Jacek Bocheński – Urodziny

1
181

Jest siedemnasty kwietnia. Sto dwadzieścia pięć lat temu, pod panowaniem cesarza Franciszka Józefa urodził się w Chrzanowie syn tamtejszego cesarsko-królewskiego komisarza powiatowego, mój ojciec, Tadeusz Bocheński. Cztery lata później jego ojciec, Michał Bocheński, nagle zmarł. Nim został pochowany, młoda wdowa, dwudziestoczteroletnia Maria z domu Niemczycka, podeszła do zmarłego z nożyczkami, odcięła kosmyk od czupryny i schowała sobie na pamiątkę. Przypuszczam , że Tadzio, mój ojciec, który miał cztery lata, nic o tym kosmyku nie wiedział wtedy ani potem. Ja dowiedziałem się dzięki temu, że wdowa, zanim sama umarła, włożyła zachowany szczątek  po mężu do koperty i napisała na niej „włosy Michasia”. Z czasem odziedziczyłem tę kopertę ja, nie przez ojca jednak, lecz jego brata Adama, który żył dłużej i  bardziej troszczył się o pamiątki rodzinne, ojcu w istocie obojętne.      

Ojciec mój urodził się zatem sto dwadzieścia pięć lat temu, a żył krótko, choć nie tak jak jego ojciec Michał, który w chwili śmierci  miał czterdzieści lat i ciemną   czuprynę, sądzą po kosmyku. Mój też umarł nagle. Kilka dni wcześniej w Warszawie pił jeszcze u mnie herbatę. Została po nim ta szklanka, z której pił. Wrócił do domu w Zakopanem, tam w jedną z najbliższych nocy położył się spać, jak zawsze,  i już się nie obudził.

Ale po latach w zdumiewający sposób zmartwychwstał , on, poeta i filolog klasyczny, w nowym wcieleniu sanskrytolog, tłumacz „Gnom staroindyjskich”, wydanych przez współczesne Stowarzyszenie Żywych Poetów. To wiadomo, bo nieraz o tym piszę, a „Gnomy” można kupić w Internecie lub u pana Darka, księgarza w „Landzie” na osiedlu Służew nad Dolinką.

Teraz tylko w Internecie. U pana Darka można było, teraz nie z powodu koronawirusa.

Ojciec, gdyby zmartwychwstał nie jako książka, lecz jako cielesna osoba, koronawirusem by się nie przejął. Pewną rzeczą jest, że nie używałby takiego słowa, zakażającego polszczyznę.

Nie wiem, czy za swoich czasów, zakorzenionych jeszcze w dziewiętnastym wieku, słyszał w ogóle o wirusach . Mogły to być jakieś jady szkodliwe dla uprawy roślin, ale nie zarazki groźne dla człowieka. Zarazkami były bakterie, przede wszystkim prątki gruźlicy.  

Właściwie ojciec żył w ciągłej kwarantannie, głównie z odrazy do prątków gruźlicy. Może to była trauma wyniesiona z pierwszej wojny światowej. Nie wiem. O hiszpance nic się nie mówiło. Ale w Zakopanem przed drugą wojną światową i jeszcze po niej trafiali się co krok suchotnicy, których leczono górskim powietrzem i tłustym mlekiem, śmietaną i masłem. Dobre odżywianie było wskazane. A suchotnicy zanosili się kaszlem i rozpryskiwali w powietrzu kropelki śliny z bakteriami, pluli i zostawiali tu i ówdzie obrzydliwą plwocinę. Tylko biurko ojca, pilnie strzeżone przed skażeniem było przestrzenią  prawdziwie czystą bez bakterii, wypełnioną czystymi ideami językowymi, które garnęły  się tam do ojca z wielu języków. Najczęściej , oczywiście, z polskiego, ale ojciec kazał tym ideom, tym ascetkom czystym jak mniszki i mnisi przeglądać się jak w lustrach w siostrach, braciach, matkach, dziadach i pradziadach z łaciny, greki i także sanskrytu. Wszystkimi nimi rządził surowo aż do nocy, gdy usnął na zawsze. Mimo to niedawno zmartwychwstał.

Dziś obchodziłby urodziny. 

blog III    

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Dziękuję za dzisiejszy tekst. Zawsze Pana pióro jest dla mnie interesujące. A wcześniej , z samego rana, trafiłam na wywiad z Panem Krystyny Nastulanki w książce “Sami o sobie” z 1974r. Przeczytam go ponownie wieczorem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko