Andrzej Lam – GEORGA HEYMA ŚLADY NA LODZIE

0
108

był tu i tam
krążył wokół ruchomego centrum
Z. Herbert, Georg Heym – przygoda prawie metaficzyczna

Georg Heym, ur. 30 października 1887 w Jeleniej Górze, był wschodzącą, a właściwie już jasno świecącą gwiazdą poetycką, kiedy, ratując przyjaciela, utonął podczas ślizgawki na Haweli 16 stycznia 1912. Pozostawione w rękopisie dzienniki, obejmujące okres od grudnia 1904 do grudnia 1911, przedstawiają formowanie się emocjonalności poety wśród szybkozmiennych i skrajnych nastrojów między lirycznym pięknem i dramatyczną grozą natury, silnie przeżywanym lekturami, miłosnymi uniesieniami i przejściowymi miłostkami, a zwątpieniem w stałość uczuć i w siebie, przerażeniem postacią świata, myślami o bliskiej śmierci i – wzorem Kleista – o samobójstwie. Niezmienne w tym szamotaniu jest piastowanie ideału rozumiejącej i uwielbianej towarzyszki życia i marzenie o sławie zdobytej własną poezją. Spełniło się tylko to drugie, na krótko przed śmiercią i zwłaszcza tuż po niej. Jego halucynacyjna wyobraźnia nie ma sobie równych w poezji niemieckiej.
Po polsku dostępna jest poezja Heyma w obszernym wyborze Armada nocy (Nowy Świat 2001) i w prezentacji wierszy pośmiertnych Umbra vitae (Oficyna Wydawnicza Aspra J-R 2016), naśladującej słynne wydanie trzecie z 1924 roku w opracowaniu graficznym Ernsta Ludwiga Kirchnera.

Zamieszczone tu zapisy pochodzą z tomu „Dzienniki. Sn”y, który wkrótce się ukaże.

12.4.1906.   Dzisiaj widziałem Toni, co za spotkanie! Tamte piękne dni sprzed 2 lat odżyły w mojej pamięci. Czy nie byłem wtedy o wiele bogatszy? Przeszedłem obok bez pozdrowienia. Czy chciałem jej pokazać, jak niewiele dla mnie znaczy? Bo nie powinna myśleć, że rana, którą mi zadała, szybko się zabliźniła. Zrobiłem obojętną minę, ale dostrzegła w tym zapewne coś skłamanego.
Potem pomyślałem sobie, jakby to było zabawne, gdybym rzucił różę pod jej nogi, czy coś w tym rodzaju. Może porozmawiałbym z którąś z nich, ze Złotą Elzą albo z Toni, jeżeli je teraz spotkam – gdybym tylko mógł liczyć na najmniejszy choćby sukces. To znaczy, natura byłaby w przymierzu z geniuszem. Rozumiem to tak, że stworzyłaby mu wszelkie awanse i możliwości, aby obudzić jego geniusz. To byłoby słuszne (jeśli jest słuszne, to natura nie jest bezrozumna i obojętna, lecz przewidująca i wybierająca co najlepsze – a więc natura = Bóg), pomyślmy np. o Goethem. Może poda mi się jako kontrprzykład Schillera, ale wtedy odpowiem, jakąż błahostką jest zewnętrzna nędza, jeśli duch może tworzyć bez przeszkód. I czy Schiller nie miał w swoich przyjaciołach i w swojej tak bardzo kochającej żonie kręgu, który mu miłość pod każdym względem odpłacał miłością? Może Michelangela, pasierba, albo Spinozę? Tak, i z nimi była natura w przymierzu, bo uczyniła ich tak silnymi, że mogli samotnie kroczyć swoją drogą. Może nie odczuwali wcale potrzeby miłości. Tak usilnie zmagali się ze swoimi dziełami, że osiągali wszystko samotnie. – Podobnie Beethoven.
Gdyby obudziły się wszystkie siły, które we mnie drzemią, znalazłbym tę wielką miłość. Przelewałem w tej intencji często gorzkie łzy, ale natura zawsze odpychała mnie od siebie. A że ona mnie nie wysłuchała, to powiem teraz, że on mnie nie wysłuchał – on to znaczy Bóg – to jego dobre prawo, byli wszak godniejsi niż ja, których wysłuchał, ale że on zrobił ze mnie błazna, jak czynił często, tego nie mogę zrozumieć.

14.9.1906.   Czytam teraz Novalisa „Ofterdingena”. Dla chorego Hardenberga była ta wspaniała książka ewangelią poetyckiej siły. Chcę w najbliższym czasie przeczytać jego biografię, tak samo von Arnima, Brentana, którzy po Hölderlinie staną mi się pewnie wzorcami. Rok ma się już ku końcowi. Czy to znaczy, że zebrałeś jakieś plony? Co do wykształcenia tak, horyzont stał się szerszy, brak jeszcze pogłębienia. Rozczytałem się najpierw w Hölderlinie, choć pozostają jeszcze „Hyperion”, „Empedokles” i listy. Z jego życiem i jego duchem jestem głęboko spoufalony. Coraz bardziej umacnia się też we mnie wiara w Heliosa, w światło, słońce, w cały święty wszechświat. Często wyciągam ramiona w nocy do gwiazd, w południe i w cichy wieczór do słońca, i czuję radość. Tak będziemy dojrzewać, rozkwitać, ofiarowywać się i z uśmiechem rozstawać, to jest nasza wiara.

16.4.1908  Kochałbym Chrystusa, gdyby nie był bogiem masy. Jego życie, poetyckie słowa i śmierć są bardzo piękne. Nie ma tu żadnej luki, przez którą można by zobaczyć cokolwiek brzydkiego. Został jednak splamiony, ponieważ mieszka w licznych sercach.

6.7.1910.   Jakiż to my mamy żałosny rząd, cesarza, który mógłby występować w cyrku jako arlekin, mężów stanu, którzy z większą korzyścią odgrywaliby swoją rolę jako spluwaczki niż jako mężowie, którzy mają się cieszyć zaufaniem ludu.

15.9.1911   Wszystkie te Jentsche, Koffki, wszyscy ci ludzie mogą się do tego czasu przyzwyczaić, oni wszyscy, ci hebbelianiści, ludzie wnętrza, mogą się nawet w tym czasie odnaleźć, ale ja, człowiek rzeczy, rozdarte morze, zawsze w burzy, zwierciadło zewnętrzności, równie dziki i chaotyczny jak świat, tak niestety stworzony, że potrzebuję ogromnej, zachwyconej publiczności, aby być szczęśliwym, dostatecznie chory, aby nie wystarczać samemu sobie, byłbym za jednym razem uleczony, byłbym bogiem, zbawionym, gdybym skądkolwiek usłyszał burzowy dzwon, gdybym ujrzał ludzi biegających dokoła ze skrzywionym lękiem obliczem, gdyby lud powstał, a ulica rozbłysła od pik, szabli, rozentuzjazmowanych twarzy i rozdartych koszul.


Z wierszy 1905-1908

W SAMOTNOŚCI

Stanęły chmury, czarne wieże,
Wyniosłe góry w krąg się piętrzą.
Pobladłe niebo kryją burze
Zwisając nad jałową ziemią.

Kto iść mi kazał w taką stronę,
Na tę straszliwą pustać dziką,
Ludzkości zatracone morze,
Co na ten brzeg mnie wyrzuciło?

I przecież, przecież całkiem sam!
Sam tylko z całą moją nędzą.
Czy jestem jeszcze? I mój duch ten sam,
Co górne moce go przeze mnie pędzą?

Już koło czasu się nie kręci
Samotne, bez ludzkiego związku.
O wy, wieczności zimnej dreszcze,
Godzino trwożna idącego Sądu!

1905


MIASTO W CHMURACH

Chmury się kładły jak ciosy spiętrzone
Na chmurnych twierdz wysokiej bramie,
i zapłonęły niczym żyły marmurowe
Czerwonozłotych kolumn brzegi barwne

Wysoko ponad bramą. I wieżyce strome
W jasnym powietrzu szybowały wzdłuż
W daleki przestwór. Jakby złototogłowem
Morze płomieni wrzało u ich stóp.

Pysznie szumiało w tym prądzie potężnym
Świetliste morze, by rzucać odblaski
Na rzędy kopuł, katedry podniebne,
Strzelistych świątyń i pałaców blanki.

Lecz niemy był ten przepych. Ani jedną głoską
Wesele ludzkie z ulic nie zabrzmiało
Ni z krzątaniny rynku. Milczenie się niosło
Niesamowite, drętwe, jakby dawno

Opuścił lud to miasto. Dawno zapomniane
Były nazwiska. Posępne grobowce
Umarłych ledwie jarzyły się blaskiem
W czerwień wieczoru i ostatni promień.

Już spadły na nie hordy cieni mrocznych
I żwawo blask lizały, że wkrótce spłynęło
Już całe światło z płaszczyzn marmurowych
I to wysokie miasto w mroku utonęło.

1906


MORITURI

Gdy samobójcy chcą umrzeć przykładnie,
Nie unikają gwarnych ulic wtedy,
By ich prąd życia nie ominął zdradnie,
Gdy układają się do swojej śmierci.

Więc skaczą z mostów w pomroczne głębiny,
Z ludzkiego tłumu w krainę umarłych.
W rozgwarze miasta strzały nagle słyszysz,
Gdzie ci samotność z ciszą doskwierały.

Bo chociaż w trwodze duch się także mrozi,
To pragnie wszak przed śmierci jeszcze bramą,
Choć od okrutnej drętwieje ciemności,
By go do życia na powrót wezwano.

Więc od głębiny ciemnych lasów stronią,
Gdzie łzy padają tylko na kamienie,
I gdzie z ich duszy cierpień przeogromnych
Szydercze echo stokrotnie się śmieje.

Wybrał i przełożył
Andrzej Lam

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko