Leszek Żuliński – Wspomnienia weterana (8) – Nowa kultura

1
579

            Co ja na co dzień robię? Ja na co dzień czytam i piszę. Bo muszę, bo sam się wpakowałem w tę pisaninę. Obecnie mam stałą współpracę z Pisarzami.pl, Latarnią Morską, Salonem Literackim i Gazetą Kulturalną. Cenię sobie także nieregularną współpracę z miesięcznikiem „Twórczość”. Bohuś Wrocławski, Lech Jakób, Dorota Ryst, Andrzej Dębkowski i Leszek Bugajski „wzięli mnie w najem” – dobrodzieje! U Dębkowskiego to chyba swój rekord pobiłem – tam zamieściłem już ponad 170 felietonów pod nazwą „Mniej więcej”, ale sedno w tym, że „Gazeta Kulturalna” jest miesięcznikiem, więc sobie policzcie” od jak dawna tam rezyduję. A przecież zdarzają się także teksty nieregularne wsadzane tu i tam, czyli „gdzie popadnie”.

            Zawsze o godzinie 17.00 włączam TV i myślę: „co ja tu robię?”. Ten świat medialny jest jakiś taki nie mój. Owszem, kumam o co im biega, jednak nadziwić się nie mogę. Tak czy owak ONI są codziennie na topie, a MY w jakimś rezerwacie. A jakże byłoby to piękne, gdyby np. Lech Wałęsa albo Mateusz Morawiecki przysłali Wrocławskiemu swoje wiersze. Ha!

            Ilu to już poetów wzdychało: co ja tu robię? I z powrotem zamykali się w kokonie poezji. Poniekąd piękny to odruch, lecz w jakiejś mierze outsiderski. Ale jakie jest wyjście? Chyba tylko jedno: stać na poboczu – właśnie w swym własnym miejscu. Czy to jest dezercja? Nie, to jest wybór i nie ośmieliłbym się go kontestować.

            My, poeci, pisarze, krytycy i tak nie chowamy się w żadnych chaszczach. Przecież na co dzień siedzimy w pracy, mamy rodzinę, dyskutujemy w gronie przyjaciół. Czuwamy nad naszym marnym kontem w banku. Ale zestawcie nas z politykami – to są przecież dwa różne światy. I to wcale nie jest żadna polska przypadłość. Zapewne w każdym kraju są podobne podziały i „gildie” osobowościowe.

            Świat bez artystów byłby chyba czymś strasznym. Mimo że stoimy „na drugim planie”, to „nasze plecy” są jak piękna dekoracja w teatrze. Poeci, pisarze, muzycy, malarze to cudowna wisienka na torcie codziennej rzeczywistości. Trzy czwarte tej rzeczywistości to biznes i polityka. Większość naszego społeczeństwa żyje w kieracie pracy i behaviorze pragmatycznym. Co? Że niby książki ktoś kupuje, że w teatrach i salach koncertowych jest publiczność? Ależ to tylko jedna czwarta społeczeństwa (jeśli nie mniej). A ona, jeśli nawet czyta książki, to nie są to nasze książki tylko tzw. czytadła.

            Tak zawsze było i tak zawsze będzie. Powinniśmy się oburzać? No to się oburzajcie, ale niczego nie wskóracie. I tak jakiś postęp ma miejsce. Na przykład inteligencja przedwojenna była mniejsza od inteligencji obecnej (co nie znaczy, że gorsza; może nawet lepsza). Literaturę dwudziestolecia przedwojennego mieliśmy znakomitą. Ale czy na przykład Gombrowicz był masowo czytany? Czy masowo czytany jest obecnie?

            W ogóle to nie ma co marudzić. Jest, było i będzie tak jak jest. Niemniej kwestia tzw. kulturowości wciąż przechodzi swoje ewolucje. Prawdopodobnie wszystko to będzie zmierzać w stronę pragmatyzmu społecznego. Może będzie narastać popyt na tzw. czytadła, może biblioteki, filharmonie, teatry będą niszą? A teraz nie są?

            Z mojego – czyli tetryka – punktu widzenia sprawy te mają się niepokojąco. Ale zawsze tak było: starsi „konsumenci kultury” marudzili na „nową kulturę”. A owa „nowa kultura” była pewna, że wnosi coś nowego. I to jest prawda: nowe to nowe!

            Więc odwołuję cały ten wpis. A za kilka lat moje wnuki wyjaśnią mi, że wcale nie jest aż tak źle.

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko