Leszek Żuliński – Wspomnienia weterana (14) – Podróże – ciąg dalszy

0
186

            Skoro już we wcześniejszym odcinku moich wspomnień pisałem o Nowym Jorku i Chinach, to postanowiłem „pociągnąć” ten temat. Zrobiłem więc sobie listę miast lub miejsc, w których byłem.
            Oto one: Baden-Baden, Berlin, Bolonia, Drohobycz, Ludwigsburg, Lwów, Moskwa, Norymberga, Nowy Jork, Nowoczerkask, Palermo, Pekin, Praga, Rostów, Rzym, Staufen, Stuttgart, Stryj, Sycylia, Syrakuzy, Szanghaj, Tadżykistan, Truskawiec, Wenecja, Wiedeń, Wilno i chińskie Xi-An…
Pomyślicie sobie, że „światowego bywalca” tu odstawiam? Nonsens! Nie byłem we Francji, w Skandynawii, w Hiszpanii, już nie mówiąc, że noga moja nie stanęła w Ameryce Południowej, w Afryce ani na Madagaskarze i Bóg wie gdzie jeszcze. Nigdy też nie byłem w Wielkiej Brytanii ani Londynie.
            Bo ja w ogóle nie jestem typem podróżnika. To moje podróżowanie zawsze związane było z pracą i życiem literackim – wysyłano mnie lub zapraszano na różne zjazdy, sympozja, targi książki itp., itd. Tylko w Nowym Jorku byłem prywatnie, o czym pisałem we wcześniejszym odcinku moich wspomnień.
            Przez jakiś czas byłem szefem redakcji książek dla dzieci w Krajowej Agencji Wydawniczej. Wtedy właśnie wysyłano mnie corocznie do Bolonii, gdzie do dzisiaj są największe europejskie targi książek dla dzieci. Tam bywał często także Wojciech Żukrowski, z którym byłem za pan brat. Przypomnijcie sobie, że jego Porwanie w Tiutiurlistanie to był hit nad hity pośród małych czytelników.
            Te wszystkie wystawy, targi, zloty edytorskie to był po prostu pi-ar i marketing. Nie taki „na pokaz”, tylko też mający wymiary handlowe. Kupowaliśmy i tłumaczyliśmy obce książki, ale też książki naszych pisarzy były tłumaczone na inne języki. Nie wiem, jak obecnie ten sektor wygląda, ale za czasów PRL-u kwitł.
            Problem czytelnictwa jest jednak skomplikowany. Owszem, na półkach księgarskich książek jest multum. Ale prym wiodą romanse, kryminały i tzw. czytadła. Literatura piękna z tzw. wysokiej półki nie sprzedaje się w stutysięcznych egzemplarzach. Ile dziś można sprzedać Blaszanego bębenka Güntera Grassa lub Małej Apokalipsy Tadeusza Konwickiego? Owszem, dobra poezja lub dobra proza nadal się rodzą, jednak im więcej mamy młodych autorów, tym bardziej nawet ich dobre książki nie mają takiego „kalibru”, jaki zachwycał nas do niedawna.
            W Warszawie co roku w ogromnej przestrzeni Stadionu Narodowego (tuż nad Wisłą) odbywają się Targi Książki, chyba największe w Polsce. Tam zobaczycie, co minionego roku i jak wiele nowych książek powstało. Tłumy są ogromne… A jednak te tłumy to głównie wydawcy i czytelnicy, których może 10-15% jest owymi czytelnikami. Reszta populacji za książkami nie goni.
            Casus Olgi Tokarczuk – Noblistki – zwrócił na siebie spore zainteresowanie, jednak pytam się: ile osób przeczytało jej najbardziej znane i opasłe dzieło, czyli Księgi Jakubowe?
            Telewizja pokonała czytelnictwo? W jakiejś mierze tak. Ale chyba stało się także coś innego, a mianowicie dawnymi czasy książki miały popyt, lecz z roku na rok ustępowały innym potrzebom.
            Jest źle, ale jeszcze nie beznadziejnie. Jednak tzw. konsumpcjonizm bardziej się panoszy niż potrzeba kultury.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko