Jerzy Fryckowski – wiersze

0
300
Jerzy Fryckowski

  *   *   *

                                            Ojcu

Jestem synem członka zbrodniczej organizacji
który potajemnie wynosił do pracy żarówki
by tam w niebieskich zarękawkach
przesłuchiwać długie kolumny cyfr
przy pomocy biurowej lampy

Po powrocie
niewiele mówił przez zaciśnięte zęby
i nigdy nie zdradził jaki był wynik
jego całodziennej pracy

Czasem tylko w kieszeni wysłużonej marynarki
przynosił mi duże włoskie orzechy
na których klękały w kącie moje marzenia
o prawdziwej skórzanej futbolówce
i rowerze marki favorit


  HŁASKO DO AGNIESZKI OSIECKIEJ.KAZIMIERZ NAD WISŁĄ 1957

Kochana
mieszkam w Domu Architekta
rynek tuż za oknem
luminarze literatury żonglują mną jak piłką
bierzemy bar kilka razy dziennie
najwierniejsi są krytycy
Putrament mówi
że działają na zasadzie rakiety nośnej
i kiedyś mnie opuszczą
oby po wylansowaniu
redaktorki młode jak Polska Ludowa
kładą sobie na kolanach moją głowę
i wmawiają mi trudne dzieciństwo
to budzi w nich instynkt macierzyński
Agnieszko
słyszę w farze nasze modlitwy o sławę
w ruinach zamku
zaczynam pachnieć tobą
codziennie na targu przypominają mi ciebie
oczy chłopów czerwone z braku snu
zapach alkoholu i mokra sierść grubych koni

Boję się że te trzy krzyże na wzgórzu
to dla nas
i naszej miłości


   FOTOGRAFIA REGINY SZPILMAN Z 1935 r.

Idziesz w moją stronę
cicho stukają białe buciki
jeszcze siedem lat tłustych szczęściem
wypełnionych troską ojca
o rozbite kolano o najbliższy egzamin
słońce okrywa różowym blaskiem
ocynkowane blachy domów
chmury białych gołębi
zataczają kręgi na błękicie nieba
zapach bzu przekrada się przez płoty
twoja twarz kwitnie podobnie
mimo surowej powagi matki

Jej kapelusz wykrojony z żurnala niemego kina
przyciąga wzrok eleganckich mężczyzn
którzy nie szczędząc ci uśmiechów i ukłonów
zbiegają oczyma w okolice kolan
twoja twarz niesie marzenia o prawie
i dumę z talentu brata
jesteś już kobietą
wie o tym wszędobylski wiatr
nie zauważasz moich błazeńskich min
i prób otarcia się o twoje szaty
traktujesz mnie jak powietrze
przechodzisz Plac Grzybowski
idziesz w stronę Placu Bankowego

Jeszcze nie znasz adresu
na Umschlagplatz


ŁEMKA

Już nie wyzywają jej od wariatek gdy skrada się do piekarni
wiedziona  zapachem zakwasu i drożdży
ona nie przeklina  nikogo w  sobie tylko znanym języku
skręcone z bólu dłonie nie piorą pościeli do  bieli
jakiej nikt nie potrafił ręcznie uzyskać
na przekór sąsiadom karmi  sforę psów
myśląc  że jest bieszczadzką waderą
odpowiedzialną za swoje stado

Kiedy przywieziono ją zza Wisły nad morze
nie mogła się nadziwić skąd tyle wody aż do nieba
a piachu więcej niż na ojcowskich morgach
drzewa powyginane i skarlałe
nie przypominały tych za cerkwią

Mąż odumarł ją szybko bo nie znał odpowiedzi
na pytania zadawane po polsku
sąsiadów do wydania znał mniej
niż było nocy przesłuchań
a gdy w pięćdziesiątym szóstym
z odwróconego taboretu przesiadł się na traktor
nie umiał z nim gadać jak z siwkiem
więc niewiele zarobił

Ostatnio znów przychodzą i pukają
już nie w mundurach ale wykształceni
elegancko ubrani pod krawatem
przyglądają się świętemu Andrzejowi
głupcy … chcą tyle płacić za pomalowaną deskę

Nie sprzedam – mówi Łemka

To moje wieko



    *   *   *

Mam syna w Londynie powiedział do mnie ojciec Piotra i Pawła
a potem poprosił o dwa złote na wino

Wzruszony moją szczodrością z domieszką miedzi
wyznał ze łzami w oczach że zna moje  Treny
i kiedyś sam pisał wiersze

Rozmową o literaturze wylicytował trzy dwadzieścia
ponoć tyle kosztuje wino
uznane przez Unię Europejską za wino

Przy jego nogach śmieszny kundel z siwą bródką
wierniejszy od syna w Londynie


DRZWI

Z ubezpieczenia dostałem siedemset złotych
zamówiłem za te pieniądze drzwi wejściowe
kilka razy dziennie chłodzę rozpacz klamką
dotykam faktury drewna jak ciała kobiety lub Twojej dłoni

Kiedy jestem na spacerze z psem lubię na nie patrzeć
z pobliskiego boiska na którym moje dzieci stawiały pierwsze kroki
i nie opuszcza mnie ta świadomość że to drzwi za ubezpieczenie

Z daleka wyglądają jak wieko trumny
w której położyli Ciebie
ci z zakładu pogrzebowego
a jednak otwieram to wieko często
wchodzę do środka biorę talerz z dłoni żony
a kiedy wychodzę to wracam do żywych i próbuję nauczać

Drewno pęka od mrozu wiatru i deszczu
czyżby żyło?


 
*   *   *

Żono, znów zamiast ciebie mój pies spał od ściany,
rozgrzał do czerwoności zimną dotąd pościel
i lizał moje palce, goił śliną rany
świeże twoim milczeniem, otwarte na oścież.

I zbudził mnie o świcie tupiąc o podłogę
w rytmie naszego głodu i nocy bez grzechu.
Z chłodnych ścian zwisały wyrzeźbione bogi
z niemym krzykiem na ustach, pięścią grożąc echu.

Gaśnie na mym policzku wysepka psiej śliny,
jego brązowe oczy świecą jak niepokój,
szukał mój sen samotny w chłodzie łóżka winy,
znalazł tylko własną twarz odbitą w psim oku.


POST SCRIPTUM

Zapaliłeś wosk zniczy, wierząc w magię ognia.
Próbowałeś się modlić, gładząc wzrokiem kamień.
Odpowiadała cisza ponura jak zbrodnia.
Spadały zwiędłe liście wilgotne jak pamięć.

I klęczał tylko twój cień od płomieni krzywy
nad drobną garścią kości tak bardzo ci drogą,
bo tego dnia tylko ty odszedłeś stąd żywy,
A ci co chcieli bardziej, odejść już nie mogą

                                            JERZY FRYCKOWSKI

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko