Jacek Bocheński – Mirek

0
348

Pamięć historyczna.  Ba! To miała być ta pamięć w epoce nie mającej czasu na pamiętanie, wolna od  nieprawd wynikłych z ideologii i z adaptacji faktów do wymagań polityki. Według patetycznej nazwy pamięć narodowa. W istocie, gdyby trzymać się rodowego pierwiastka słowa naród, raczej pamięć wyrodna, niż narodowa, pamięć zwyrodniała, przecząca samej sobie.

– Udostępniłam na Facebooku list otwarty historyków – powiedziała mi ostatnio Magda. – W sprawie Mirka.  List kilku profesorów. Wszyscy zajmują się historią  najnowszą, wiesz, Andrzej Friszke i inni. Wszyscy byli w IPN-ie. Teraz żadnego już tam nie ma. Ukazał się ich list otwarty.  „Rzeczpospolita” go zamieściła, a ja właśnie udostępniłam na Facebooku. W ogóle nic nie udostępniam, no ale to, rozumiesz, w sprawie Mirka.

– Nie rozumiem właśnie. W jakiej sprawie Mirka?

– Mirek nie może być uznany za kombatanta, bo Instytut Pamięci Narodowej się nie zgodził.

Instytut w osobie prezesa Instytutu. Historycy dokładnie wszystko piszą.

– Ale jak to? Mirek nie jest kombatantem? On  nie może być? To kto jest?

– A nie wiem. Jest sprawa Mirka w IPN-ie. Z czasów, kiedy pracował jako chemik w Instytucie Badań Jądrowych. Podpisał zobowiązanie, że w związku z tymi tajnymi pracami naukowymi będzie informował kontrwywiad o możliwych zakusach szkodników, szpiegów czy zamachowców, a  kontakt z kontrwywiadem zachowa w tajemnicy. To podpisał w Radomiu, aresztowany pierwszy raz przez  bezpieczniaków, ale opowiedział o tym KOR-owi i chyba przekazał relację Biuletynowi KOR-u, historycy ją cytują, mają źródło, a Mirka z pracy w IBJ-ocie natychmiast wtedy wyrzucono.    

Ach, oczywiście, przypomniałem sobie. Był rok 1976, była słynna podwyżka cen, rozruchy w Radomiu, powstał Komitet Obrony Robotników, powstawała opozycja demokratyczna.  Magda była żoną Mirka, a ja jednym z redaktorów przygotowujących już „Zapis”. Musiałem wiedzieć od Magdy o wyrzuceniu Mirka z pracy, głównie od niej, nie od niego, bo on był zawsze małomówny, a jeśli coś krótko mówił, to tak, jakby na szersze omawianie żaden temat nie zasługiwał. Mało mówi, bo to jest człowiek czynu, z lekka zażartowała sobie kiedyś Magda. Musiałem też czytać Biuletyn Informacyjny KOR-u, jednak nie pamiętam, żeby ktoś wtedy uważał, że jest “sprawa”.  Były dziesiątki ważniejszych spraw.

Lepiej pamiętam kolejne swoje zetknięcie ze sprawą Mirka. Usłyszałem o niej dwadzieścia pięć lat później, dobrze po upadku PRL, od sędziego Leona Kieresa. To znaczy usłyszałem, że sprawy nie ma, bo właśnie została zbadana i wyjaśniona. Profesor Kieres, prawnik, był pierwszym prezesem Instytutu Pamięci Narodowej.

Przyszedł na spotkanie klubowe do kawiarni „Radio Café” Stanisława Pruszyńskiego, syna Ksawerego, gdzie miało siedzibę Stowarzyszenie Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Zobaczył mnie siedzącego na sali, uznał pewnie za osobę rodzinnie zainteresowaną, pochylił się nade mną i powiedział, że na Mirku Chojeckim żadne zarzuty już nie ciążą. Informację od profesora Kieresa otrzymałem, z grubsza licząc, w początkach dwudziestego pierwszego wieku. Mirek był mężem Magdy w latach siedemdziesiątych, potem stopniowo coraz mniej mężem. Stan wojenny zastał go w Ameryce i zatrzymał w Paryżu. Z czasem formalnie się rozwiedli, jednak w przeciwieństwie do moich rodziców pozostali przyjaciółmi, usposobionymi  wobec  siebie życzliwie.

Jak przeczytała  mi Magda z listu historyków, Mirek był „od 1982 roku do 1989 jednym z przywódców emigracji „Solidarnościowej” wspomagającym podziemie w kraju sprzętem technicznym do powielania”. Oczywiście. Raz czy dwa zdarzyło się, że jego emisariusz wpadał do mnie z prośbą, żebym jakieś części  tego sprzętu ukrył przez kilka dni u siebie, a zobaczywszy pawlacz z torbami podróżnymi moimi i mojej żony, ładował tam bez ceregieli swój tłumok. Nie było to najbezpieczniejsze miejsce w stanie wojennym, jednak z drugiej strony nie było rzeczą łatwą znajdować gospodarzy mieszkań, którzy by się godzili przechowywać sprzęt dla podziemia. 

Mirek osobiście, co prawda syn „Kamy”  (Marii Stypułkowskiej- Chojeckiej, uczestniczki zamachu na Kutscherę, dowódcę SS i policji niemieckiej w dystrykcie warszawskim podczas wojny) urodził się po wojnie i w walce zbrojnej udziału, rzecz jasna, nie brał. W tym więc sensie kombatantem nie jest. Ale był jednym z czołowych  i najskuteczniej działających   organizatorów walki cywilnej, odpowiedniej do nowych okoliczności i zmienionych  potrzeb.

W roku 1976 zbierał od kogo się dało pieniądze i zawoził rodzinom  represjonowanych robotników radomskich.  Pośredniczył w nawiązywaniu kontaktów  między nimi a grupą odważnych adwokatów, gotową bronić wtedy aresztowanych. Przede wszystkim jednak  już w latach siedemdziesiątych uruchomił krajowe powielacze, co mnie uskrzydliło, bo „Zapis” powielany w drukarniach Mirka, „założyciela Niezależnej Oficyny Wydawniczej”, jak zgodnie z prawdą piszą historycy, zaczął wychodzić w nakładach na samoobsługowe warunki podziemne olbrzymich.    

Były to czasy rewolucji pokoleniowej na świecie. Moim zdaniem, skończyło się w tych latach wychowanie dzieci przez rodziców i nauczycieli, a zaczęło coś odwrotnego: faktyczny, coraz silniejszy, trwający do dzisiaj wpływ młodzieży na populacje starszych. Nie mam poczucia, że wychowałem Magdę. Będąc niespełna piętnastolatką przykro się na mnie zawiodła. Nie zaaprobowałem jej pomysłu spędzenia wakacji na podróżach po kraju autostopem z niewiadomo jakimi kierowcami. Rozwijała się więc niezależnie od wątpliwego autorytetu ojca, ale wynik uważam za całkiem niezły. Mam poczucie, że ona i Mirek wychowali w pewnej fazie życia mnie.   

Siły sprawczej tego wychowania doznałem najdobitniej dzięki Mirkowi, gdy w roku 1980 wiosną  został aresztowany nie na czterdzieści osiem godzin, jak wielokrotnie przedtem, lecz z intencją przetrzymania go do procesu sądowego i skazania. Podjął w celi głodówkę protestacyjną, doczekał się jednak przymusowego karmienia wprost do żołądka przez więzienne służby. Swoje przeżycia opisał w grypsie, który dostałem przemycony z więzienia i postanowiłem opublikować w „Zapisie”. Nikt z redaktorów nie sprzeciwił się, a ja po rezygnacji Wiktora Woroszylskiego byłem już od dwóch lat rzeczywistym redaktorem naczelnym „Zapisu” . Przekaz Mirka został wydrukowany na czołowym miejscu, przed tekstami Tomasa Venclovy i Gyӧrgy Konrada  w numerze 15 z datą “lipiec 1980”.

Był jednak dopiero maj . Nie wiem, czy byłbym zrobił to, co zrobiłem wtedy na zebraniu w legalnym Związku Literatów, gdyby nie głodówka Mirka i wpływ pedagogiczny młodych na mnie. Złamałem tabu przestrzegane w środowisku literackim: sympatyzuje się z szaleńczym ruchem oporu w ustroju, który go nie może tolerować, ale dla bezpieczeństwa dozwolonych instytucji, w których ludzie mniej więcej normalnie żyją, udaje się, że ruchu nie ma. Sprzyja się więc „Zapisowi” i po cichu z zapałem czyta, ale publicznie się o nim nie mówi. Wszedłem na mównicę, opowiedziałem zebranej publiczności literackiej o głodówce Mirka i o tym, co wydajemy. Oznajmiłem, że jestem redaktorem „Zapisu”.  Pomachałem wyjętym z ukrycia egzemplarzem przed oczami oniemiałych oficjeli. W pierwszym rzędzie siedzieli sekretarze partyjni z KC. Dostałem oklaski od wyraźnie rozgrzanej sali,  kilkunastu literatów poderwało się i zabrało kolejno głos popierając mnie. Uchwalono rezolucję w obronie Mirka. Trzy miesiące później wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej. Powstała „Solidarność pod przywództwem Wałęsy.

Po czterdziestu latach zwyrodniała pamięć historyczna, rozmyta i wykoślawiona , wydaje się porośnięta  chorobliwymi nowotworami. Tak jak  Wałęsa ma być   bardziej„Bolkiem” niż przywódcą „Solidarności” i obok Gorbaczowa likwidatorem skamieniałego systemu pojałtańskiego w Europie, podobnie Mirosław Chojecki wbrew konstatacjom historyków i sędziego Kieresa stał się w rejestrach Instytutu Pamięci  Narodowej tak zwanym TW , tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL, nie kombatantem i jednym z pionierów przedsolidarnościowego jeszcze ruchu oporu, skupionego w opozycji demokratycznej.

Tamtą historię przeżyłem. Taka była tamta rzeczywistość. Ale w pamięci, nie przez historyków potem wytworzonej, nie ma rzeczywistości, nie było i może już nie będzie. Chcę to sobie uświadomić przed ujściem. Zostaje za mną świat, którego nie było. Życie złudzenie.

Trzeba jednak dostrzec, że świat nieliczący się z regułami  rzeczywistości i logiki, świat rażącego widzimisię, jest  nie tylko umyślnym dziełem  manipulatorów, lecz zwyczajnym stanem rzeczy  i pożądaną wolnością czyli dowolnością dla wielu. Mogą wszystko napisać w Internecie. Informacja fałszywa , powszechny „fejk”, i prawdziwa są równe sobie i równie obojętne. Nie mają informować. Mają sycić nienawiść lub rozrywkę. Pamięć  historyczna, wiadomo, jest „fejkiem”. Historia musi być zmyślana, jak tam kto chce. Jedno tylko. Musi podobać się i pokrzepiać.       

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko