Rękopis Jarzyny – od szkatułki do sztucznej inteligencji (AI)
To już drugie przedsięwzięcie polegające na przeniesieniu tego monumentalnego, wielopoziomowego dzieła, jakim jest „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego na deski teatralnej sceny. Poprzednio podjął się tego w Starym Teatrze w Krakowie w roku 1992 Tadeusz Bradecki, trzeba dodać: z powodzeniem. Przełożenie diabelnie skomplikowanej struktury narracyjnej i formalnej „Rękopisu” (nie wspominając już o zawiłościach natury filozoficznej) wydaje się być zadaniem na poziomie kwadratury koła, a jednak i Bradecki 34 lata temu i Grzegorz Jarzyna w Teatrze Polskim w Warszawie „przed chwilą” sprostali mu. O ile Bradecki przed laty poddał się pozornemu narracyjnemu chaosowi powieści, punktując sensy w sposób ukryty, kapryśny, nieoczywisty, o tyle Jarzyna znalazł klucz w karcianej, tarotowo-kabalistycznej strukturze dzieła Potockiego. Oddał to w segmentowej konstrukcji przedstawienia, którego poszczególne sceny następują po sobie niczym kolejno przekładane karty tarotowe. W ten sposób pozorna miazga i anarchiczny chaos powieści łotrzykowskiej, który tak bardzo się odznaczał w filmowej ekranizacji Wojciecha Jerzego Hasa, ale także w krakowskiej inscenizacji Bradeckiego, przybierają u Jarzyny kształt uporządkowany w sposób niemal laboratoryjny. Widz odnieść może wrażenia okiełznania tego chaosu w sposób wręcz autorytarny. Bradecki ułożył narrację przedstawienia w rytm kolejno pojawiających się tarotowych kart od 1 do 21 („oczko”?). Mamy do czynienia z rytmem karcianej gry. Oznaczony kartą numer 1 Alfonso van Worden zmierza do Universum oznaczonego kartą numer 21, ale nie drogą prostą, lecz labiryntowymi szlakami, które nie tylko wiją się jak węże, ale także przecinają się z opowieściami i doświadczeniami innych. Zdobywa w ten sposób doświadczenie życiowe i dojrzałość. Mamy więc do czynienia także z oświeceniową rodem opowieścią inicjacyjną i odmianą bildungsroman. Osiągnięcie tego stanu zbiega się ze świadomym celem Alfonsa, czyli z rozwiązaniem zagadki Gomelezów. A istotą zagadki tajnego bractwa Gomelezów jest to, iż są oni tajemną siłą kierującą światem, aranżującą kolejne etapy jego istnienia. Kim jest van Worden w przedstawieniu Jarzyny? To jego kolejne, współczesne nam wcielenie, po mniej więcej trzech stuleciach. Nie jest już staromodnym typem eleganckiego hiszpańskiego (a właściwie kastylijskiego) kawalera z Madrytu i pobożnego, zabobonnego oficera gwardii walońskiej, katolika i wstydliwego uwodziciela w trójkątnym kapeluszu i stroju z epoki, ze szpadą u boku. Jest współczesnym młodym człowiekiem, o współczesnej twarzy i współczesnym wejrzeniu, który po blisko trzech stuleciach powtarza ten sam proces inicjacyjny i staje w obliczu tych samych zagadek. Powróćmy jednak do estetycznego kształtu przedstawienia, bo w końcu mamy jednak do czynienia z teatrem, a nie naukowym seminarium pod egidą dajmy na to Michała Otorowskiego, który być może jest największym na świecie znawcą „Rękopisu”.
Teraz nieco o teatralnej „kuchni” przedstawienia Jarzyny. Nie byłoby go bez fascynującej scenografii Anny Axer-Fijałkowskiej, scenografii „mówiącej”, która sama w sobie stwarza liczne sensy i konteksty znaczeniowe. „Wyobraziliśmy sobie przestrzeń muzealną, galeryjną, ekspozycyjną, prostą i komunikatywną. Dzięki scenie obrotowej i czterem monumentalnym ścianom, mogliśmy zbudować wrażenie nieustannego ruchu, przenosząc widzki i widzów w różne światy, które poprzez swoją zdawkowość wymagają domysłu, uruchomienia wyobraźni i współuczestnictwa” – powiada sama artystka. Obrazu dopełniają: po pierwsze – kostiumy, swobodnie inspirowane malarstwem hiszpańskim XVIII wieku, wyrażające symboliczne i ezoteryczne treści, acz kostium akurat Alfonsa jest wariacją na temat tarota, a jego biel symbolizuje kartę zerową, „figurę początku”. Po drugie – muzyka, będąca mixem, wielowarstwową kompozycją motywów muzyki z epoki barokowej i klasycystycznej, także rytualnej z przetworzeniami i zapętleniami muzyki elektronicznej, syntetycznej, („ośmiokanałowej, trójwymiarowo akustycznej”!). Po trzecie – światło, które dopełnia akcenty gry, a zarazem współtworzy nastrój, bo w tym przedstawieniu nie tylko sylogizmy tarotowe i logiczne mają znaczenie, ale także nastrój, także ten o wymowie metafizycznej. I wreszcie dodatkowy bonus z tego przedstawienia, wizja wideo-sceniczna wytworzona „we współpracy z generatorami AI”. Przedstawia ona „świat sięgający do prapoczątków naszego dziedzictwa, do czasów „ludzi jaskiniowych”. A wracając na koniec raz jeszcze do materii spektaklu – można powiedzieć za Wolterem: „Tak toczy się światek”. No tak, ale co to jest właściwie owo Universum. Czy Jarzyna z pomocą Potockiego to wyjaśnili. Ja nie czuję się w tym względzie oświecony, nie wiem czym jest to Universum i jaki związek mają z nimi Gomelezowie. W ogóle nie wiem kim oni są. To nie jest pretensja do twórców przedstawienia, to historyczna nieuchronność. Musimy więc czekać na kolejne, siedemdziesiąte pierwsze (71) wcielenie wodza Gomelezów. I tak będzie ciągle od nowa, zawsze bez ostatecznego rozwiązania zagadki. Jest taki łaciński zwrot, rodzaj paruzji, który mówi o tej odwiecznej i nigdy nie kończącej się powtarzalności, ale zapomniałem jak on brzmi.
Jan Potocki – „Rękopis znaleziony w Saragossie”, Teatr Polski w Warszawie, Duża Scena, scenariusz i reżyseria – Grzegorz Jarzyna, scenariusz i dramaturgia – Roman Pawłowski-Felberg, scenografia, kostiumy i charakteryzacja – Anna Axer-Fijałkowska, muzyka – Karol Nepelski, choreografia Piotr Wach, światło – Aleksandr Prowaliński, projekcje – Zbigniew Bzymek.
Obsada: Wojciech Siwek, Andrzej Seweryn, Katarzyna Lis, Hanna Skarga, Irmina Liszkowska, Sławomir Grzymkowski, Danuta Stenka i inni, premiera wrzesień 2025






