Krzysztof Kwasiżur – Elokwentny bełkot czyli krytyka krytyki II

2
594

W dobie Internetu, prywatnych blogów, własnych stron internetowych
i marzeń o sławie, czy mirze, jakim się cieszy – póki
co –
pozycja Krytyka, czy Recenzenta. Recenzenci każdej dziedziny sztuki wyrastają jak grzyby po deszczu, opisując filmy, książki, gry komputerowe, wydarzenia,  na własnych, albo cudzych stronach, czerpiąc przyjemność ze znalezienia swojego tekstu w intrenecie, a czasem i pieniądze. Nie baczą na to, że ich informacje są niefachowe, stronnicze lub nierzetelne i często dezinformują, zamiast informować.

Służba i brzemię

Przedsmak tego zjawiska miałem przy okazji przygotowywania tekstu dotyczącego filmu „Pod Mocnym Aniołem”. Wertując portale (nierzadko tematyczne, a więc dysponujące – zdawało by się – wyższym poziomem fachowości) napotykałem drastycznie sprzeczne informacje, czy wykluczające się opinie na  ten sam temat!
Nawet osoby ze środowisk opiniotwórczych (redaktorzy gazet, młodzi publicyści) wydają opinie na tematy, bez ich znajomości i bez zadania sobie trudu przygotowania się, czy zebrania chociaż opinii fachowców.
Przykładem tutaj niech będzie dziennikarz radiowy i publicysta – Grzegorz Chojnowski, który opiniuje w sprawie tomiku wierszy ks. Isakowicza-Zaleskiego.[1] Usiłując w swej recenzji opisywać utwory daje jednocześnie dowód, iż nie ma pojęcia o poezji i recenzowaniu wierszy.
W tym miejscu nie sposób zaprzeczyć L. Żulińskiemu, który w swym „Dekalogu dobrego recenzenta” uczulił na przygotowanie teoretyczne recenzentów.[2]
Ten jednak – jak się domyślam – swój Dekalog pisał nie po to, by nauczać, ale żeby ukazać, jak trudną sztuką jest Krytyka i by mu w drogę nie wchodzili. Poniekąd rozumiem, bo w dobie pojawiania się coraz to nowych domorosłych recenzentów i „krytyków-samorodków” jego obroty na pewno spadły.
Paweł Piotrowicz – dziennikarz, redaktor działu muzycznego w piśmie kulturalnym, wypowiadając się na temat filmu (nie książki) „Pod Mocnym Aniołem” W. Smarzowskiego w ogóle nie rozpatrywał merytorycznej wartości (czy też braku wartościowości) filmu, rozwodząc się nad domniemanymi błędami jakie poczynił reżyser – bez przygotowania teoretycznego to robił, mogąc co najwyżej rozwodzić się nad artystyczną wartością, a i to jako niczym nie wyróżniający się widz.
Ten klasyczny przykład na niekompetencję środowiska opiniotwórczego podaję nieprzypadkowo; gdyż liczne stanowiska potencjalnych widzów „nie pójdę na ten film, zbyt dużo zebrał negatywnych opinii” ktoś wylansował.
Nie twierdzę, iż krytyka nie powinna istnieć, bo na koniunkturę szkodzi, lecz  szkodzi niewątpliwie producentom tworów kiepskich i niepotrzebnych, które skrytykowane – pozbawione dopływu gotówki – same obumrą. Taka jest rola recenzji, czy krytyki.
A ta, która utrąca dobrze działające organy nie jest krytyką, a SZKODNIKIEM, bo zaburza w miarę sprawnie funkcjonujący mechanizm; dobre – poddane ocenie – pochwalone – konsumenci chętnie kupują, złe – poddane ocenie – napiętnowane – konsumenci nie kupują – nie ma pieniędzy na następny taki bubel.
Prosta zasada rynku? Tak, ale recenzent spełnia tu rolę próbnika, papierka lakmusowego i dopóki spełnia swe zadanie rzetelnie – całej paczce papierków lakmusowych nie szkodzi. Jeśli jeden nie wskazuje jak należy, to jest podejrzenie, że cała partia jest wadliwa. Stąd tak ważne jest, żeby krytycy swoją niewdzięczną robotę rzetelnie wykonywali.
Jeżeli recenzent, czy krytyk tej zasady nie rozumie – nie może spełniać podstawowej funkcji, którą mu wyznaczono (lub on sam sobie wyznaczył).
P. Coehlo w książce „Zwycięzca jest sam” pisał:
„Oto dewiza człowieka o wyszukanym smaku: znaleźć to, co najlepsze, a o czym inni nawet nie słyszeli”
. Zważywszy, że wybitnych jednostek jest około 10 % w skali całego społeczeństwa, wyszukiwanie tego, co najlepsze przypada w udziale tej małej części – smakoszy. To nobilitacja, ale i trudna służba.
Bo czytelnik, należący do tych 90 %, sięgając po recenzję książki chce się dowiedzieć czy warto ją przeczytać, czy poznać autora. Jeśli zaś przeczyta, że autor: „stał się łagodnym hedonistą i „lubieżnikiem życia”, nie zdradzając wszak Boga. Nie ryzykowałbym twierdzenia, że stał się konwertytą, a już nie daj Bóg heretykiem, lecz wypowiedział umowę ortodoksji kościelnej i klasztornej. W jego filozofii życiowej i poetyckiej zauważalny jest stoicyzm, poszukiwanie ładu i horacjański ze swych korzeni zachwyt nad wszelkim dziełem Natury.”[3] to od lektury recenzji odejdzie tak samo głupi, jak do niej przystąpił. Nie będzie zainteresowany recenzowaną książką, a co najwyżej upewniony o swoim dyletanctwie.

Elokwentny bełkot

            Tu, jak najbardziej wydaje się na miejscu spostrzeżenie Danuty Hasiak, która dostrzega powiększającą się przepaść pomiędzy „zwykłym czytelnikiem”,
a ludźmi należącymi do klanu profesjonalistów; poetów, krytyków, recenzentów, profesorów literatury. Wskazuje ona, że profesjonaliści operują hermetycznym językiem, zaciemniają poetyckie sensy, przestają zabiegać by teksty były  pisane  nie  tylko  dla  siebie  i  garstki  kolegów  po  piórze z tego samego pokolenia.
Zauważam, że nie idzie tylko o wiersze, ale i profesjonalne teksty odtwórcze, recenzje. Nie jest to zaskakujące, bo każda grupa zawodowa wykształca swój slang, ale niepokojące, gdyż narzędziem pracy i warsztatem jest właśnie JĘZYK, ergo – nie powinien być oderwany od rzeczywistości, niezrozumiały dla czytelnika!
Służebna rola krytyka, recenzenta nie powinna schodzić z pierwszego planu, gdyż w tym momencie staje się on TWÓRCĄ nowych wartości – wartości odkrywczych.
Tak rozumiane zajęcie recenzenta, czy krytyka staje się służbą i brzemieniem.
Autorzy piszący recenzje zdają się  prześcigać w wyszukiwaniu coraz bardziej elokwentnych (czytaj: pokrętnych) form przekazywania własnych opinii na temat utworu, książki, filmu innego recenzowanego dzieła licząc, że w niuansach języka zgubi się ich brak wiedzy fachowej, braki w nazewnictwie, czy zwykły brak empatii tak potrzebny w recenzowaniu np. poezji.
Niestety, czasem skutek jest odwrotny – przeładowanie tym pseudo-naukowym slangiem powoduje, iż uzyskujemy bełkot odstręczający i ogłupiający czytelnika.
Tymczasem powinniśmy zadać sobie pytanie: do kogo jest kierowana recenzja? Czy do fachowców, operujących tym samym językiem, czy do czytelnika, który przeczyta ją, ZROZUMIE i kupi książkę, którą uznaliśmy za wartą polecenia?
Aby wyjść poza  te ramy trzeba by przestać ograniczać własną wiedzę do wąskiego wycinka zainteresowań i rozszerzyć go o wycinek wiedzy NIEZBĘDNEJ do wypowiadania się.
Tu zgodzę się i przytoczę Leszka Żulińskiego, który w „Dekalogu dobrego recenzenta” pisał:
„Dobry recenzent powinien być profesjonalny i kompetentny. Co to oznacza? To sprowadza się do umiejętności recenzenta. Aby oceniać jakąkolwiek książkę, trzeba mieć wiedzę o literaturze. O jej historii i współczesności, o jej tradycji i nowatorstwie, o klasyce i trendach najnowszych. Dobry recenzent powinien także posiadać sporą wiedzę humanistyczną, pozaliteracką, np. z zakresu filozofii, mitologii czy historii sztuki. Powinien być oczytany, bowiem ocena recenzowanej książki musi pośrednio wynikać z ogromnego kontekstu porównawczego wobec wszystkiego, co przed tą książką powstało.”
[4]
Profesjonalizm jednak niekoniecznie musi się wiązać z maksymalną elokwencją, raczej z maksymalną prostotą, związaną z maksymalnym trafieniem w sedno sprawy. Nie popisywaniem się znajomością języków, błyskotliwością i umiejętnością nawiązań.

Potoczne rozumienie krytyki

            Oczywiście – nie powinno być tajemnicą dla nikogo, że encyklopedycznie „krytyka” to analiza i ocena dobrych i złych stron z punktu widzenia określonych wartości (np. praktycznych, etycznych, poznawczych, naukowych, estetycznych, poprawnych) jako niezbędny element myślenia.
Może dotyczyć wielu dziedzin np. nauki (krytyka naukowa), poprawności formalnej (krytyka logiczna), poprawności merytorycznej (krytyka merytoryczna czy krytyka empiryczna).
Jednak potoczne rozumienie tego wyrażenia jest bliższe „krytykanctwu”. W mowie potocznej wyraz krytyka oznacza zwykle wystąpienie (słowne lub pisemne) przeciwko jakiemuś zjawisku, osobie, faktowi lub sposobowi rozwiązania problemu i jest powiązane z negatywną oceną tych faktów.[5] Tak rozumiane pojęcie przybiera wydźwięk pejoratywny.
            Z kolei przeświadczenie, iż najważniejszym zadaniem krytyka i jego misją priorytetową jest wyszukiwanie talentów i promowanie ich kończy się zwykle tym, że znajdujemy recenzje słodkie niczym miód, albo antyrecenzje – prawie nic pomiędzy. Niewielu krytyków (w mojej ocenie mniej niż 10 proc.) potrafi napisać jasno, że książka nie jest zła, ale d… nie urywa?
A przecież wszyscy czytamy książki świetne, kiepskie i takie sobie…


[1] www.chojnowski.blogspot.com/2007/04/tadeusz-isakowicz-zaleski-wiersze.html (stan na dzień 15.03.2014)
 

[2] www.pisarze.pl/publicystyka/6273-leszek-zulinski-dekalog-dobrego-recenzenta.html (stan na dzień 15.03.2014)

[3] L. Żuliński, „Zielone wzgórza stoicyzmu”, 2013, www.pisarze.pl/recenzje/6401-leszek-zulinski-zielone-wzgorza-stoicyzmu.html (stan na dzień 02.04.2014 r.)
 

[4] www.pisarze.pl//publicystyka/6273-leszek-zulinski-dekalog-dobrego-recenzenta.html (stan na dzień 26.04.2014 r.)

[5] „Mała Encyklopedia PWN. A-Z”, praca zbiorowa pod redakcją: M. Sajko, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, 2000, ISBN: 83-01-13971-4

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. Niemożliwe się nie zgodzić. Czytelnik szuka rzetelnej informacji o książce i autorze, gdy wybiera coś do czytania albo kupienia.
    Autorowi zaś ciepło na sercu jak go chwalą. Jednak na początku kariery pisarskiej chciałby przejść uczciwe sito krytyki (chyba w wydawnictwie nie muszącym na siebie zarabiać), żeby wiedzieć, czy już jest prawdziwym (lub prawdopodobnym) pisarzem – oczywiście w ujęciu bardziej opisowym niż “świadectwo mistrza rzemiosła”. A później też chce wiedzieć, czy to co pisze jest dobre. Chce mieć satysfakcję. Najwyżej się obrazi. No, nie chodzi o obrazę, ale o rzetelną krytykę. To chyba trudne, ale nie niemożliwe.

  2. Nie mam stuprocentowej pewności (na szczęście), ale moim zdaniem mówimy tu o pokoleniu twórców dotkniętym piętnem “makdonaldyzacji”, która swoje piętno odcisnęła (i odciska) nie tylko na długości utworów i jakości.
    Twórcy ci (dziś dwudziestopięcio-trzydziestolatkowie) nie tylko szybko chcą zakończyć pracę nad utworem, ale SZYBKO OTRZYMAĆ NAGRODĘ w postaci satysfakcji. Nie chcą przebywać tej całej, żmudnej drogi, którą przebyli ich poprzednicy!
    Drugi aspekt Pani wypowiedzi – Pani Krystyno – to zdobywanie “świadectwa mistrzowskiego”.
    Pamiętam dokładnie jaki ogromny wysiłek włożyłem w zdobycie dwóch recenzji na okładkę mojego pierwszego tomiku, które zażyczył sobie wydawca, ale mam też świadomość ile dało mi samo ich ZDOBYWANIE, zawieranie znajomości, i tp.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko