Jacek Bocheński – Wykształcenie

0
378

Aby wyrównać dług, trzeba wyrównać wiek – mój i profesora Pisarka. On musi mieć piętnaście lat i ja piętnaście. On dziewiętnaście i ja dziewiętnaście. Na początek miejmy piętnaście.

O nim wiadomo: jest uczniem w roku 1946, według oskarżenia „nielegalnie posiada broń” i zakłada „grupę konspiracyjną”. Idzie do więzienia. A ja?

Ja się uczę, gdy mam piętnaście lat w roku 1941. Jest środek wojny. Nie uczę się w gimnazjum, do którego powinienem chodzić, bo gimnazjów nie ma, gdyby kto nie wiedział, jest okupacja niemiecka i Generalne Gubernatorstwo (Generalgouvernement fur die besetzten polnischen Gebiete). Uczę się w domu ojca z przedwojennych podręczników gimnazjalnych. Przeważnie sam.

Ponieważ ojciec jest filologiem klasycznym, w nauczaniu dominuje filologia klasyczna. Już drugi rok mam z ojcem regularne lekcje greki, z łaciny tylko co pewien czas kontrolne. Zdążyłem ją dostatecznie opanować. Czytam samodzielnie autorów rzymskich, wtedy chyba „Eneidę” Wergiliusza, i usiłuję przełożyć na polski mowę Cycerona „W obronie poety Archiasza”. Ale przekład jest niedobry, bo naśladuję bezkrytycznie język ojca, co wygląda na archaizację, zupełnie inaczej niż w książkach o starożytności, które kiedyś napiszę. Wpływ nauk ojca pozostanie kolosalny, ukształtują mnie one raz na zawsze, ale przepuszczę je przez osobisty filtr estetyczny  i poglądowy. Nie ograniczy się to do języka. Spróbuję przekładać całą starożytną rzeczywistość na współczesność. Zamiast archaizacji będzie modernizacja.

Tak będzie, ale teraz jest rok 1941 w Zakopanem. Ojciec siedzi przy biurku w spodniach uszytych z koca. Krawiec, który po znajomości uszył mu spodnie, powiedział, że to „fajne spodniki”, i ojciec tak je potem nazywa: spodniki. Siedzi więc przy biurku w tych spodnikach i w grubej, zimowej kurtce z wojłoku. Ja też mam jakąś taką. 

Mróz daje się  mocno we znaki. Brak pieniędzy na wszystko, również na opał do solidnych, przedwojennych pieców kaflowych na węgiel lub nieźle grzejące drewno bukowe. Wystarczyć musi blaszany piecyk na trociny. 

Latem każą mi zbierać w Księżym Lesie suche gałęzie. Będzie się nimi palić pod kuchnią. Ale ja wiem, że już wszystkie gałęzie do najmniejszego patyka są stamtąd wybrane. Wpadam na inny pomysł. Widziałem w reglu leśnym nad Doliną Strążyską liczne młode buki, niektóre zeschłe. Biorę z piwnicy siekierę i tam idę. Wiem, że nie powinienem. Las jest nietykalny, tatrzański. Ale kawałek dalej Niemcy zarządzili wycinkę i ogołocono z drzew całe zbocze. 

Mam zamiar wyrąbywać tylko te zeschłe buki. Jednak w pewnej chwili zaczynam rąbać, co popadnie, bo zeschłych okazuje się za mało. Jestem spocony i niemiłosiernie tną mnie końskie muchy. Swój urobek muszę ściągnąć na dół i ukryć. Będę przez kilka dni tu wracał i te haniebne prace powtarzał, aż uzbieram dość wielką stertę paliwa. Liście łopianu w Dolinie Strążyskiej są świadkami mojego przestępstwa milczącymi wielkodusznie po dziś dzień. 

Nie pamiętam już zupełnie, jak transportuję swoją zdobycz do domu, chyba czymś na kółkach i nie całą naraz. Nie wiem. Zaszło to mgłą. Wiem, że naostrzoną w piwnicy siekierą rąbię jeszcze te bukowe drągi na pieńku przed domem i porąbanymi szczapami zabudowuję po góralsku ścianę pod oknami gabinetu ojca (mówi się “pracowni”). On to zauważa i jest zadowolony. Tyle opału się znalazło! O nic nie pyta.

Ale, ale… Przecież łapie mnie góral w zielonym uniformie. Zapijaczony  gajowy z czerwonym nosem. A ja wiozę z leśnego regla jakieś drwa. Na sankach. On mi te drwa i te sanki konfiskuje. Kiedy to się dzieje? Bo przecież nie latem. Nie pamiętam. Nie wiem. Ale sanki odzyskujemy. Drew nie. Kto pertraktuje z gajowym? Ojciec?  Nic nie pamiętam.

Ojciec sprowadza wtedy nie wiadomo skąd pisane tajemniczym alfabetem teksty w języku sanskryckim i literaturę o sanskrycie. Greka schodzi na drugi plan. Akustycznie nawet . Zamiast rytmu aorystów i zaskakująco brzmiących reduplikacji greckiego perfectum, których się uczę na lekcjach w pracowni, słychać tam niekiedy sanskryckie głoski-prychnięcia: „h”, „bh”. Ojciec sam się jeszcze uczy. Głównie jednak pisze i już przekłada poezje staroindyjskie na swoją indywidualną polszczyznę.

Jacek Bocheński – blog III 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko