Bohdan Wrocławski – jeden wiersz

0
229
Bohdan Wrocławski
Bohdan Wrocławski

Urodzony w nocy

Prawdopodobnie ktoś kto urodził się w środku nocy
w momencie w którym wiatr przyciska oddech do ziemi
a stada średniowiecznych czarownic opuszczają nas
 
zrozumie
 
nadszedł czas sztormu
najbardziej intymne sny cofają się w głąb lądu
śpimy w zdumieniu które charakteryzuje
niemowlęta z zaciśniętymi koło głowy piąstkami
 
nikt nie grzeszy grzech pierworodny
został zmazany lub zginął tak
jak ginie echo wśród oszalałych
piasków pustynnych
 
powoli wymijamy się z naszymi pragnieniami
potrzebą biegania na bosaka po porannych trawach
osypanych rosą
chęcią trzymania kobiecych dłoni
przy swoich wargach
 
oddechem
starszym niż groty skalne na obrzeżach Pienin
 
w gruncie rzeczy
wiecznie budzi się w nas to
co jest najbardziej kruche
 
jakieś gesty na peryferiach cywilizacji
imperium rzymskiego odłupane fragmenty ceramiki
na których nie zdążyliśmy zapisać własnego imienia
z nadzieją że odczytają je inni
 
klucze bocianów
w ciągłej wędrówce między kontynentami
cień nieuchwytnego natchnienia
które czasami odwiedza nas w dni świąteczne
 
ale przecież dostrzegajmy to aż nazbyt wyraźnie
umierają wiersze
ich skrzydła trzepocą nerwowo
w poprzek naszej zadumy
i rozwieszonej w kącie pajęczyny
 
lub odwiedzają pola bitew pełne rudych mchów
w ciszy tak skondensowanej
że nikt nie może jej odczytać
 
pragniemy powracać nawet wtedy
kiedy zamarzną w nas
wszystkie nie odczytane myśli
 
milczysz zafascynowany swoją obecności
palce w głębinach odczytują ostrość wrzosów
traw nadbrzeżnych
pawich oczu na skrzydłach
schnącego od wiatru motyla
 
rdzy rozkładającej nasze wzruszenie
 
trzeszczę poszycia dachów pęka więźba
niczym bukiet rozlanego mleka
stygnie niebo osypane spróchniałym drewnem
w poprzek naszych ciał otwierają się autostrady
w upalne poranki wysycha krwioobieg
alfabet zbyt ciasny abyśmy mogli w nim
zapisywać nasze zdumienie
 
być może
 
tymczasem spadł pierwszy wiosenny deszcz
na krawędzi dachu starego domu usiadł anioł
ruchem pełnym zniecierpliwienia
poprawiał opadające pióra
 
był garbaty
 
coś szeptał zbyt jednak odległego
od czasu w który zabłądził
abyśmy stojący na poboczu jego westchnień
mogli to odczytać i zrozumieć
 
jego twarz rozkapryszonego dziecka
nieskoordynowane ruchy skrzydeł
krople uderzającego w rynnę ich muzyka
w środku gwarnego miasta
dotarły do mnie w tym czasie
kiedy niebo spurpurowiało
od wysiłku zachodzącego słońca
 
zrozumiałem nigdy nie uda mi się odlecieć
skrzydła nasączone wodą i niespełnieniem
w czasie zamieci śnieżnej przemarzły
strzępią się
z nich kolorowe sny fantazyjne piaskowe wydmy
zamki
 
ołtarze
składające się do wewnątrz rozgorączkowanego ciała
szkwał oczyszczający maszty
z resztek żagli i zadumy
 
cóż można czcić bardziej od własnego pogaństwa i barbarzyństwa
milkną w nas pałace Rzymu
błagania gwałconych kobiet dym pożarów
oczyszczający ulice z zarazy
galerie pełne
wyobraźni stałych mistrzów
 
cóż można czcić bardziej od własnej niechęci
 
być może nic nie znaczące skrzywienie warg Hamleta
kłus małych tatarskich koników
dochodzący do naszych pragnień
ze środka średniowiecza
 
stosy palonych przyzwyczajeń
cywilizacji osieroconej z naszej godności
ciał niebieskich wypalonych przerażonych
brakiem światła i tlenu
 
wiecznie krążących wokół obojętności wszechświata
jak my spadający ze szkolnych tablic
w głąb własnej dorosłości
 
wiecznie szukający miłości i spełnienia

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko