etiopski arystokrata, obywatel niemiecki, niezawodowy historyk, którego ojciec należał do dworu cesarza Etiopii, Hajle Syllasje. Inna niezwykłość, nie jedyna, związana jest z bohaterem biografii. Ze swojego późnego dzieciństwa z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pamiętam tę postać wymienianą i pokazywaną w telewizyjnych programach informacyjnych oraz w prasie. A przecież, choć może się to wydać niewiarygodne,  Hajle Syllasje zaczął  rządzić Etiopią, jeszcze nie jako cesarz, ale jako regent, w roku, w Berlinie władał jeszcze cesarz Wilhelm II, a w Petersburgu car Mikołaj II. „W roku, w którym został strącony z tronu (1974), urzędował już tylko jeden monarcha, który wcześniej od niego piastował cesarski tron – japoński cesarz Hirohito. Wszystkich innych (…) cesarz Etiopii przeżył. W roku 1974 wraz z nim i za jego sprawą zakończyła się historia kraju licząca 3 tysiące lat. W klamrze tych wydarzeń mieści się burzliwe, poruszające życie Hajle Syllasjego”. Jednak nie sama tylko niezwykle stara genealogia cesarstwa budzi poruszenie i zadumę. Cesarz Hajle Syllasje miał być potomkiem rodu biblijnego król Dawida i królowej Saby, spokrewnionym z Jezusem Chrystusem. Asfa Wossen Asserate drobiazgowo opisuje życie negusa nygesti (króla królów), od dzieciństwa w Harerze (1892-1910), czas władzy (1916-!974), z wszystkimi kryzysami aż po kres jego życia. Czy biografia, przy wszystkich swoich czytelniczych walorach jest obiektywna? Nie w pełni. Biograf nie kryje trudnych i kontrowersyjnych momentów życia cesarza, w tym m.in. opuszczenia przez niego kraju na czas inwazji wojsk faszystowskiej Italii Mussoliniego, ale jego interpretacja losów monarchy jest generalnie przychylna, daleka od mocnego krytycyzmu, choć nie hagiograficzna. O sylwetce psychologicznej cesarza znajdujemy w biografii uwag niewiele, ponieważ był on człowiekiem generalnie zdystansowanym, niewylewnym, zamkniętym w sobie. Bardzo interesująca, kolejna edycja z markowej serii PiW-owskiej „Biografie Sławnych Ludzi”

Asfa-Wosen Asserate – „Hajle Syllasje. Ostatni cesarz Etiopii”, przekład Urszula Popławska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 312,  ISBN 978-83-8196-340-4

Życie na walizkach. Wspomnienia chrześniaczki Tyrmanda 

Autorka tych wspomnień, to bratanica Czesława Miłosza, córka jego młodszego brata, dziennikarza i scenarzysty, Andrzeja i przede wszystkim  ten fakt wyznacza ich atrakcyjność. Świat opisany przez Joannę Miłosz-Piekarską, to czas PRL-owskiej młodości i emigracji, via Londyn,  do Australii. Postacią osiową wspomnień jest jej stryj, emigracyjny polski poeta-noblista. Na ich kartach pojawiają się dziesiątki postaci z kręgu polskiego świata artystyczno-literackiego, m.in. Leopold Tyrmand, Witold Leszczyński,  Piotr Szczepanik, a także cały świat rodzinno-towarzyski autorki. Można, jeśli się je ma, skonfrontować swoje peerelowskie wspomnienia z opisami autorki wspomnieć lub poznać niektóre cechy tych specyficznych czasów. Wspomnienia między innymi z dzieciństwa, gdy słychać było od dziecięcych grupek odgłosy charakterystycznych „indiańskich okrzyków”, w obecnych czasach chyba już niespotykane podobnie jak inne gry i zabawy dziecięce. Innym znakiem tamtych czasów było niemodne już chyba na ogół robienie sobie wzajemnie przez dorosłych makabrycznych żartów z podrzucaniem rożnych „dziwnych rzeczy”. Dla autorki, punktem granicznym między niezmąconym dzieciństwem a dorosłością była emigracja matki z Polski w 1966 roku i jej wyjazd w ślad za nią rok później, do Londynu, przykład „ucieczki do lepszego świata” jeszcze w okresie przedmarcowym. Później przeżycie cywilizacyjnego szoku obfitością dóbr materialnych w sklepach, szok australijski, „horror Canberry” i „dziwnego kraju”. Dalsze perypetie, to małżeństwo autorki wspomnień i obrazki z hippisowskiego Londynu, perypetie z „panem Stanisławem” z SB po powrocie do Polski (wahadłowym, bo autorka żyła między oboma krajami i w ogóle dużo podróżowała), studia, życie towarzysko-kawiarniane, ciąża i urodziny córki Natalii, Polska czasów stanu wojennego. Interesujący jest też obszerny portret jej matki, „pięknej Hanki Miłosz”, bratowej Czesława Miłosza, która z racji zawodu męża obracała się często w kręgach artystycznych, wiodła barwne życie, przyjaźniła m.in. z Jerzym Afanasjewem czy Jackiem Fedorowiczem, grała w tenisa z Bohdanem Tomaszewskim, ocierała o wiele postaci tego światka (Stanisław Lem, Andrzej Zawada, Anna Milewska, Andrzej Wirth i inni), a w roku 2003 ukazały się jej wspomnienia zatytułowane „Piegowate szczęście”. O tych „szalonych latach” sześćdziesiątych latach, których epicentrum były SPATiF, „Stodoła” i inne lokale, Gustaw Holoubek powiedział kiedyś dowcipnie, choć zapewne z przesadą: „wszyscy jesteśmy szwagrami”. Podobnie obszerny, ciepły portret poświęciła autorka ojcu, Andrzejowi Miłoszowi, dziennikarzowi, scenarzyście, dokumentaliście filmowym, także barwnej postaci, również ojcu chrzestemu Leopoldowi Tyrmandowi, a także interesująco, na tle historii, opisała losy rodziny. Kończy autorka swoje bardzo interesujące i bezpretensjonalne wspomnienia melancholijnie, rozdziałem o starej rodzinnej kanapie, która towarzyszyła losom familijnym przez wiele lat: „Ci, którzy wtedy, tam we dworze na niej siedzieli, już umarli, a ona stała się dla mnie symbolem wszystkich powrotów, bo przecież „Bieda temu, kto wyrusza i nie powraca”. To słowa kuzyna Miłoszów, Oscara Miłosza de Lubicz. Kanapa pochodziła z jego dworu w litewskiej Krasnogrudzie, towarzyszyło wędrówkom rodziny, służyła jej m.in. w Sopocie i Warszawie, aż wreszcie wróciła do punktu wyjścia („koło się zamknęło”). Dzięki staraniu autorki, do „Domu Miłosza w Krasnogrudzie”.

„Biada temu, kto wyrusza i nie powraca”

Joanna Miłosz-Piekarska – „Wszystkie czasy przeszłe”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 284 plus aneks fotograficzny, ISBN 978-83-8196-365-7

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko