Stanisław Nyczaj – Z cyklu KADRY WDZIĘCZNEJ PAMIĘCI

0
361
Portret Bogusława Żurakowskiego autorstwa Zbigniewa Kresowatego

Ze spotkań z Bogusławem Żurakowskim (1939–2020) – poetą i wnikliwym interpretatorem poezji

Kiedy tylko wspomnę Bogusława, jawi się przed moimi oczami spotkanie w opolskim Klubie Związków Twórczych sumujące wyniki konkursu poetyckiego nt. szeroko pojętego regionalizmu. Zwycięzcą był, zdaje się, Jan Goczoł, który przeczytał wiersz o Górze św. Anny z odniesieniami historyczno-patriotycznymi do powstań śląskich, po czym wystąpił uhonorowany drugą nagrodą Żurakowski. Z zestawu liryków, jakie potem weszły do jego drugiego tomu Grudy ziemi (1966, nagrodzonego przez wrocławskie Ugrupowanie 66), najgłębiej emocjonalnie przemówił do mnie Dworzec Wschodni:

Z waliz kufrów i skrzyń patrzyliśmy na pociąg ruszający dalej
a był to film krótki choć pełen ludzi prawdziwych stojących
w drzwiach rozsuniętych na oścież skończył się szybko zaraz
gdy minął ostatni wagon z trzaskiem walącego się domu.

Spojrzałem w przyszłość Opole miasto jeszcze śmiertelnie ciepłe
dymiło jak serwis więc ulicą Plebiscytową wjechaliśmy w tę zastawę
bochny czołgów pod deszczem już czerstwiały drzewa mokły skurczone
była jesień listopad spokój który zniszczył wojnę

To był przejmujący obrazowymi realiami zapis wrażeń z repatriacyjnego przewozu pociągiem towarowym nas obydwu załadowanych wśród wielu ze Stanisławowa na tzw. odzyskane przez Polskę Ziemie Zachodnie. Przeniesionych wraz z rodzinami do miasta w 60 proc. zrujnowanego bombami, gdzie mieliśmy osiedlić się na trwałe w ocalałych tu i ówdzie budynkach, opuszczonych przez rodziny niemieckie. Bogusław miał wtedy 5 lat, ja 2 i pół roku. Więcej naocznie w sobie utrwalił, niż mnie, słabowzrocznemu, udało się wyczuć przez skórę, prowadzonemu za rękę przez matkę. Wysadzono nas na rampie kolejowej nieopodal dworca tak mi potem znajomego, pod którego wiaduktem przechodziłem setki razy. Cała tamta sytuacja zza listopadowej deszczowej mgły przeniosła mnie, gdy słuchałem wiersza, w dorosłą przyszłość – czas zamieszkania, zżycia się z gościnnie spokojnym miastem.

Poznaliśmy się wcześniej, na przełomie lat 1962/1963 w opolskiej Rozgłośni PR przy ul. Piastowskiej (na antenie której debiutowałem dwoma wierszami wczesną wiosną 1961) w pokoju redakcji literackiej kierowanej przez prozaika i autora cenionych słuchowisk Kazimierza Kowalskiego. Współpracowała z nim na co dzień poetka i prozatorka Anna Markowa. Obydwoje lubili gościć młodych poetów, którym imponowali kompetencją i erudycją. Bywali tam przed nami często Bogdan Loebl, Wiesław Kazanecki – po debiutach książkowych, stały radiowy satyryk Adam Kurczyna, często prezentowana na antenie Irena Wyczółkowska (jednak najbardziej osobna, chodząca własnymi drogami, zapatrzona w Wrocław). Omawialiśmy szczegóły zespołowego kwadransa poetyckiego (mającego jako audycja cykliczna uznanie u radiosłuchaczy), do której w ciągu kilku lat specjalnie komponował i wykonywał interludia fortepianowe Stanisław Śmiełowski2).
Ton rozmowie z naszej strony, młodych, nadawał właśnie Bogusław (miał już w ręku tomik Taniec bez ludzi, wydany w 19623)). Przekonywał szefa redakcji, co zakwalifikować. Zaskakiwał trafnością doboru wierszy. Z tego zestawu Kazimierz Kowalski niewiele przesuwał na kolejny raz.

Żeby jeszcze podyskutować o twórczym warsztacie, szliśmy nieopodal do zacisznego pokoju Bogusława w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej, gdzie pracował. Zdarzało się, że przyjeżdżał tam na konsultację-poradę z Wrocławia Rafał Wojaczek – trzeźwy, skupiony; bez zbędnych słów odbierał pokreślony tekst od milczącego wyrozumiale przyjaciela i szedł na powrotny pociąg.

Od listopada 1964, kiedy Bogusław powierzył mi prezesowanie Opolskiemu Ośrodkowi Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy – który zakładał wraz z Janem Goczołem na przełomie lat 1959/19604) – spotykaliśmy się regularnie co tydzień pod wieczór w gmachu WSP przy Oleskiej w pokoju Zarządu Uczelnianego ZMW nr 306. W pokoju tym mieściła się też redakcja studenckich (drukowanych na powielaczu spirytusowym) „Naszych Spraw”, gdzie debiutowałem z późniejszym przedrukiem jednego z wierszy (Z podróży) w „Trybunie Opolskiej”.

Spośród ogólnopolskich gazet poza nobliwym „Życiem Literackim”, przeglądanym z „obowiązku”, najbardziej fascynowała nas „Współczesność”, w której licznych wierszach królowała pomysłowa metaforyka. Bogusław przekonywał, by nie była wyłącznym popisem inwencji, ale wiązała się z refleksją, puentą. Kto spóźniał się na spotkanie, musiał już na wejściu popisać się czymś zaskakującym. O wartości poetyckiego konceptu wtopionego w wiersz rozstrzygał Bogusław. Tak było np. w przypadku Tadeusza Soroczyńskiego, który miał do pokonania drogę aż z Głogówka. Wpadł zziajany i z filuternym uśmiechem pod nosem. Przepraszając oczekujących, wyznał:

– Wybaczcie, zatrzymała mnie moja łaciata. Nie dała wyjść z obórki. Musiałem ją ugłaskać dobrym słowem. Zawołałem: Wielbię różę twego łajna, oborowa damo! I odczytał już z kartki cały wiersz.

Naszemu rozbawieniu nie było końca. Jeszcze, szelma, tłumaczył się, że jest na utrzymaniu jedynej żywicielki. Gdy wreszcie przycichliśmy z lekka, Bogusław, również szczerze rozweselony, zawyrokował:

– Masz natychmiast ten wiersz wysłać do „Życia Literackiego”! Właśnie tam, gdzie prawdziwie zaszokuje nie tylko Tadeusza Śliwiaka. Poruszy i ucieszy całą Polskę ze względu na duży nakład. Gwarantuję ci rozgłos.
Sprawdziły się te słowa. Tadeusz Soroczyński zasłynął i wiersz potem stał się ozdobą jego tomiku. Zachwycił również Tadeusza Nowaka, który przedrukował go w „Tygodniku Kulturalnym” w kolumnie kilku liryków.

Wypytał mnie o Soroczyńskiego, czy byłem w Głogówku, by przywitać się z „oborową damą”. Po latach opowiedziałem o całym zdarzeniu licznie zebranym, zaproszony przez dyr. Annę Wolską do jej książnicy na Ursynowie. Wspominaliśmy rocznicowo Tadeusza Nowaka, który znał się na żartach. W poważny tok przemowy po wystąpieniu Jana Zdzisława Brudnickiego wtopiłem pikantną anegdotę. Po zakończeniu wspomnieniowych oracji przy lampce wina podeszła do mnie elegancka jejmość z rodziny wspominanego i przyobiecała, że mam u niej w prezencie bursztynową kolię za tak pyszny żart, jaki też rozrzewnił ją, bo Tadeusz Nowak chował w sercu słabość do krów. Gdyby dotrzymała słowa, miałbym z czym paradnym pokazać się krasuli w Głogówku…

Innym razem w czas mroźnej mżawki wpadł do pokoju 306 mocno spóźniony Wiesław Malicki i podnosząc rękę, wprost krzyknął z właściwą mu swadą:

– Na gwoździu powietrza twarz rozdałem swoją!
– O, niech cię licho, aż tak!

Bogusław przyoparł się o skrzypiący fotel:

– Dobre, mocne! Jak to pomieściłeś w wierszu?
– A i owszem… – zaczął rozglądać się za kartką Wiesiek, z roztargnienia gdzieś zapodzianą.

Znowuż przy innej sposobności Marian Buchowski, dojeżdżający wówczas z Grodkowa, „usprawiedliwił” swoje spóźnienie świetną fraszką:

– Być czy też nie być? – żaden dylemat./ Być i udawać, że nas nie ma?

To takie anegdotyczne okruchy, ale dobrze oddające posmak naszych dysput – nigdy drętwych ani nudnych. Trzeba się było ciągle w sobie spinać, by czymś niezgorszej próby zawojować wymagających słuchaczy. Wieczory schodziły przede wszystkim na czytaniu wierszy i ich analizach z uwagami Bogusława na marginesach. Wszystko to odbywało się, oczywiście, nie na sucho. Popijaliśmy wódkę, wino, piwo, ale bez szkody dla uporczywej warsztatowej pracy. Każdy miał ambicję niebawem wydać książkę. Jakie to było ważne, niech uprzytomni tytuł tomiku Marka Jodłowskiego: Dowód osobisty. Marek parający się także krytyką literacką i teatralną, zamieszkały w Brzegu (w połowie drogi między Opolem a Wrocławiem) był niejako łącznikiem między obydwoma dynamicznymi środowiskami młodoliterackimi. Ceniliśmy jego kompetencje.
Bogusław wiele obiecywał sobie po Harrym Dudzie, który celował w liryce, grotesce i skuteczniej niż inni wojował z upływającym czasem. „Czas – midimo mamiące, nie składajcie mu ofiar. Tylko w przestrzeni umierają echa” – perorował z żywiołową stanowczością, rozpoznawalny po stylu. Nie brakowało mu tematyczno-problemowej inwencji.

Bogusław, otrząsnąwszy się z przynależności do grup programowych, przyklaskiwał, że jesteśmy indywidualnie zróżnicowani w poetyckim credo, samoswoi, choć trzymaliśmy luźną sztamę razem. Grupka wspomnianych, dopełniona o trzech opolan: Jana Feusette’a, Krystiana Szafarczyka, Józefa Trafidło oraz dojeżdżającego z Kluczborka Gustawa A. Łapszyńskiego debiutowała poetyckimi arkuszami w wydanej przez „Śląsk” szkatułce Obmyślanie miejsca (1967).

Ja postawiłem na tomikowy debiut w serii tzw. witryn poetycko-plastycznych KKMP i LSW, po trosze zainspirowany doświadczeniami Bogusława, który – po inicjującym ogólnopolskim spotkaniu młodych twórców (22-23 sierpnia 1959) z udziałem m.in. Wilhelma Macha, Stanisława Piętaka – zorganizował Opolski Ośrodek KKMP i był jednym z animatorów witryn poetycko-plastycznych w formie katalogów wystaw plastycznych wzbogaconych o poezję5).

W LSW stanąłem do rywalizacji o szansę wydania tomiku w roku 1968. O trzy miejsca aspirowało nas aż dwudziestu z całego kraju. Recenzentami byli ceniony poeta i prozaik Ernest Bryll oraz krytyk literacki Stefan Melkowski. Ernestowi Bryllowi po kilku latach zadedykowałem wiersz Dlaczego gorzko, zauważony przezeń w Almanachu literackim KKMP (Warszawa 1970, LSW, s. 153, napisałem szkic krytycznoliteracki o jego tomie Mazowsze w rzeszowskich „Profilach” (1969, nr 3, s. 50–53); spotykaliśmy się potem kilkakrotnie na imprezach literackich w Warszawie, m.in. w 2012 w Rosyjskim Ośrodku Nauki i Kultury na promocji dwujęzycznej antologii 64 polskich poetów współczesnych w j. rosyjskim i polskim pt. Iz wieka w wiek / Od wieku do wieku, wieńczącej serię pn. „Poezja Słowiańska XX-XXI)”, wybranych przez kolegium moskiewskich poetów i krytyków, któremu przewodził red. serii Siergiej Głowiuk, konsultujący się z wybitnym poetą z Polski Marianem Grześczakiem. Reprezentowałem w tej wspaniałej i okazałej edycji środowisko świętokrzyskie i czytałem ze wzruszeniem dwa wybrane wiersze po polsku tuż po recytacji Ernesta Brylla. Ze Stefanem Melkowskim zaprzyjaźniłem się, kilkakrotnie zapraszałem go na sesje literackie do Kielc, na dialog świetnych referentów z Jackiem Kajtochem, drukując wystąpienia w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, a potem odwiedzałem go w toruńskiej willi, gdy dolegliwości późnego wieku uniemożliwiały mu osobisty udział w takich sesjach; specjalnie dla mnie z własnej inicjatywy napisał obszerne studium interpretacyjne pt. Pomiędzy. O poezji Stanisława Nyczaja jako posłowie do tomu wierszy Płonący wodospad (Kielce 2003, OW „STON 2”, s. 90–151).

Bogusław po uważnej lekturze zestawu wierszy rokował powodzenie. Zmieściłem się w puli pretendentów obok Ryszarda Milczewskiego-Bruno i Tadeusza Kubasa. Poślizgiem z roku 1967 dołączył jeszcze Dionizy Maliszewski. Ukazał się mój Przerwany sen z wybraną przeze mnie grafiką opolanina Zdzisława Chudego. Bogusław szczerze mi pogratulował i przyobiecał recenzję w prasie. Ukazała się rok po wydaniu w „Głosie Nauczycielskim” (1969, nr 36) pt. Umieć w ciszy zobaczyć z puenty białego sonetu o matce: „[Trzeba] umieć w ciszy zobaczyć wschodzącą rozmowę”, który to sonet rozpoczynał się wersami: „Gdy matka stawia pierwsze kroki słów do dziecka,/ nie ma nic nad jej tkliwość delikatniejszego”; wyrażał intencję powinności dyskretnego w zachwycie zachowania się ojca, będącego świadkiem tej przejmującej sceny szczebiotu matki z niemowlęciem. Bogusław bardzo wzruszył mnie, kiedy, trzymając Przerwany sen w ręce, drugą dotknął mego ramienia z pamiętnymi słowami:

– Napisałeś jeden z najpiękniejszych wierszy o matce w dzisiejszej poezji.
Była to pochwała zaskakująca tym bardziej, że – niezależnie od wspomnianych wyżej warsztatowych porad na gorąco – uchodził za krytyka literackiego wymagającego, świetnie zorientowanego w dzisiejszej poezji, recenzującego ciekawsze tomy wierszy dla centralnych czasopism (m.in. „Odry”, „Twórczości” „Poezji”), cenionego w kręgu mającej duży rozgłos Orientacji Poetyckiej „Hybrydy” reprezentatywnej względem tzw. „Pokolenia 60”. Dla almanachu poetów z tego kręgu Za progiem wyboru (1969) napisał kilka tekstów, w tym charakteryzujący postawy m.in. Krzysztofa Gąsiorowskiego, Jarosława Markiewicza, Krystyny Szlagi, Wojciecha Roszewskiego, Janusza Żernickiego, Zbigniewa Jerzyny, Jerzego Górzańskiego. Stefana Połoma, Macieja Zenona Bordowicza czy – głoszącego formulistyczny synkretyzm – Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza. Wypowiedział też swoiste credo w eseju Przyszłość i prawda.

Byłem na spotkaniu promującym almanach Za progiem wyboru w warszawskim klubie studenckim „Stodoła”, poznałem także wtedy, poza wymienionymi przed chwilą, Edwarda Stachurę, Mieczysława Orskiego, Ryszarda Krynickiego, Wincentego Różańskiego, Mieczysława Czychowskiego, Erwina Kruka i paru jeszcze innych. Równolegle odbywały się ogólnopolskie spotkania KKMP, podczas których poznałem m.in. urocze małżeństwo Kazimierza Palmę (poetę, prozaika) i Wandę Handzlik. Kazimierz był wpatrzony w piękną żonę jak w obraz. Wszystko czynił, żeby ją wykreować, choć wolała rozkwitać w jego cieniu. Ale co poradzić, kiedy zakochany się uprze. Wpadł na kapitalny pomysł: pisał za nią wiersze, w dodatku erotyki z podmiotem w rodzaju żeńskim. Znakomite. I z tym właśnie wiąże się anegdota z Bogusławem w roli szczególnej.
Spotkałem go pewnego popołudnia w Opolu w pobliżu poczty głównej. Ożywiony zagadnął, że odkrył nową świetną poetkę i dopiero co wrzucił do skrzynki recenzję z jej tomiku zamówioną przez „Twórczość”.

– Kim się tak zachwyciłeś? – zapytałem.
– Wandą Handzlik.

Roześmiałem się i chwyciłem rewelatora za ramiona.

– Pochwaliłeś i słusznie Kazimierza Palmę, co się tak pysznie zabawił z podmiotem lirycznym, jak nasza wrocławianka z pobliża Marianna Bocian, debiutując po męsku pod nazwiskiem Janusz Bełczęcki tomikiem Poszukiwanie przyczyny. Pamiętasz dyskusję we Wrocławiu z udziałem Jurka Pluty, tylko że…
Nie słuchał już. Stropiony, zafrasował się.
– Ależ numer nie do wiary, przepraszam cię – i pobiegł w stronę skrzynki pocztowej, by natychmiast zwróciła mu list. Może nawet czekał, aż o podanych na skrzynce godzinach odbioru urzędnik z workiem przyjdzie ją opróżniać…
– Bogusiu, nie martw się! – zawołałem za odchodzącym pośpiesznie. – Poeci czasami do końca nie są pewni własnej płci. Niekiedy równosilnie przeżywają obie.
Nigdy nie wracaliśmy do tego zdarzenia. Nie pytałem o ciąg dalszy, gdyż do rzeczy związanych z poezją podchodził aż nadto poważnie.

Wspominałem wcześniej o dwu tomach Bogusława: Tańcu bez ludzi (1962), w którym, dodam, zawarł wiersze wynikłe z fascynacji konkretem, i o Grudach ziemi (1966), gdzie ów konkret stał się ekspresyjnym środkiem poetyckiej wypowiedzi, łączącej historyczno-społeczne i osobiste doświadczenia. „Wskazuje na to natura słów, które zawsze należą do jakiegoś konkretu [nawiązuję do credo wyrażonego w eseju Przyszłość – poezja i prawda – S.N.], które więc same są niemal konkretem. A zdarzenie, jakie dokonuje się w wierszu-języku, spełnia się w jego najważniejszej warstwie, w znaczeniach (brzmienie słowa interesuje mnie najmniej). Zatem mowa jest dla mnie czynem, wprawdzie zastępczym, ale za to sprawdzalnym, wykonywalnym w warunkach pozasłownych”6).

W następnych zbiorkach, w Pieśni (1971) – analizowanej przeze mnie w recenzji Opis przestrzeni na łamach „Tygodnika Kulturalnego” (1971, nr 35) – szczególnie zaś w uhonorowanym Nagrodą im. Stanisława Piętaka Ciele i świetle (1978), Bogusław przechodzi na zupełnie inny poziom: poezji abstrakcyjnej, autonomicznej, kreującej „pomyślany” obraz świata, sprawdzalny głównie na planie estetycznej wrażliwości odbiorcy.

Wyszedłem tej „sprawdzalności” naprzeciw – co przyobiecałem przyjacielowi podczas wręczenia Piętakowych Nagród w Sandomierzu (1979) – zaproszeniem na spotkanie autorskie do Kielc 12 listopada 1980. Przy tym zaskoczyłem go już na samym początku poetycką niespodzianką, mówiąc z pamięci jego wiersz Powitanie zimy, zapamiętany po przeczytaniu na poetyckiej szpalcie zielonogórskiego „Nadodrza” (bodaj w 1963). Jakoś wpadł mi w ucho i pozostał w nim przez długie lata. Po prostu mnie urzekł swą obrazową metaforyką. I jeszcze czymś, co nazwałem później logiką emocjonalną, organizującą całość z finezyjną konsekwencją:

Posolił ktoś śniegiem pole,
tak do smaku wiatrowi.
I jak zęby wbite czarne topole
odgryzły biały kawał ciszy.

Właśnie ta cisza gorzko-surowa…
Poza tym nic się nie liczy.
Ani jedna zardzewiała cegła,
a w cegle – żadna czasu gruda,
ani ławka,
choć zasuwka ustrzegła
bezgłośne wnętrze muru.

Dziś ławkę ktoś w bok odsuwa.

Drzewa jak ciepłe gromnice
kapią w sadzawkę.

Bogusław zdumiał się niezmiernie, jakby przyłapany na nieuczynku (bo zapomniał piękne w doborze tropów poetyckich Powitanie zimy włączyć do jakiegokolwiek zbiorku). Zagubił wiersz w sobie i notatkach. Znalezisko wprawiło go w świetny nastrój. Spotkanie przebiegło koncertowo.

Na peronie dworca przy pożegnaniu, wzruszeni wspomnieniami młodości z anegdotycznych momentów, wpadliśmy sobie w ramiona, przyobiecując moją rewizytę w Krakowie na sławetnej Krupniczej bądź w którymś klubie dziennikarza przy Rynku. Mógł mnie gościć, promując już jako nowego członka ZLP od 1979 z legitymacją podpisaną przez „prezesa wszystkich prezesów” Jarosława Iwaszkiewicza. Nastąpiła jednak nieprzewidywalnie długa noc stanu wojennego. Podczas niej jednym, czym mogłem się przed Bogusławem pochwalić, był wiersz Posłanie wydrukowanyw kieleckim organie PZPR „Słowo Ludu”na pierwszej stronie. Pobiegłem raniutko na dworzec PKP, na którym tak, zdawało się jeszcze niedawno żegnałem Bogusława, by dopaść w kiosku gazetę. „Musiał cenzor zaspać na nocnej zmianie w redakcji lub paść oszołomiony «gościnną setuchną»” – żartowali koledzy, nie wierząc mocnym w wymowie strofom, jakie czytają:

Nie szukaj wrogów wśród swoich,
choć o ich szczerość najtrudniej
w tej przepychance do władzy
nad klaszczącymi obłudnie.

Nie szukaj wrogów wśród swoich,
zgorzkniałych synów i córek.
Siądź z nimi przy wspólnym stole,
Spróbuj ich głód-bunt zrozumieć.

Nie szukaj wrogów wśród swoich,
spętanych zmianową taśmą.
Największym wrogiem – milczenie,
jak wiatr historii donośne.

1-2 III 1982

Wiersz ten, którym natychmiast się pochwaliłem, Bogusław zamyślał jakoś przemycić, pokazując nadesłane „Słowo Ludu”, redaktorom „Gazety Krakowskiej” na jej wielkonakładowe łamy. Ale tam „nieprzelewni” stróże dozwolonego słowa byli gorliwie czujni (notabene, Bogusław, zmagający się z cukrzycą, w odróżnieniu od większości z nas niewylewających ratunkowe trunki za kołnierz nawet w godzinach surowych ograniczeń, nie miał sumienia się tym „argumentem nie do odparcia” posłużyć). Oczywiście, na nic nie nalegałem, ponieważ – wskutek słabowzroczności – nie nabyłem umiejętności wśród sprytnych pseudoideologów – sztuki czytania z oczu, ust, zmarszczeń i pojaśnień czoła, a nawet migawkowych ruchów całą głową. Nie umiałem przyjacielowi doradzić, jak przechytrzyć cwanych spryciarzy. Gdy coś uparcie zamierzałem przeprowadzić, a były przeszkody, szarżowałem instynktownie, polegając bardziej na sugerowaniu moich racji w toku emocjonalnej rozmowy, na ile się dało, nieustępliwej. Tak chyba wstępnie urobiłem sobie redaktora „Słowa Ludu”, a bliżsi mi duchowo koledzy dziennikarze swoimi sposobami dopięli efektu druku.

Jakżeż – choć minęły od naszego spotkania trzy lata – ucieszył się Bogusław, gdy zwierzyłem mu się, że Posłanie przełożył na j. czeski Wilhelm Przeczek z Bystrzycy nad Olzą, dobrze znany nam, świetny kumpel, poeta i tłumacz z Zaolzia, uczestnik nauczycielskich spotkań literackich należący do przygranicznego Oddziału ZLP w Opolu7). Przybliżał we współpracy edytorskiej z Liborem Martinkiem (lirykiem, translatorem i literaturoznawcą z Krnov) poezję polską Czechom; powierzył przekład wierszy Żurakowskiego córce Lucynie Przeczek-Waszkowej i Liborowi. Ten mój ważny tekst odkrył Bogusław za podpowiedzią Wilhelma, wydrukowany zawczasu w prasie czeskiej (bez najmniejszych, co dziwne, kłopotów); mogłem go jednak włączyć do osobnego tomu czesko-polskiego, gdy zgromadziliśmy wspólnym staraniem większy zbiór przekładów (także znakomitego Ericha Sojki) pt. Poezie / Poezje, wydany w 1999 (rok po publikacji tomu Bogusława Písně karlovarských pramenů) w Opawie, gdzie też odbyła się jego promocja podczas międzynarodowej konferencji literaturoznawców z opawskiego Uniwersytetu Śląskiego oraz Wrocławia, Wałbrzycha Opola. Studencki zespół muzyczny zaśpiewał pieśń skomponowaną do Posłania. Prawie protest-song.

Dlaczego poświęcam temu tyle uwagi? Bowiem historia zatoczyła groźnie koło i wiersz w naszym kraju, ale przecież niewyłącznie, nabrał nadspodziewanej smutnej aktualności – wstydliwie przerażającej.

Po wygaśnięciu stanu wojennego miałem niezbywalny obowiązek dotrzymać słowa Aleksandrze Piętakowej, że dokończę prace nad przygotowaniem do wydania dla LSW pierwszych dwu tomów edycji Pism Stanisława Piętaka, tj. Utworów poetyckich. Prace były ogromnie żmudne, ale bez reszty wciągały mnie (odezwała się we mnie żyłka edytorska, zaszczepiona 3-letnim sekretarzowaniem „Kwartalnika Nauczyciela Opolskiego” w latach 1970-1972). Z uporem ślepałem nad stertami wyciągniętych z szuflad udostępnionych przez wdowę rękopisów, w połowie mało czytelnych. Co tydzień niemal jeździłem do Warszawy, do mieszkania poety bądź na kolegia u kier. redakcji literatury, Henryki Niemcowej, pod przewodem Stefana Lichańskiego. Wspierał mnie w polemikach nad trudną edycją z tradycjonalistą panem Stefanem edytor pism Reymonta Tomasz Jodełka-Burzecki, myślący po nowemu8). Ciągłe utarczki, niedomówienia i mój zawzięty upór sprawiły, że zawsze było mi paradoksalnie bliżej z Kielc do Warszawy niż Krakowa. 2 tomy Utworów poetyckich w ramach 5-tomowej całości Pism – wywalczone w zgodzie z moją wolą – wyszły dopiero w roku 19868). Przełamałem schematy, pozwalając twórcy Alfabetu oczu i Zaklinań rozbłysnąć na nowo pełnym blaskiem różnorodności. Roztoczyłem przed czytelnikami możliwie pełny obraz dramatycznych zmagań niedocenionego należycie artysty wyobraźni, kreatora twórczego słowa. Bodźca w tych moich warszawskich bojach – również o serię arkuszy poetyckich dla młodych przy Staromiejskim Domu Kultury – dodał mi jeszcze Bogusław tomem z dedykacją Koncert ciszy (1985). Zdawali się potwierdzać sens mego wysiłku edytorzy z lubelskiego UMCS i Uniwersytetu Toruńskiego na dyskusyjnych seminariach. Definitywnie opowiedział się za mną w publicystyce słowoczuły Zygmunt Trziszka entuzjastycznym powitaniem pierwszych tomów edycji artykułem Piętak odpoznawany na łamach „Tygodnika Kulturalnego” (1986, nr 23, s. 12).

W międzyczasie tych moich zmagań ogólnopolskie środowisko literackie po 1983 roku podzieliło się. Obok ZLP rozwinęło się polemiczne Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Z nim związał się Bogusław (od 1989), będący już od 1982 pracownikiem naukowo-dydaktycznym Instytutu Pedagogicznego UJ, następnie, przechodząc kolejne szczeble naukowe został profesorem. Wydał liczne tomy wierszy, w tym Wybór poezji (1981) i ceniony tom szkiców literackich Paradoks poezji (1982).

Tak się złożyło, że w tym samym roku (1996) wybrano nas na prezesów – jego Oddziału SPP w Krakowie, mnie Oddziału ZLP w Kielcach. Rozwinęliśmy obydwaj w naszych odrębnych światkach – jak swego czasu wspólnie w opolskich latach młodości – rozległą, bujną działalność bez przechwalania się, dając z siebie wiele innym. Było o tym głośno w kraju. Szkoda, że nasze osobiste kontakty – wskutek zaaferowania wszelakimi problemami i rozwojem obydwu środowisk literackich (w Świętokrzyskiem, Zakopanem, nad Bałtykiem, w Kazimierzu Dolnym, a także za granicą w 2008 w Jałcie komisarzowałem licznym regionalno-ogólnopolskim plenerom literackim i literacko-plastycznym) – urwały się, z dużą stratą dla mnie. Bogusław w rozmowach o poezji był niezwykle dociekliwy, inspirujący. Dla mnie jego szkic o poezji Stanisława Grochowiaka pt. Kreacje czasu teraźniejszego. Akuszeria piękna (pomieszczony w tomie Paradoks poezji (1982)jest tego najlepszym dowodem. Szczęśliwie wszak doczekałem się z jego strony uznania dla mojego studium eseistycznego Metafizyka tworzenia (2007), zalecanego do użytku w szkołach średnich i akademickich; podniesionym emocją tonem rozmowy telefonicznej prof. UJ Bogusław gratulował mi nagrody im. Jarosława Iwaszkiewicza, co stało się dla mnie ważnym wyzwaniem do kontynuacji pogłębionej sztuki analizy współczesnych zjawisk literackich.

Jednak własna poezja nasza, prócz ciekawej korespondencji wielu tematycznych wątków czy motywów ich obrazowania, ma dwa różne bardzo indywidualne, również stylistycznie, oblicza. I chyba w tej różnorodności dopełnia się czara jej sugestywnych i tajemniczych walorów.

Stanisław Nyczaj


_________
1) Po debiucie poetyckim w „Odrze” należał do zainicjowanej przez siebie Grupy Literackiej „Formaty” (1958–1962/1963), a potem był prezesem Nauczycielskiego Klubu Literackiego w Opolu, przewodniczącym Koła Młodych przy Opolskim Oddziale ZLP, zaś z chwilą wstąpienia do ZLP w roku 1967 opiekunem Koła.
2) Stałe takie kwadranse z oprawą muzyczną, interpretacją aktorską (z udziałem przeważnie aktorów Teatru 13 Rzędów Jerzego Grotowskiego) były znakomitą formą popularyzacji poezji. Sami poeci (wynagradzani; były to zazwyczaj ich pierwsze honoraria), a i radiosłuchacze czekali na nie. Zachęcam, by nasze krajowe rozgłośnie podjęły takie cykliczne audycje jako stałe pozycje w radiowej ramówce.
3) Uważam, że zdyskontowano wartość Tańca bez ludzi krzywdzącą formułką w „Roczniku Literackim”, oceniającym wydania z roku 1962.
4) Z jego inicjatywy została wydana jednodniówka Próby literackie (1962).
5) W 1961 jego wiersze znalazły się w katalogu malarstwa i grafiki Jerzego Pitery.
6) Za progiem wyboru, Warszawa 1969, Zrzeszenie Studentów Polskich. Realizacja: SAW, s. 59.
7) Sylwetkę twórczą poety nakreśliłem we wspomnieniu pt. Wilhelm Przeczek (1936–2006) – kreator doznań pomyślanych w mojej książce Wśród pisarzy. Rozmowy i wspomnienia, Kielce 2010, s. 83-89.
8) Starałem się w obszernych niekiedy przypisach ocalić od zapomnienia także te wersje wierszy z okresu młodzieńczych wpływów ożywczej awangardy, jakie były przez poetę – wskutek postępującej choroby psychicznej – w papierach pośmiertnych ogałacane z żywiołu metaforycznego artyzmu.
Nieoceniony Tomasz Jodełka-Burzecki – eseista, krytyk literacki, edytor dzieł Wł.S. Reymonta, J. Kasprowicza, H. Sienkiewicza, S.I. Witkiewicza, K. Iłłakowiczówny, który zapraszał mnie do swego mieszkania-biblioteki na dłuższe rozmowy o pisarzach, z jakimi się przyjaźnił (m.in. o Melchiorze Wańkowiczu), o doświadczeniach z prac wydawniczych w PIW – nie przeżył upragnionego wyjazdu na Litwę w roku 1989, kiedy mógł już w prezencie zawieźć tamtejszym wygłodzonym ojczystego słowa Polakom przygotowaną przez siebie i staraniem ZLP antologię W stronę Wilna. Wzruszenie odebrało mu mowę, serce nie wytrzymało napięcia. W dniu spotkania z oczekującymi go tam rodakami, 20 września, został w ich wdzięcznych za dar całego siebie w rozdygotanych rozpaczą ramionach.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko