Wiersze tygodnia – Elżbieta Cichla Czarniawska

0
547
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


idąc wolnym krokiem

trudno uwierzyć
że twoje istnienie
jest już poza czasem
którym zwyczajnie wciąż jeszcze się karmię
ja –
zabłąkany podmuch wiatru
na strychu opuszczonego domostwa

myślę naiwnie
że odszedłeś na wieczność
a ona kiedyś się skończy
po niesłychanie długim trwaniu
i znowu będziemy razem
szczęśliwi

maluję sobą
niedorysowane widoki

ale przecież wieczność
to właśnie znaczy istnieć
poza czasem
z innego tu wymiaru ludzkie bytowanie
drugi świat
nie jest ani trochę podobny do tego
jaki pragnę zachłannie zatrzymać oddechem

na nic kalendarze i zegary
na nic nasza miłość

może więcej tam wiesz
i więcej rozumiesz niż ja
zamknięta jak małż w skorupie ciała
tak bardzo doczesnego
niebieskie regiony to dla mnie
przezroczysta kropla deszczu

co znaczy
być poza wszystkim
co znaczy być nie będąc?

trudno
naprawdę trudno uwierzyć
że doszedłeś wolnym krokiem
aż poza czas
i poza oczywistość

siedem opisów z pamięci
III

przywołuję tamten ociemniały czas
choć niebo wisiało czyste
jak szmaragd
i podejrzliwie spoglądały pierwsze gwiazdy

najpierw sanie sunęły cicho
między chałupami
potem okolica porośnięta świerkowym lasem
dalej już szliśmy sami
czuby zarośli wystawały ze śniegu
rzeka pod nami zastygła do dna

ojcze nie umieraj na tym pustkowiu
matka podawała mu drżącymi rękami jakieś krople
które zamarzały na wargach
porzuciła wszystko co miała
gdy wreszcie powiedział głucho: trzeba iść

koc szurgotał pode mną bałam się
że mnie zgubią że zostawią
płakałam w sobie nie wolno było płakać głośno
gubiliśmy i odnajdywali drogę na bezdrożu
tymczasem szmaragd zmienił się w czerń
gdzie jesteśmy? jak zdyszane zwierzę
wyczuwał ojciec ślady żołnierskim węchem

nareszcie znajome gorączkowe głosy
szybciej szybciej ślizgały się po lodowatej koleinie
skaczcie przez płot płaszcz na ciele matki
pęka czterdzieści stopni mrozu
styczeń rok czterdziesty nie zasypiaj
bo zaśniesz na wieki

obcy człowiek bierze mnie w ramiona
dobrze żeby spadł teraz śnieg mówi

ale dlaczego? niemal go nie słyszę
zasypiam na progu obcej chaty
spadam bez czucia w sobie
spadam w czeluść
duszno

——————–

po dziesiątkach lat
ciągle lecę w tę otchłań
obezwładniona parzącym zimnem nie jestem pewna
fikcji czy rzeczywistości
mrok rozlewa się jak obraz
namalowany w pustej czaszce
i nie schnący

nie zasypiaj bo zaśniesz na wieki


wszystko

czuje na skórze
lęk przed życiem
nerwowe stukanie pamięci

mózg otwiera się w pogoni
za szczęśliwym losem
ale tuż obok
zdefraudowane dzieciństwo
niezaspokojona młodość
dziki kwiat zabłąkany
na wysypisku śmieci

ostatni samolot czeka
na nic wypatrywanie
turbulencje niespodziewanych zdarzeń
piana obłoków

wciąga przepaść głębiny
góra wciąga przepaść
jest jak przewrotny uśmiech starca
który poznał na wylot
zatrute niespodzianki świata

góra łączy się z przepaścią

właśnie tak:
oślepiająca jasność światła
w pomarańczowym wnętrzu
dojrzałego owocu dyni
płomień skupionych ziaren
zapach nieba i ziemi

w piersiach drżenie
ostatnich sekund
błysk noża na pomarszczonej skórze

lęk śmierci który
suchym szorstkim językiem
wszystko zlizuje


zaproszenie

dostałam zaproszenie
na postój
żagwie już płoną
i rdzawo pełga cień

chrzęści ziemia
wypełniona stąpaniem czasu
kłębią się
bezpowrotne godziny

moja obecność
głosi ulotny świat pozorów
zmyślona pewność
rozpływa się jak sen
upragnione zwycięstwo pierzcha

czuję drżenie mięśni
dotkniętych lawiną lęku

przysłano mi zaproszenie
na wejście

jestem

więc muszę odejść


niepoprawni

zanim uniosą głowy
minie wiek palącego słońca
rozżarzone kamienie runą
do oceanów

co mówią zgorzałe ciała
wytrawione w śmiertelnych znakach?

opętany wiatr
przerzuca nad zapomnieniem
inskrypcje z krwi pisane na piaskach
drży ziemia smagana
biczem pomsty
spustoszone zasiewy

– Panie
głos twój niech przepłoszy ciemności
niech wznieci usychające źródła –

lecz stanie się jeszcze raz
że zechcą trwać w kurzawie stuleci
i jeszcze raz
i znowu

zanim uniosą głowy
błyśnie pod niebem
złowroga zieleń veronesa
trujące słowo
zwapniała nadzieja


głosy

wzywają mnie
szorstkie głosy świata
rozproszone
między narodzenie i odejście
między wielkość przebudzenia
i nicość zamilczeń

moje ciało próbuje się wydostać
z matni
ni to snu ni jawy
krwistoczerwone dni mijają bez śladu
noce głośne od muzyki świerszczy
zapominają o kochaniu

powoli lecz stanowczo
nadciąga chwila
bezpowrotnych nieobecności
odrętwiałych z wysiłku stóp
cieni ust całujących pustkę

tymczasem dobitne głosy świata
tężeją
narzucają swoje tempo
narzucają język ostry
jak mignięcie noża


w rozwidleniu nagich gałęzi
w zapachu traw i pustyń
w kredowych skałach i połysku mórz
w pożodze słońca w zgrzycie piasku
w gasnącym kwileniu mewy


w oddechu kobiet i mężczyzn
który tli się nad mapami stuleci

wzywają mnie szorstkie głosy
inne niż mój głos lecz takie same
przybliżam ucho

głuchnę


nagle inaczej


na gałęzi czystego marzenia
usiadła sowa śnieżna
i nagle
widzi inaczej

pobrużdżony pień sosny inaczej
smutek nieba inaczej
samobójczy skok wiewiórki inaczej
tajgi niepokoju inaczej

inaczej gorycz i radość

nawinięta na kruche kostki
przylutowana do danego jej czasu
zaplątana w tajemne zamiecie
snująca bezinteresowne trwanie
w zimnych ogniach miłości
zdawkowo przez świat darowanej

nadczuła sowa śnieżna
okruch materii ożywionej
wciąż pulsującą nadzieją

raz na zawsze porażona
bezgrzesznym pięknem złudzeń

wynikła z samej siebie
a może ze ślepych poświstów
kosmicznego wiatru
chimeryczna sowa
niepodległych w człowieku przestrzeni

takie Wszystko i Nic


***

moja sowa śnieżna
nie zważa na nic

trwa przycupnięta
na gałęzi czystego marzenia
i czyści pióra z prochu ziemi

nie imają się jej podmuchy
podstępnego wiatru
który nadlatuje
z otwartych na przestrzał
groźnych stron świata

ostrym dziobem
nakłuwa obszary wyobraźni
szuka

wie że życie
to
t y l e  i  w i ę c e j

ma swoje sposoby
na obłędne zawirowania czasu

potrafi wywieść w pole
stada pokus
obiecujących zbyt wiele
w środku próżnych jak bańki mydlane

dawno wzgardziła padliną
kłamliwych słów
nie dla niej świecidełka z tombaku

śmiało odróżnia
mądrość od przemądrzałości
dumę od pychy
bywa że schodzi do podziemia
w głębokie konspiracje zamilknięć

nie liczy na aplauz klakierów
nie daje się schwytać na przynęty

najchętniej pohukuje nocą
w ustałej ciszy
gdy na śniegu
tatuaż sosnowych igieł
a na szafirowych łęgach
jednorożec księżyca
zaś w królestwie pamięci
dostojne pochody
budowniczych świata:
znanych i bezimiennych
cichych i zbuntowanych karmicieli ducha

wtedy prostuje skrzydła
i w maswerk pół snu pół czuwania
wpisuje pazurkiem
swe żarliwe credo:

choćby wyrwali człowiekowi język
będzie mówił światłem

jeśli kocha


ruletka

jaki będzie za tysiąc lat
uporczywy ciąg zmagań człowieka
z rzeką niebem kamieniem?

może ze wszystkim wygra
tylko nie ze sobą

skuli się powietrze
wciąż pełne jego
zdyszanych oddechów
ostatni krok zawiśnie
nad szybem szaleństwa

wzburzony świat przeszyje
tajemniczy uśmiech
Wielkiego Krupiera


noc

ciemnieje tęczówka niebios
owoc czernią nabiega
jeszcze nie poczułeś prawdziwego smaku
już gorycz w ustach

godziny idą wytrwale na zachód
nie popędzaj ich nie płosz
tyle twojego

jest ani przedtem ani potem
ty pośrodku – sam

melodia wypełniona szumem obłoków
gaśnie
skąd ta natarczywość mroku
znaczona tropem śmierci?

wypędzony z raju czekasz zimnem wieje
wzbiera noc


staloryt perwersyjny

przemarznięta
ledwie ciałem półobecnym okryta
powierzam się podstępnym pieszczotom dnia

nie zgrzytaj nie trzeszcz nie popiskuj czasie
ty święty młynku do mielenia życia

nad lotniskiem rozsądku szaleją dziś furie
i moja bezwstydnie naga dusza
pęka co chwila z ostrzegawczym sykiem
z westchnieniem

nikt na to nie zwraca uwagi
wiatr zmienia kierunek

minuta ciszy


sprawy sporne

grzęzawiska wydarzeń przepaść życiorysów
tajemnice szczelnie zasklepionych sumień

pozornie jakby nic się nie działo
jakby nierzeczywisty choć alarmujący
przelot szerszeni
nad nieosłoniętą głową
tyle wiemy o sobie

reszta w półsennym rozedrganiu chwil
w podskórnych warstwach mrocznego dramatu
w dylematach rozstrzygnięć

prawdę prześwietli jedynie
rentgen Myśli
z innego wymiaru


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko