Andrzej Dziurawiec – SPALIĆ DZIURAWCA!

0
377
Andrzej Dziurawiec

W ten świąteczny czas dobrze jest ogrzać się w cieple powszechnej życzliwości. Rozpalmy więc dobry ogień miłości i tolerancji. Że nie zawsze jest na podorędziu stosowny opał? Ejże, przecież każdy z nas ma w domu jakąś książkę. Wprawdzie wbrew obiegowej opinii książki tak ochoczo nie płoną, potrzebna jest znacznie wyższa temperatura niż osławione  451 stopni Faherenheita, ale jeśli podlejemy je obficie koktajlem Mołotowa i podłożymy żar naszych przekonań, na pewno się uda!

Palenie książek ma długą i piękną tradycję. Palili chrześcijanie, muzułmanie, żydzi. Palili komuniści i naziści. Niejaki Ray Bradbury zrobił nawet karierę na książce o paleniu książek. Jego powieść też zresztą palono a przynajmniej cenzurowano. Jeszcze niedawno, bo w 1998 roku stan Missisipi usunął ją z listy lektur. I słusznie! Nie będzie jakiś pismak podpowiadał uczciwym Amerykanom, w jakiej temperaturze należy palić książki. Wiedzą to i bez niego. Mają w końcu wprawę, niejedną już spalili, ocenzurowali jeszcze więcej. W Ameryce na indeksie byli niemal wszyscy. Od Boccaccia, po Williama S. Tak tak, poczciwemu Szekspirowi też się dostało. Konkretnie za „Wieczór trzech króli”, który wykreślono z programu nauczania w New Hampshire ze względu na „ukazywanie homoseksualizmu jako pozytywnego stylu życia.” Cenzurowano, wykreślano z listy lektur książki niemal wszystkich znaczących anglojęzycznych autorów, od Henry’ego Millera, poprzez Huxley’a, Steinbecka, Goldinga, Nabokova, Updike’a, Hellera, Burgessa, Salingera, Kesey’a, Vonneguta, aż do Stephena Kinga. Nie upiekło się nawet Toni Morrison, pierwszej czarnoskórej noblistce, której „Pieśń Salomona” została zakazana w wielu amerykańskich szkołach z powodu, uwaga! uwaga!: „poniżającego stosunku do czarnoskórych”.

Moim osobistym faworytem na tej liście jest odrażający, propagujący rozwiązły styl życia „Czerwony kapturek”. Bajkę braci Grimm zakazano w szkołach w Kalifornii ze względu na butelkę wina, który podstępny Czerwony Kapturek przemycał w koszyku. Ponoć dla babci. Wiele pisano o perwersyjnych podtekstach tej baśni, ale na to, że jest nachalną promocją alkoholizmu żaden z interpretatorów nie wpadł. Aż do czasu, gdy do pracy zabrali się kalifornijscy cenzorzy…

Jednak jakby się Amerykanie nie starali, to Chińczyków nie przebiją. Jak w wielu dziedzinach rozwoju cywilizacji to Chińczycy byli pierwsi i pierwszymi wciąż pozostają! Wśród chińskich bohaterów narodowych pierwsze miejsce zajmuje oczywiście przewodniczący Mao, ale zaraz za nim plasuje się Zheng, pierwszy Cesarz dynastii Qin, który zjednoczył Chiny i wprowadził reformy, których znaczna część przetrwała aż do XX wieku. Jedną z nich była „reforma myśli” (prawda, że pięknie się kojarzy?) likwidująca wszelkie dzieła historyczne podbitych państw. Cesarz czegoś nie lubił też konfucjanizmu, a że był człowiekiem czynu, dał tej niechęci wyraz  nakazując „spalenie ksiąg, pogrzebanie konfucjanistów”. Tak też się stało. Stosy zapłonęły, a 460 konfucjańskich uczonych zakopano żywcem. Nic dziwi więc, że Chińczycy oddają swojemu pierwszemu cesarzowi niemal boską cześć. 

Nie taką jednak, jak przewodniczącemu Mao, który twórczo rozwinął idee Zhenga. Podczas zadekretowanej przez Mao rewolucji kulturalnej książki stały się jednym z celów akcji pozbywania się „czterech staroci”. Hunwejbini z pieśnią na ustach spalili najpierw książki zachodnie, później wszystkie, które nie dotyczyły komunizmu, wreszcie same budynki bibliotek. Na odcinku literatury zapanował w ludowych Chinach ład i porządek.

Do tych szczytnych tradycji nawiązało niedawno chińskie ministerstwo edukacji, które nakazało bibliotekom przejrzenie księgozbiorów i usunięcie z nich książek niewłaściwych. Kryteria celowo zostały ustalone mgliście i niejednoznacznie, by przy okazji zbadać stopień ideowego zaangażowania bibliotecznego personelu. Dwie bibliotekarki z prowincji Gansu okazały swą jedynie słuszną postawę i w obecności mediów publicznie spaliły wycofane pozycje. Relacja trafiła do Internetu wzbudzając zrozumiały entuzjazm czytelników.

Nasza cywilizacja wyrosła na greckiej filozofii i rzymskim prawie też nie ma powodów do wstydu. Musiały wprawdzie upłynąć dwa wieki nim postępowe chińskie idee dotarły do naszego kręgu kulturowego, ale za to wprowadzono je w życie z epickim rozmachem. W 47 roku p.n.e. legiony Cezara spaliły sławną Bibliotekę Aleksandryjską, a dokładniej je królewską, najbardziej cenną część. Kilkaset tysięcy dzieł poszło z dymem. Część publiczna biblioteki ocalała i przez następnych kilka wieków niszczała sobie w spokoju, dewastowana od czasu do czasu podczas częstych w Aleksandrii tumultów. Jej kres przyniosło dopiero wyzwolenie Egiptu przez Arabów w 646 roku. Jak powszechnie wiadomo Arabowie nieśli podbitym narodom wyłącznie wolność, równość i dobrobyt. Wolność i równość zabezpieczały zakazy: posiadania broni, jazdy konnej, zeznawania w sądach przeciw wiernym, zajmowania stanowisk w okupacyjnej administracji, publicznego wyznawania religii innej, niż właściwa; dobrobyt zaś zapewniała dżizja, podatek pobierany wyłącznie od niewiernych. Tak więc chrześcijanom pod arabskim panowaniem żyło się spokojnie i szczęśliwie i do niczego nie były im potrzebne jakieś zakurzone księgi w ocalałych resztkach aleksandryjskiej biblioteki. Doskonale to rozumiał ich nowy nadzorca Amr ibn al Asa. Ponieważ jednak czasy były takie, jakie były wolał się upewnić. Napisał więc do kalifa Omara co ma uczynić z biblioteką niewiernych. Dobrotliwy władca, niechaj błogosławione będzie jego imię!, odpowiedział, jakże mądrze, że należy ją bezwzględnie zniszczyć, „jeśli bowiem ich księgi są zgodne ze świętym Koranem, są zbyteczne, jeśli zaś nie – są szkodliwe”. Amr ibn al Asa sumiennie wykonał polecenie. A że był człowiekiem przewidującym i doceniał znaczenie polityki historycznej kazał rozpuścić plotki, że chrześcijanie sami spalili bibliotekę, a przy okazji niejaką Hypatię. Tę wersję podchwycił Wolter, za nim Gibbon i odtąd cały postępowy świat jest przekonany, że to chrześcijańscy fanatycy puścili z dymem wspaniały dorobek antycznej myśli z piękną Hypatią na dodatek. I nie ma znaczenia, że co do urody owej Hypatii źródła są dosyć powściągliwe. Może dlatego, że w chwili śmierci była już dobrze po sześćdziesiątce, co w owych czasach było wiekiem nader podeszłym.  

Co nie znaczy, że chrześcijanie nie palili książek. Palili, a jakże! Ba!, okazuje się, że nadal palą! W ubiegłym roku w pewnej gdańskiej parafii ksiądz, skądinąd egzorcysta, zorganizował akcję palenia „Harry’ego Pottera”. O paleniu książek w Polsce donosiły wszystkie światowe agencje. W ten sposób dzięki twórczej inicjatywie księdza egzorcysty nasz kraj dołączył wreszcie do przodujących państw globu.

Albowiem wcześniej, powiedzmy sobie szczerze, z paleniem książek nie było u nas dobrze.  W kwestii palenia Polska, jak zwykle, była opóźniona. Palono u nas rzadko i niechętnie. W 1649 carowi Aleksemu nie spodobała się jakaś książka, w której nie wymieniono we właściwej kolejności wszystkich jego tytułów, a miał tych tytułów od jasnej cholery. Zażądał więc by stracić natychmiast, bez sądu autora i wydawcę. Zecera miano tylko miłosiernie oćwiczyć knutem. W Polsce obowiązywała przesadnie humanitarna zasada „neminem captivabimus” więc nikogo nie stracono ani nawet nie oćwiczono. Skończyło się na symbolicznym spaleniu jednej karty z inkryminowanej książki. Później również mało u nas palono. Już wtedy nie nadążaliśmy za światowymi trendami.

Za to teraz nie tylko nadążyliśmy, ale nawet wyprzedziliśmy. Akcja gdańskiego egzorcysty wyprzedziła światowe trendy. Dziś cały postępowy świat poszedł w ślady polskiego księdza i pali powieści J.K. Rowling. Być może to naśladownictwo wzięło się z pewnego nieporozumienia. Ksiądz uznał twórczość Rowling za wszeteczną, zaś postępowcy za wsteczną. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, wszak młodzi i tak nie znają tych słów, ważne, że wzięli przykład z naszego księdza i palą wszeteczne i wsteczne powieści J.K.  Rowling. Wprawdzie tylko wirtualnie, ale ważne, że palą. Być może palenie tradycyjne, analogowe wymaga zbytniego wysiłku.

Palenie słusznie się bowiem tej Rowling należy. Już wcześniej w swych wystąpieniach odsłoniła ona swe transfobiczne, faszystowskie oblicze, jednak ostatnio przekroczyła wszelkie granice! Otóż wyobraźcie sobie, że ta, nie bójmy się tego słowa!, faszystka, w swojej pożal się Boże powieści „Troubled Blood”(sic!) uczyniła mordercę z osoby cisseksualnej! Przecież za taką myślozbrodnię powinno się spalić nie tylko powieść ale i autorkę! Chyba że sama wcześniej spali się ze wstydu.

Mam nadzieję, że nasza udręczona ojczyzna stanie w jednym szeregu z ludźmi prawdziwie kochającymi miłość, wolność i tolerancję. Nie musimy nawet palić jakichś obcych autorów, mamy własnych transfobów. A konkretnie jednego. Otóż jest u nas taki niby pisarz, Dziurawiec się nomen omen nazywa. I tenże Dziurawiec napisał kaprawe dziełko, „Festiwal” ma ono tytuł. W tym festiwalu nietolerancji mordercą jest osoba zdecydowanie niebinarna. Powiedzmy sobie szczerze: w kwestii Dziurawca zawiodła czujność redaktorów uczciwego skądinąd wydawnictwa i recenzentów Polityki i Newsweeka. To dzięki ich niedopatrzeniu (przypadek?!) ten powieściowy potworek od trzech lat grasuje po polskich księgarniach i bibliotekach. Najwyższy czas skończyć z tym sianiem nienawiści. Spalmy publicznie „Festiwal”! A jeśli się uda to i autora, jego żonę i kota.

Stop mowie nienawiści! Niech żyje miłość! Tolerancja zwycięży!

#SPALICDZIURAWCA!

I właśnie miłości i tolerancji w tym nowym, oby lepszym roku wszystkim Państwu najserdeczniej życzę!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko