Krystyna Habrat – OGÓRKOWE NASTROJE

3
541

  Dochodzi piąta po południu.  Ostatni dzień lipca.  Na termometrze w słońcu przeszło 50 stopni Celsjusza. Już poza skalą. Nic się nie chce. Sezon ogórkowy w pełni. A tu znowu wzrosła liczba zachorowań na koronawirusa. Dziś już przeszło 650. Wygląda to na drugą falę zarazy.

  A wczoraj w Parku Śląskim koło południa było tak pięknie.

  Znaleźliśmy z mężem rozkoszny zakątek z dala od głównych alejek, gdzie przez dwie godziny przeszły koło nas może dwie osoby. W cieniu wysokich brzóz i grabów panowała cisza. Ptaki przefruwały bezszelestnie.  Tylko już nie śpiewają, a szkoda.  Słońce oświetlało coraz to inne fragmenty  liści, pni, trawy.

  Po nocnym deszczu było jeszcze rześko i oddychało się z rozkoszą.

  Książka leżała mi na kolanach  ciągle nie otwarta, a ja cieszyłam się, że jest mi tak dobrze.

Nieraz siadamy na tej ławce, ale nie zawsze znajduję tu taką przyjemność relaksu.  Czasem coś niepokoi, przeszkadza. Nawet nie wiadomo co? Nie można się wtedy skupić na tym, co cieszy oczy. Widocznie właściwa  temperatura i lekka wilgotność ziemi, potwierdzona przez rosnące tu paprocie, powodowały komfort odpowiedni do skupienia się na tym co, tu i teraz.

  Pośród drzew przefruwały cicho małe, barwne ptaki. Sikorki  i nieco większe dzięcioły. Po pniu łaził głową na dół niebieskawy kowalik. Po ziemi przemykała ruda wiewiórka z wyciągniętym wzdłuż ogonem, aż z dala myślałam, że to lis.

  Rozmawialiśmy niegłośno. Najczęściej o przelatującym ptaku, to o motylu. Powieść na mych kolanach pozostawała zamknięta.

  Sama nie wiem, czy nie chciało mi się czytać, czy wolałam rozkoszować się tym, co widzę w podświetlonym słońcem zakątku drzew?

  Dawniej prawie nigdy nie pozwalałam sobie na takie nicnierobienie. Nie tylko dlatego, że moje pokolenie jeszcze słuchało dorosłych i ich napomnień. A jedno z nich brzmiało: “Co tak siedzisz bezczynnie?! Nie masz nic do roboty? Weź się do czegoś pożytecznego!”

  Tak właśnie wychowywano dziewczęta z pokolenia naszych mam, a raczej: babć. Nawet w towarzystwie powinny były mieć zajęte ręce jakąś robótką, najczęściej pięknym haftem, i na nią spuszczone oczy, by nie strzelały wkoło zuchwale. Nie wolno było pannom za dużo zabierać głosu, a już wcale dogadywać krzykliwie innym. Dopiero kilka lat temu przeczytałam o tym w “Pamiętniku Wacławy” Elizy Orzeszkowej, bo książka od lat stała na półce w domu. Jakoś mnie do niej nie ciągnęło. Wreszcie ją przeczytałam, choć to już nie było dla mnie, bo za późno i czasy nie te, ale  zaciekawiły mnie ówczesne wytyczne wobec panien na zamęściu. Może takie były kiedyś  zasady, lecz nie zawsze przestrzegane do końca, co znamy choćby z filmów. Czasy się bardzo zmieniły. Jednak co nieco i nam nasze mamy z tych zasad wpoiły i nie było to złe.

  Mam tu na myśli zasadę, żeby nie marnować czasu. Żeby każdą chwilę wykorzystać pożytecznie!

  Ja starałam się.

  Tylko najpierw się człowiek uczy długo, nawet kilkanaście lat, żeby – jak to się kiedyś mówiło – być kimś. Musi wykorzystywać czas na naukę, rozwijanie zainteresowań, poznawanie świata, życia. Wreszcie dostaje dyplom, zaczyna pracować i zakłada rodzinę, rodzą się dzieci…  Kolejność bywa różna, ale dla kobiet odtąd jedno jest wspólne:

 BRAK CZASU!

 Kobieta nie nadąża ze wszystkim, gdy w pracy by chcieli, aby poświęciła się bez reszty, a w domu tego samego potrzebują dzieci i mąż. Teraz nawet perfekcjonistka robi niejedno po łebkach. Byle dzieci nie były głodne. Byle znowu nie dostały anginy… A tu znowu buciki przyciasne…

  Jeszcze kupuje nowe książki, ale rośnie sterta tych do przeczytania. Całymi latami.

  Właśnie jedną taką trzymałam wczoraj na kolanach: “Bunt aniołów” Anatola France’a. Kiedyś polubiłam jego “Zbrodnię Sylwestra Bonnard”, to kupowałam i inne.

  I kiedy w końcu jedną wzięłam do parku, nie czytałam. A przecież tyle książek przeczytałam w tym parku. I w innych w innych miastach. I w kolejkach po mięso i do lekarza. Ale wczoraj ksiązka mnie nie nęciła, bo delektowałam się tym, co mam przed oczami i spokojem wkoło i we mnie. Nic mnie nie martwiło, nie bolało. Zupełna beztroska. Aż szkoda było wracać do domu, żeby zjeść o ludzkiej porze obiad, a najpierw go zrobić. I o dziwo, pomimo zmęczenia i upału jakoś łatwiej było przyrządzać zupę i coś na drugie danie. Odpoczynek tak podziałał?  Odświeżenie myśli?  

  Tylko szkoda, że książki przeczytałam za mało. Dawniej bym tak czasu nie marnotrawiła. Musiałam przecież dużo czytać, dużo wiedzieć, uczyć się. Czy przydało się to na coś? Czy zostało docenione? A gdzież tam! Po co więc to wszystko. Po co tyle książek kupowałam? Czytałam?

 To była moja radość życia. Jedna z wielu.

  Dzięki temu teraz nawet nicnierobienie czyli kontemplacja albo relaks czy nawet medytacja stają się…  sensowniejsze. Niech więc będzie.

To nic, że mamy sezon ogórkowy. Nic, że koronawirus.  Ale lato teraz piękne. 

  Kilka dni temu zapisałam na Facebooku:

  “Na stole czereśnie i maliny. Do przegryzania bób. Czytam dobrą powieść. Na balkonie, bo co trochę pada. Oto uroda życia latem.”

 I dalej:

“Trzeba więc chwytać piękne chwile póki ich troski i zapracowanie nie przysłonią.”

  A bób wcale taki dobry nie jest,  tylko ja go jadałam raz na wakacjach, wypoczywając beztrosko wśród pięknych widoków, dlatego dotąd mi smakuje.

Krystyna Habrat 

30.7.2020r.

Reklama

3 KOMENTARZE

  1. Podobnie rozkoszuję się przyrodą. Siedzę na tarsie lub w ogrodzie, zachwycam się każdym kwiatem, krzewem. A przecież oglądałam je juz setki razy. To ukaja mnie, daje błogi spokój, zachwyt. I myślę: “trwaj chwilo”. Jeszcze rok, dwa pięć, więcej, pozwól się cieszyć otaczającą mnie przyrodą. Czytam ciągle wolno, mam problem ze skupieniem się, ale krok po kroku do sukcesu.
    Poczułam się jak trzecia osoba na Waszej ławce w parku, pieknie oddałaś atmosferę otaczającej przyrody.

  2. Dodam, że owe wspomniane wyżej – i już kiedyś wcześniej – wakacje z bobem prosto z ogrodu (no po ugotowaniu) były tam, gdzie na bób mówiono: bober. Koleżanka to potem wyśmiała i już tej nazwy nie używałam. Przedwczoraj znalazłam ją w słowniku, jako nazwę lokalną. Więc jednak jest! A tak mówili w małym powiatowym miasteczku: Opatów na Kielecczyźnie, gdzie jeździłam kilka razy w wakacje. Były tam ciekawe zabytki, ciekawi ludzie i piękna okolica. I trochę się tam podszkoliłam, bo w pokoju, gdzie spałam, stały na etażerce – ciekawe książki. A jak przyjechałam tam po latach, panna, która karmiła mnie bobrem (bobem) już dostojna mężatka, miała na półce: Literaturę na Świecie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko