Krystyna Habrat – STRAGANY PEŁNE POMYSŁÓW

0
210

  Pojawiło się  na Facebooku kolorowe zdjęcie straganu  ze starymi książkami. Był to po prostu jakiś półciężarowy samochód, któremu uchylało się boczną ścianę i za nią były półki wypełnione książkami.

  Dobry pomysł. Nieraz widziałam, jak taki sprzedawca już rozstawiał   co dzień swój stół, rozkładał na nim przydźwigane w walizach książki, i rozciągać nad nimi jakieś zadaszenie. A kiedy rozpadał się deszcz, albo nadchodził wieczór, pakował książki znowu w walizy, zwijał wszystko i odchodził smutny.  Tak samo robił na placu w norweskim Bergen malarz, sprzedający swoje obrazy, których prawie nikt nie kupował.

  Teraz taki  zrobi sobie kram w samochodzie i nie będzie musiał tyle się nadźwigać.

  Nie znajdę już tego obrazka na Facebooku, bo tak wszystkie wpisy, zdjęcia, komentarze przelatują szybko niczym pochód pierwszomajowy i napływają nowe treści, ale mam wrażenie iż na obrazku był kram ze starymi książkami.

  Ach, jak ja takie lubię! Książki nowe, wydawane aktualnie, łatwiej znaleźć, ale  te stare, przeczytane, czasem zapomniane, może odrzucone z niechęcią przez kogoś, a komuś innemu potrzebne, to zupełnie inna historia!

  Nieraz na podobnym kramie znajdowałam książkę, której kiedyś nadaremnie poszukiwałam. Nawet nie powiem, czy się nie rozczarowałam, bo może słusznie poszła w zapomnienie. Ale  częściej miałam z tego radość.

  W dodatku dedykacje na książkach i porównywanie ich z datami wydania i oddania do sprzedaży, pobudzały mnie do wyobrażania sobie losów właściciela czy właścicielki książki.  W bibliotece trafiałam  kilka razy na jedno nazwisko z tytułem i zawodem. Ta pani doktor lubiła czytać i kupowała aktualne nowości, a po latach oddawała do biblioteki. Oznaczone były, o ile pamiętam, pieczątką. Ale pamiętam też jej podpis – pięknym kaligraficznym pismem… Może nawet ekslibris? Musiałabym poszukać na moich półkach pod sufitem którejś jej książki i sprawdzić.

   Zrobię to jutro, bo już zbliża się północ, a sama szykowałam sobie książkę na ten wieczór.

    Z tych drobnych szczegółów wyobrażałam ją sobie najpierw, jako młodą lekarkę, która pewnie zapracowana, robiąc specjalizację, może doktorat, nie chciała zapomnieć o innym życiu poza chorobami, pacjentami i szpitalem, więc kupowała dużo książek i czytywała je późnymi wieczorami. Sądzę tak po książkach, jakie spotykałam z jej podpisem. To były książki cenione literacko.

  Ciekawa jestem, czy nadążała z czytaniem obarczona wieloma obowiązkami jako lekarz? I jak ułożyło się jej życie? Wyszła za mąż? Szczęśliwie? Miała dzieci? Miała czas na czytanie?

   Właśnie ten czas na czytanie bardzo mnie intryguje. Szczególnie, że akurat dziś znalazłam w Internecie piękny wiersz Zofii Tarchały o smutku nienadążania. Ja przynajmniej to uchwyciłam.  Za zgodą autorki cytuję:

tak mało czasu zostało
na załatwienie spraw niezałatwionych
na powiedzenie niewypowiedzianego
na przytulenie nienarodzonych wnuków
na budowanie nowego domu z rodziną
na haust powietrza z innego krajobrazu
na wyrwanie się z własnych niemocy
na spełnienie skrywanych przed światem pasji
na kochanie
za późno
obudziłam się
przespałam kolejny świt
wołam cicho
-zatrzymaj się świecie poczekaj
słowa ugrzęzły w gardle niedopowiedzeń
zaklinam je
deszcz pada bez przerwy
podtopił
c i s z a
tik tak tik tak…
tak mało czasu zostało
tak mało siły
doceń
    Zofia Tarchała.


  Nienadążanie kobiety. O! Jakże mi to znane. Napisałam więc w komentarzu do wiersza:

 Ten ciągły brak czasu, nienadążanie i odwalanie wielu spraw po łebkach, to życie kobiety w średnim wieku. W pewnej chwili ta pogoń zwalnia i… robi się smutniej. Trzeba się cieszyć póki co!

  I dalej: że napisanie tak pięknego wiersza pewnie pomaga w pokonaniu chandry.

  Teraz mam już dwa wątki na pomysł literacki: o nienadążaniu kobiety i drugi: o rodzeniu się pomysłu twórczego na wiersz czy powieść.

  Ja również latami, gdy dzieci były małe, a pracowałam zawodowo i miałam jeszcze jakieś ambicje, nie nadążałam ze wszystkim. Ciągle coś zawalałam, robiłam po łebkach, byłam z siebie niezadowolona, martwiłam się.  Za to w każdą sobotę musiałam  upiec dla synów placek z kruszonką, jeden z powidłami, drugi z musem jabłkowym, aby mieli radość, a w domu pachniało pieczeniem, jak w prawdziwym domu przystało. A na święta musiały być ciastka, piernik, murzynek… Dla każdego inne ciasto,  co kto lubił. I choć nas było czworo, wychodziło mi zawsze pięć wypieków. Mąż mi pomagał. Przeciskał ciastka przez maszynkę i układał na blachy. “Byle było dużo dobrych rzeczy!” – nawoływaliśmy ochoczo. Pachniało wanilią i cynamonem na całe mieszkanie. Nie czuło się zmęczenia.

   Tylko w dzień powszedni czasu mi nie starczało. A dni powszednich jest dużo więcej niż świąt. Gdybym jeszcze chciała podołać  ambicjom zawodowym, to już na nic innego nie starczyłoby czasu. Tymczasem te ambicje należało schować do kieszeni, gdy tylko dziecko zakaszlało, dostało  gorączki, i biec z nim do lekarza. A potem znosić niezadowolenie przełożonej, że znowu mam L4. Co było robić?

  A tu chciało się jeszcze czytać i pisać. Tylko kiedy?

  Takie właśnie rozterki i smutki, wepchnęłam kilka lat później w życie mojej zapracowanej bohaterki powieści:  UCIEC PRZED DRAPIEŻNYMI WSKAZÓWKAMI ZEGARA. To już nie ja, a moja bohaterka nie nadąża z robotą domową, pracą zawodową i wychowaniem dwojga dzieci. To ją prześladuje we snach budzik ze wskazówkami niczym kleszcze chrząszcza, który nie daje się jej wyspać, by  zdążyła na siódmą do pracy.

  Ta powieść ukazała się razem z drugą o tytule: w jednej książce pod wspólnym tytułem: TA NADCHODZĄCA.

  W tej drugiej, zatytułowanej: TA NADCHODZĄCA W WERBLACH WYSOKICH OBCASÓW, też młoda kobieta nie daje sobie ze wszystkim rady, ale ona żyje w  innych realiach, ma inne problemy i zawsze biega w butach na wysokich obcasach, co tytuł podkreśla.

  Na tym zakończyłam ten felieton wczoraj i rano zabrałam się do szukania książki, kupionej kiedyś na straganie ze starymi książkami.   Bałam się wspinać  po drabince do górnych półek. Mąż sięgał wyżej i odczytywał mniej czytelne  tytuły. Tego poszukiwanego już nie pamiętałam, choć treść co nieco i ogólne wrażenie. Wreszcie ostatnia okazała się właśnie tą.

  Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pani doktor widniejąca na pieczątce tej książki, to inna osoba niż ta, którą zapamiętałam z darowizn w bibliotece. Obie były lekarzami, obie kupowały książki w czasach, który mnie interesował, ale moja pamięć mnie zawiodła.

  Tak runął mój rodzący się wczoraj pomysł na opowiadanie o lekarce, która po skończeniu medycyny robi specjalizację i późnym wieczorem odsuwa materiały fachowe, by poczytać coś  o świecie spoza chorób oraz leków i wyciąga z torebki kupioną tego dnia modną powieść.

  Znałam wprawdzie kilka młodych lekarek, które z dużym poświęceniem zdobywały szlify w swym zawodzie i brakowało im czasu na życie pozamedyczne, ale chwilowo mój misterny pomysł został spłoszony. Kiedyś może doń powrócę, dziś nie.

  Tak to bywa z pomysłami twórczymi.

  Nie wiadomo kiedy drobny impuls, jakaś wzmianka, skojarzenie, obrazek, wywoła wizję utworu. Tak, wczoraj  widziałam w wyobraźni młodą lekarkę, podczytującą w wynajętym, nieprzytulnym, pokoiku powieści. Miała latami poświęcać się pracy i ciągle czytywać powieści.  Nie zdążyłam jej wymyślić bogatszej biografii z ewentualną rodziną, dziećmi, bo dalej, po latach, miało być rozdawanie jej bogatego księgozbioru do bibliotek i na kramy z tanią książką. Żadnej z koleżanek ani tych z rodziny, nie chciałam tu portretować. Mogłam tylko zaczerpnąć od nich pewnych rysów i drobnych faktów. Wspólnego im wszystkim poświęcenia się nad wszystko pracy zawodowej i ich braku czasu na wszystko inne. Robią specjalizacje, doktoraty, a brakuje im czasu, by poznać kogoś i się zakochać. Kilka z nich pozostało w samotności. Może właśnie takie miały  więcej czasu na czytanie powieści?

  Materiału więc na drobną nawet fabułę  mam za mało, to na razie zaczęłam o tym felieton.

  Pomysł upadł,  bo pomysły twórcze łatwo spłoszyć.

 A przecież  te lekarki naprawdę istniały! Mogą wejść do fikcji opowiadania! No to jeszcze zobaczę… Stragan na kółkach pełen książek bywa inspirujący. I długo poszukiwaną książkę można w nim znaleźć. I pomysł na opowiadanie. Lub felieton.

  I takim to sposobem  ten felieton stał się autotematyczny. O pisaniu tekstu literackiego od momentu zaiskrzenia się pomysłu.  


Krystyna Habrat
  

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko