Jacek Bocheński – Biblio, Znajomości

0
412

Znajomości

Tak, mam znowu dziewiętnaście lat w roku 1945. Tyle, ile student Walery Pisarek będzie miał w 1950, gdy założy „Helenę”. Pierwszy raz doświadczam  jednego ze swych widzeń. Będzie potem w życiu kilka następnych, a wszystkie dotyczyć będą ni mniej ni więcej, tylko     przyszłości świata, zawsze na ruinach czegoś, co zawiodło. Zmiana po katastrofie. Moja mania. Rola wieszczka. Pułapka, w którą nieustannie wpadam.  Ostatnim przejawem tej obsesji było widzenie kultury popiśmiennej z reliktami greckiego biblio na gruzach po humanizmie.

W roku 1945 stopa obija   się co krok o fizyczne gruzy po zburzonych domach, dzielnicach, miastach i utyka w zwaliskach. Warszawa jest zrównana z ziemią. Jednak uświadamiam sobie powoli i z trudem, że takie martwe, ciemne pustynie są nie tylko w Polsce. Tu stygną kominy, przez które dopiero co puszczano z dymem ludzi. Ale jest jakieś okropne, chyba jarzące się jeszcze pogorzelisko po bombach atomowych zrzuconych gdzieś na Japonię. Jest w Rosji trup wziętego mrozem, ogniem i górami poległych Stalingradu. Są miasta w Niemczech, doszczętnie zgładzone nalotami dywanowymi, podobno Drezno. Wszystkiego nie da się zliczyć. Dlaczego świat sobie to zrobił? I co dalej? Przecież nie może tak być. Mam dziewiętnaście lat, czuję, że coś trzeba zmienić u podstaw, chociaż nie wiem dokładnie, co i jak. Ogólnie jakoś tak, żeby narody ze sobą nareszcie nie walczyły i żeby lud miał lepiej. Myślę, że po to powstały te wszystkie ludowe partyzantki w lasach i górach, te ruchy oporu na Bałkanach, we Francji, Grecji, pod rządami faszystowskimi we Włoszech, te ruchy komunistyczne, o których mówiono mi półgłosem, gdy wojna jeszcze trwała. A ten półgłos był jak przetaczający się po niebie odległy szmer pierwszego grzmotu na wiosnę. Albo jak pierwsza miłość. Pierwsze romantyczne pobudzenie. Pierwszy dar seksu. Coś tajemniczego. Nie rozumiem, co się dzieje ze mną i światem. Tego, czego nie wiem, muszę się dowiedzieć, poznać więcej, muszę się nauczyć.     

Niestety, w Chełmie, gdzie jestem, nikt raczej nic nie rozumie z tej katastrofy i obrotu albo przewrotu świata. Czekają na trzecią wojnę, jak być może piętnastoletni uczeń Pisarek czekał w Milejowie. Musimy się wszyscy uczyć, jasno widzę. Oświata powszechna. To najważniejsze.

I jeszcze uścisk młodej kobiety wieczorem w Chełmie. Dzięki temu doznaję romantycznego pobudzenia i potoczą się  niespodziane wypadki. Chwilowo ona śpiewa mi pieśń chłopskich partyzantów, z którymi prawdopodobnie  związała się podczas wojny rozmaitymi nićmi organizacyjnymi i osobistymi. Biłgoraj, Hrubieszów, Tomaszów, te okolice  mniej więcej.

– Stać będzie kraj nasz cały, stać będzie Piastów gród, zwycięży Orzeł Biały, zwycięży polski lud. 

Jest nauczycielką i zarazem studentką. Tak się dzieje, bo nauczyciele  poginęli. Jej uczeń  Jaś, który się w niej kocha, ma pistolet, a ona ma słabość do Jasia.  On chodzi do niej na lekcje. Raz go spotykam.

– To Jaś, wiesz,  mówiłam ci, no, ten uczeń. 

Jaś trzyma coś pod stołem, przy czym w pewnej chwili zaczyna majstrować, podejrzewam, umyślnie, żebym usłyszał. To niewidoczne coś wydaje krótki, stłumiony  szczęk jakby metalowego zatrzasku.

– Czy Jaś, kiedyśmy tu razem byli – pytam po kilku dniach – mógł mieć broń?

– Mógł. Ale nie wiem. Porozmawiam z nim.

Czytamy Słowackiego. Ona mówi o studiach polonistyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jej sutki. Gramatyka opisowa.

Kiedy indziej zastaję gościa z Lublina. Nazywa się Wiktor Łyszczak. Zapamiętam. Wąsiki czy się mylę?  Wiek pod trzydziestkę, może trochę mniej, inteligent, jakiś jej kolega albo ziomek, o mnie słyszał, dzień dobry – dzień dobry, uśmiecha się, wpadł tylko na chwilę. Musi wracać do pracy, tworzy w Lublinie nową instytucję z niczego, potrzebuje ludzi. Ciągle się uśmiecha. Do widzenia. I wychodzi.

– Co on takiego robi?  – pytam.

– Został naczelnikiem lubelskiego urzędu informacji i propagandy.

– Czego?

Nie wiedziałem, że istnieje taki urząd.

– A słuchaj – mówi ona – Jaś rzeczywiście był wtedy z bronią. Miał w kieszeni pistolet. Przyznał mi się.

Piętnastoletni uczeń Pisarek w roku 1945 też według oskarżenia posiadał nielegalnie broń. Wielu nielegalnie posiadało.

Ja mam zamieszanie  w rodzinie, rozpad domu  i kłopot: zostaję w Chełmie bez mieszkania. Ten temat nie należy do opowieści o profesorze Pisarku i o mnie, jego dłużniku, ale zwierzam się  w nocy przyjaciółce. Nie mam gdzie mieszkać. Chciałbym wyjechać z Chełma, coś robić, może studiować polonistykę na tym lubelskim uniwersytecie katolickim.

– A! Staro-cerkiewno-słowiański miałbyś i fonetykę na początek.

– Muszę znaleźć jakąś pracę, żeby wyżyć, bo tylko piszę wiersze i czasem artykuły.

– Wiem, czytałam wszystkie. Coś ci powiem. Pójdź w Lublinie do Wiktora. On też czytał twoje artykuły. Pójdź do niego.

– Do tej informacji i propagandy?

– No, do Wiktora. On wie, co myślisz. Jeśli chcesz pisać swoje artykuły, powiedz mu. Wiktor ci pomoże. Ma podobno jakiś pusty prawie budynek. Pewnie mógłbyś tam nawet mieszkać. Nie wiem. Ale pójdź do niego i powiedz, że nie masz gdzie spać.  

Jak to? Wysyła mnie do „sowieckiego” urzędu? Do tej „sowieckiej” władzy? Tak ją przecież nazywała. I wcale jej to nie przeszkadza radzić mi, żebym tam poszedł i nawet zamieszkał.

A ja całkiem chętnie przyjmuję radę jakby jedną częścią swojego psychicznego jestestwa , a drugą częścią się dziwię. Nie sam projekt współpracy z „demokratyczną” władzą mnie dziwi, bo to odpowiada mojemu widzeniu świata w roku 1945, ale fakt, że ona właśnie mi to radzi. W Lublinie często bywa. Będzie przyjeżdżać. Też może o mojej sprawie porozmawiać z Wiktorem, jeśli ja się zdecydowałem.   

– Oczywiście, spróbuję tak zrobić, jak mówisz – potwierdzam.  

I wcale nie przeszkadza mi to, co przecież niedawno opowiadała wzburzona o swoim przesłuchaniu przez enkawudzistę. Ale to mam pod spodem w drugiej  części psychicznego jestestwa. Opowiadała, że przesłuchiwał ją enkawudzista i że to było bardzo przykre, a musiała te straszne rzeczy znieść. Nie, nie bili, przemocy ani żadnych takich gróźb nie było, tylko enkawudzista, bezczelny, tępy cham, wygadywał te  niesamowite, sowieckie idiotyzmy o bandytach i że ona nie jest patriotką, bo patriotka ma obowiązek kochać ojczyznę, a krycie bandytów to zdrada „rodiny” i tak o tej ojczyźnie dalej.

Teraz już się od niej odczepili, powiedziała, jednak wspomnienie tamtego przesłuchania wciąż boli.

*          *          *  

Nie, Adam Boberski nie zrezygnował. Jak wymyślił, tak zrobił. Ile pracy i czasu musiało go to kosztować! A nie wyglądał mi w Brzegu na człowieka-robota, raczej na roztargnionego artystę.

Prace wydawnicze w Stowarzyszeniu  Żywych Poetów należą do bodaj dwóch amatorów. Drugi nazywa się Radek Wiśniewski. Trzeci jest Tomasz Fronckiewicz, grafik. Adam Boberski, jak się profesjonalnie mówi, „zdygitalizował”, czyli przepisał na komputerze sam całe „Gnomy staroindyjskie”. Nie można lepiej zapoznać się z tekstem niż przepisując słowo po słowie. Ten ze wszystkich możliwych najdokładniejszy, poniekąd cielesny kontakt z językiem wcale nie odstraszył wydawcy od dzieła, czego się głównie obawiałem. Przeciwnie. Coś upewniło lektora Adama Boberskiego, mozolnie dygitalizującego wyblakły maszynopis, w słuszności jego wydawniczego zamiaru. Być może przyswoił sobie intymny aksjomat mojego ojca, że dzieła bywają arcydziełami same przez się, czy ktoś to wie czy nie. 

Pełni fantazji Żywi Poeci postanowili napisany fantazyjną polszczyzną przekład z sanskrytu, który czekał od sześćdziesięciu dwóch lat na publikację,  nie tylko wydać, ale nadzwyczajnie uczcić. Tu do działań przystąpił grafik.

Uznano, że szata zewnętrzna książki ma nawiązywać do wyglądu oprawnej zszywki z roku 1957. Co po sobie zostawili poeta- tłumacz do spółki z rzemieślnikiem-introligatorem, trzeba w miarę możliwości odtworzyć. Zachowany więc będzie format równy połówce arkusza A 4, czyli podłużnemu formatowi maszynopisu. Zachowana będzie zasada: na jednej stronicy jedna gnoma. Krój czcionki w druku winien imitować tę w maszynopisie. Zastanawiano się, czy wstępu i objaśnień, wpisanych ręcznie przez ojca, nie zeskanować i nie włączyć do książki w autentycznej postaci rękopiśmiennej. Zarzucono  jednak ten pomysł pewnie ze względu na lepszą czytelność druku lub może na harmonię edytorską całości. Nie wiem. Zrezygnowano z podrabiania lichego, częściowo już pożółkłego i zwietrzałego papieru. Teraz użyto bardzo dobrego, kredowego w typie matowej bieli, ograniczając się do symbolicznych wstawek pojedynczej żółtawej kartki tu i ówdzie. Całkowitej modernizacji  uległa zeszłowieczna robota introligatorska. Szarą, dość masywną oprawę kartonowo-płócienną zastąpiła barwna okładka, nie mniej solidna, oczywiście twarda, ważąca swoje, z nazwiskiem Tadeusza Bocheńskiego, tytułem „Gnomy staroindyjskie” i kwiatem lotosu na przedniej stronie, a fotografią i krótkim życiorysem polskiego autora na tylnej. Wszystko według projektu graficznego Tomasza Fronckiewicza. Kwiat lotosu jest motywem literackim, dzięki grafikowi również plastycznym, przewijającym się przez całą książkę. Piękna edycja. O takim wydaniu za życia ojciec nie mógł nawet marzyć.

Dziś wyprzedził prawdopodobnie  czas. Po dziesiątkach lat niebytu zaiste zmartwychwstał w całej kultowej okazałości danej zmartwychwstającym. Przypomina się Semele Eurypidesa, Henzego, Warlikowskiego i Doroty Krzywickiej-Kaindel . Ale ta archaiczna książka sanskrycko-polska, ani rozrywkowa, ani sensacyjna, ani szokująca, ani wysokonakładowa, ani tania, nie jest przecież ofertą na dzisiejsze czasy. Ignoruje wszelki współczesny  jarmark handlowy, kulturalny i polityczny. Można ją wprawdzie kupić w Internecie, jednak na tym jej najmniej zależy. Nie po to się ukazała. Brak jeszcze słowa, którym by można takie wydanie książki trafnie nazwać. Mówią „wydanie bibliofilskie”, co jest chyba najbliższe istocie zjawiska, choć tylko do pewnego stopnia.

Bibliofilska edycja, wykonana z rzucającym się w oczy pietyzmem dla indyjskiego oryginału sprzed wieków i dla przekładu na pozaczasowy metajęzyk polski tłumacza sprzed dziesięcioleci, wydaje mi się antycypacją  jakiegoś elementu literacko-książkowego przyszłości (jeśli, oczywiście, świat ma przyszłość i wcześniej nie spłonie). Pewien taki element będzie nadal istniał także po końcu kultury pisma. Książek, rzecz jasna, nie będzie się czytać, bo nikt nie będzie umiał poza specjalistami, badaczami i garstką wyrafinowanych smakoszy. Czytelnictwo, już obecnie zamierające, przestanie istnieć, ale kolekcjonerstwo tego czegoś literacko-książkowego, podobne do kolekcjonowania w poprzedniej epoce drogocennych obrazów, będzie udziałem elit. Już teraz popyt na produkty  bibliofilskie, jak „Gnomy staroindyjskie” w wydaniu Stowarzyszenia Żywych Poetów, jest niewielki, natomiast  koszt wyprodukowania, a zatem i cena sprzedażna odpowiednio wysokie. W przyszłości będą one stokrotnie lub tysiąckrotnie wyższe, jeśli ekonomia w ogóle przetrwa i ktokolwiek będzie jeszcze tak liczył. Ale ja, nieodrodny syn i uczeń swojego ojca-hellenisty, przygodnie tylko sanskrytologa, sądzę, że to przyszłe literacko-książkowe coś przetrwa pod nazwą wywiedzioną z greckiego biblio, bo te greckie pierwiastki mają twarde życie. Biblia, biblioteka, bibliografia, bibliofilia. Będzie jakieś biblio, po polsku jakieś książko-coś, biblio, którego przedsmakiem są „Gnomy” (w końcu też greckie słowo).

Ojciec zmartwychwstały ulatuje w przyszłość, ja spychany uporczywie w przeszłość, zostaję z nią w teraźniejszości.

blog III Jacka Bocheńskiego

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko