Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
390

Empire Comics

„Kompozycja była naturalna, prosta i nowoczesna. Dwie postaci, okrągłe podium biało-niebieski skrawek nieba. Te postaci miały ciężar i masę. Skrót perspektywiczny lecącego ciała Hitlera był odważny i trochę dziwny, ale na swój sposób przekonywujący. (…) Przede wszystkim jednak przyjemność, którą dało Joemu to brutalne pobicie, była intensywna, trwała i dziwnie katartyczna”. Ten opis fragmentu komiksu, w którym Eskapista, bohater pozytywny, ktoś z w rodzaju Supermana czy Batmana, zadaje cios Hitlerowi, dotyka esencji tej wspaniałej powieści, która w fundamentalnej warstwie jest opowieścią o gigantycznym pod każdym względem, mitotwórczym fenomenie kultury amerykańskiej, jaką był ów gatunek, zwany u zarania „powieścią graficzną”. To, co uderza od samego początku lektury „Niesamowitych przygód Kavaliera i Claya” Michela Chabona (rocznik 1963, bogaty, często nagradzany dorobek pisarski), to przepych językowy, gęstość tej prozy, jej zmysłowość, soczystość, naoczność, konkretność fragmentami krańcowo detaliczna, fotograficzna, to polifoniczne bogactwo wątków, sytuacji i postaci. Przed wyobraźnią czytelnika akcja tej powieści przesuwa się niczym taśma filmowa, a może lepiej powiedzieć zgodnie z duchem ksiązki: jak wartki komiks. Rozpoczynająca się w 1939 roku historia dwóch żydowskich przyjaciół – Żyda amerykańskiego oraz imigranta z Europy, z czeskiej Pragi (pretekst do wprowadzenia do powieści wątku mitycznej figury Golema, obrońcy getta żydowskiego przed zagrożeniami), którzy postanowili dołączyć do „Empire Comics”, biznesu, jakim był gigantyczny przemysł wydawniczy produkujący komiksy, ulubiony gatunek milionów Amerykanów. Akcja powieści usytuowana jest w okresie II wojny światowej, ale tak naprawdę tworzy ona historię kulturową zaoceanicznego społeczeństwa w tamtej epoce, historię będącą przede wszystkim obrazem uniwersum kultury masowej, pop-kultury, bo to ona stanowiła i do dziś stanowi jedno z mentalnych źródeł cywilizacji amerykańskiej. To – w ogólności, bo w szczególnej warstwie komiks, tworzony zazwyczaj przez wydawców i twórców żydowskiego pochodzenia, stał się, poprzez swoje wolnościowe treści ważnym instrumentem amerykańskiej asymilacji ich samych oraz ich publiczności czytającej. Do pewnego stopnia dokonało się to z konieczności, z powodu braku dostępu do innych, bardziej intratnych branż kultury masowej. W zalewie czy plątaninie wątków i postaci zapełniających tę powieść można się nawet fragmentami zagubić, stracić narracyjny trop, ale nie sposób prześlepić licznych kulturowych, erudycyjnych wątków, którymi naszpikowana jest ta przygodowa, choć pastiszowo (na co wskazuje sam jej pastiszowy tytuł), ale także obyczajowa w swojej zasadniczej konstrukcji powieść. Jako się rzekło, „Niesamowite przygody…” opowiadają o fenomenie amerykańskiej kultury masowej i procesach osmozy, dzięki którym wkraczała w amerykańską codzienność. Jest w niej jednak także fragment dotykający zjawiska stykania się kultury masowej z niektórymi warstwami kultury wysokiej. Mówi o tym wątek, w którym pisarz wspomina, jak na  sposób tworzenia komiksów przez tytułowych bohaterów powieści wpłynął, niczym grom z jasnego nieba, wstrząs estetyczny wywołany obejrzeniem arcydzieła sztuki filmowej „Obywatela Kane” Orsona Wellesa. W misterną tkankę powieści Chabon wplótł też, poza krótkimi sylwetkami niektórych bohaterów komiksów, którym poświęca fragmentami niemal naukowe, opisowo-poglądowe passusy dotyczące m.in. ewolucji estetycznej gatunku) – okruchy uniwersum kultury popularnej i amerykańskiego folkloru, przywołując m.in. słonika Dumbo czy bohaterów amerykańskiego folkloru, Bunyana, Johna Henry czy Pecos Billa. Nie ma co prawda odwołań do literatury amerykańskiej, ale czytając „Niesamowite przygody…” nie mogłem uwolnić się od asocjacji z prozą Marka Twaina, Erskine’a Caldwella,  Williama O’Henry, Johna Cheevera, Thomasa Pynchona, Johna Bartha, Johna Irvinga, Curson McCullers, Mary McCarthy, Saula Bellowa, Raymonda Chandlera i innych, ale także z prozą takich autorów europejskich jak Milan Kundera, Bohumil Hrabal, Jozef Skvorecky. Cofając się głębiej w czasie można by nawet dotrzeć do skojarzeń z prozą n.p. XVIII-wiecznego pisarza Henry Fieldinga i w ogóle tradycją powieści łotrzykowskiej, głównie angielskiej, ale do pewnego stopnia także francuskiej czy hiszpańskiej. Jednak tradycja prozy gęstej, mimetycznej, realistycznej, nasyconej konkretem w opisie, naocznością, fragmentami naturalistyczną, to przede wszystkim tradycja anglosaska (angielska i amerykańska), ale także choćby czeska. W innych prozach narodowych, takich jak francuska, niemiecka rosyjska czy polska, choć w każdej na inny sposób, ten modus pisania jest słabiej i mniej licznie obecny, co nie znaczy, że nieobecny w ogóle, ale to już temat na inny tekst. Przywołując te asocjacje nie sugeruję bynajmniej naśladowczego charakteru prozy Chabona. Ów przywołany wyżej modus pisania, ten rodzaj obrazowania, stylistyki, konstrukcji, etc. stanowi po prostu „DNA” prozy tego kręgu kulturowego, charakterystycznym wyrazem anglosaskiego empiryzmu. Kiedy przed lekturą „Niesamowitych przygód…” zapoznałem się z wydawniczym folderem informacyjnym, z pewną dozą nieufności i niedowierzania, co jest chyba nieuchronną reakcją starego, doświadczonego czytelnika, przyjąłem ekstatyczne komplementy zacytowane z prasy amerykańskiej. Okazało się, że byłem w „mylnym błędzie”, jak mawiał pewien mój znajomy. Już pierwsze sto stron lektury „Niesamowitych przygód..” uświadomiły mi, że mam do czynienia z prozą wybitną, kunsztowną, niebywale bogatą stylistycznie, frazeologicznie i leksykalnie, pełną rozmachu, operującą bogactwem tonów, od dramatycznego po finezyjnie humorystyczny. Wszystkie te walory w sposób kongenialny oddał tłumacz, Piotr Tarczyński. „Niesamowite przygody…”. To wielowarstwowa proza dla każdego czytelnika, od zwykłego poszukiwacza zajmujących opowieści i przygód, po wyrafinowanego amatora powieści erudycyjnej, „kulturowej”.

Michael Chabon – „Niesamowite przygody Kavaliera i Claya”, przekł. Piotr Tarczyński, wyd. gwfoksal ( WAB), Warszawa 2019, str. 798


Ile Kafki w Kafce

„Franz Kafka (1883-1924) to bez wątpienia jeden z najmniej znanych twórców literatury dwudziestego wieku” – to zdanie otwierające posłowie autorstwa Łukasza Musiała, tłumacza tego zbioru, może w pierwszym momencie wydać się niczym więcej niż tylko retorycznym paradoksalnym konceptem, a jednak jest inaczej. Kafka, choć tak obficie wydawany od dziesięcioleci jest naprawdę pisarzem mało znanym, a może raczej należałoby napisać – znanym „inaczej”. Ten bowiem kształt jego prozy, który znamy lub poznać możemy, jest dziełem jego przyjaciela Maxa Broda, który „przerobił” spuściznę Kafki zapewne w przekonaniu, że podana czytelnikom w wersji sauté byłaby trudna w odbiorze, a może nawet nieprzyswajalna, z powodów zresztą bardzo różnych, od niestarannej formy tekstów (słownictwo, interpunkcja, brak tytułów) aż po ideowo-artystyczną wymowę utworów. „Aby stać się klasykiem, Kafka musiał zatem, jak wielu uważa, najpierw przejść przez „kuchnię” Maxa Broda” – zauważa Musiał i dodaje, że dopiero po latach wydawcy zdecydowali się na wydawanie nie dotkniętych ręką Broda utworów Kafki w edycjach krytycznych. W konsekwencji tych przetworzeń, a także translacji dokonywanych przez wielu tłumaczy (od Bruno Schulza, tłumacza pierwszej polskiej edycji „Procesu” począwszy) pojawiały się kolejne „wersje” prozy Kafki, które Musiał nazywa nawet Kafką 2, 3, 4, 5. Można by rzec, że Brod i jego następcy przysposabiający prozę Kafki do publikacji swoimi zabiegami translatorskimi, selekcyjnymi, redakcyjnymi, rudymentarny, pierwotny kształt prozy Kafki utaili, zasłonili przed czytelnikami. Jednak tytuł zbioru, do którego tu się odnoszę, „Prozy utajone”, bierze się z czegoś jeszcze. Trzy części składające się na tom w znacznej części zawierają utwory nie znane dotąd polskiemu czytelnikowi lub po raz pierwszy zostały podane w pierwotnym kształcie. Pierwsza część zawiera kilkanaście opowiadań „fikcjonalnych”, część druga dziennik 1909-1912, a część trzecia tzw. „konwolut 1920, zaskakujące i po raz pierwszy podane w tej formie zapiski Kafki. Jak nietrudno zauważyć, tłumacz i autor posłowia mało miejsca poświęcił problematyce samej prozy Kafki, koncentrując się na kwestii sposobów udostępniania jej publiczności czytającej. Taki jednak był zamysł tego tomu i bardzo dobrze, bo nad tą kwestią większość czytelników Kafki prawdopodobnie rzadko się zastanawiała i zastanawia, poprzestając na prostej informacji, że Max Brod ocalił spuściznę Kafki przed unicestwieniem (wbrew woli Kafki) i tak po prostu ją podał do publikacji. Świadomość, że to, co do tej pory czytaliśmy jako „Kafkę”, jest tylko jedną z wersji tej prozy, powinna  jak myślę, stać się częścią świadomości każdego świadomego czytelnika prozy Franza Kafki.

Franz Kafka – „Prozy ukryte”, wybór, przekład, posłowie Łukasz Musiał. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 351, ISBN 978-83-66272-19-4


Analityk mrocznej strony

Jego najsłynniejsze opowiadanie, „Rashomon”, zostało rozsławione w świecie przez film Akira Kurosawy (1950). Poza tym Akutagawa Ryunosuke (1892-1927) pozostaje do dziś w cieniu sławnego noblisty Kawabaty Yasunari, Tanizakiego Jun’ichiro, nie mówiąc już o sławnym Yukio Mishimie. Do tej listy największych pisarzy XX-wiecznej Japonii warto dodać jeszcze Moriego Ogaia i Natsumo Soseki, by może jeszcze mniej znanych niż Akutagawa. Istotę idei artystycznej tych kunsztownych opowiadań nie jest łatwo uchwycić. Nie łączy ich żaden charakterystyczny, łatwy do wyodrębnienia leitmotiv, problematyka. Nie są te opowiadania zgrabnie skonstruowanymi nowelami, opowiastkami z klarownym zawiązaniem akcji, jej rozwojem i zakończeniem dobitną puentą. I choć Akutagawie kultura i tradycja europejska (w tym oświeceniowa) była bardzo bliska (studiował filologię angielską), to jego opowiadania nie mają nic wspólnego konstrukcyjnie ze zwartą, precyzyjną, zamkniętą jak w pudełku strukturą opowiadań takiego choćby Maupassanta. U Akatugawy puenty można szukać w różnych miejscach, czasem jej nie ma, a czasem całe opowiadanie jest puentą. Nie tworzą też te opowiadania monolitycznej struktury tematycznej czy środowiskowej, przeciwnie, opowiadają o zjawiskach, zdarzeniach bardzo od siebie odległych, każde tworzy odrębny świat. Choć zewnętrzna faktura opowiadań Akutagawy jest realistyczna, to uderza w nich podskórny nastrój niepokoju, lęku, rozpaczy, dziwności (n.p. „Nos”, niezwykłe opowiadanie w którym można by się dopatrzeć dalekiej inspiracji „Nosa” Gogola), rozterek miłosnych. Czuje się w tym wszystkim wspomnianą psychiczną aurę człowieka chorego psychicznie i zmierzającego jak się okazało, do samobójstwa. Akutagawa śledzi pęknięcia i mroczne strony ludzkiej natury, w tym natury własnej, która przynosiła mu, obciążonemu chorobą psychiczną, rozległe cierpienia duchowe. Na koniec petitem: skoro tłumaczka i autorka posłowia Katarzyna Sonnenberg-Musiał sporo miejsca poświęciła przywołanym wyżej filiacjom japońskiego prozaika z literaturą europejską, to pozwolę sobie na kaprys sformułowania małego konceptu i szukając, w trybie intelektualnej zabawy, na szukanie najbliższego pokrewieństwa dla Akutagawy, pozwolę sobie nazwać go japońskim Kafką, tym bardziej, że należeli właściwie do tego samego pokolenia (Kafka był o 9 lat starszy i zmarł 3 lata przed Akutagawą). A już zupełnie na serio: choć byli rzecz jasna odrębnymi indywidualnościami pisarskimi i odległymi planetami na firmamencie literatury, to między ich „modernistycznymi” niepokojami, lękami, kompleksami, obsesjami, skrajną delikatnością i nadwrażliwością istnieją uderzające podobieństwa i temu nie sposób zaprzeczyć.

Akutagawa Ryunosuke – „Koła zębate”, przekł. Katarzyna Sonnenberg-Musiał, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 357, ISBN 978-83-66272-23-1


Wszystko jest we wszystkim

Gdyby to ode mnie zależało, zatytułowałbym ten tom esejów Rogera Callois nie słowami „Odpowiedzialność i styl”, lecz „Różnorodność i styl”. Wraca ów tom do polskiego czytelnika po 52 latach (1967) od pierwszego wydania, czyli de facto do czytelnika, poza nielicznymi wyjątkami, już nowego. A że tak jak wtedy, w ich styl i różnorodność właśnie wprowadza czytelnika w słowie wstępnym krytyk-mistrz nad mistrze, nieżyjący już niestety Jan Błoński, więc chytrze korzystam z okazji by w pierwszym rzędzie za jego pośrednictwem przedstawić pokrótce tom Callois. Błoński zwraca uwagę, że Callois patrzy na dzieło literackie nie tylko poprzez kategorie estetyczne, ale także jako na „dokument etno- czy socjologiczny”, co, nawiasem mówiąc, czyni go przynajmniej do pewnego stopnia kontynuatorem Hipolita Taine.  Sprawia to, że jego, Callois, eseistyka nie jest „czystą” gatunkowo, jednorodną krytyką literacką, lecz obejmuje liczne dziedziny humanistyki, a nawet nauk przyrodniczych (eseje „Modliszka”, „Skrzydła motyle”).W pierwszych słowach zwraca Błoński uwagę na „niezmożoną ciekawość” Callois, a jego spojrzenie określa jako poetyckie, rozumiane jako odkrywanie w „szczelinach i zakamarkach rzeczywistości niezrozumiałości istot i zjawisk”. Callois, jak na Francuza przystało, jest z definicji racjonalistą, ale to nie jest racjonalizm płaski, bierny, konserwatywny, nie dopuszczający niczego, co nie jest zgodnie ze z góry przyjętym założeniem. To racjonalizm nieustannego zdziwienia, zaciekawienia, uwzględniającego wątpliwości, szaleństwa, urojenia, słowem całą tę sferę, od której „klasyczni” racjonaliści często się odwracają, bywa że z lekceważeniem.  Jednak racjonalista Callois nie mógłby być innym ze swoją „ciekawością dziwaka i kolekcjonera, erudyty rozsmakowanego w tym, co rzadkie i niewytłumaczalne”, co jest „wysoką grą intelektualną” (które to cechy, nawiasem mówiąc, łączą go w podobieństwie z polskim mistrzem eseju Janem Gondowiczem, a zwłaszcza z jego prezentowanym ostatnio w tej rubryce tomem „Czekając na Golema”). Ten sceptyczny racjonalizm Callois nie powinien jednak dziwić, jako że Francja, ojczyzna racjonalizmu, jest także ojczyzną nadrealizmu, a i romantyzm, określany przez niego jako „bunt przeciw rzeczywistości”, znalazł tu swoje obywatelstwo, acz w postaci mniej szalonej i mniej nieokiełznanej niż frenetyczny romantyzmu polski, czerpiący podstawowe tworzywo z bagien i ostępów leśnych Litwy i Żmudzi. To fascynacja, typowa dla umysłów bogatych w sprzeczności, opozycjami: racjonalizm-irracjonalizm, rozum-szaleństwo, Romantyzm-Oświecenie była zapewne u źródeł pasji z jaką Callois zajmował się „Rękopisem znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego, któremu poświęcił jeden ze szkiców niniejszego tomu. Poza tym esejem, w tomie tym wyróżniłbym jeszcze cztery. Po pierwsze „Od baśni do science-fiction”, rodzaj krótkiej, błyskotliwej historii ewolucji gatunku literackiego, który zwykło nazywać się fantastyką, czasem opowieściami niesamowitymi czy opowieściami grozy. Była to ewolucja od prastarej formy baśni, zrodzonej w czasach sprzed ujarzmienia przyrody przez człowieka, poprzez XIX wiek, gdy ówczesny kształt fantastyczności czy niesamowitości polegał na tym, że w postaci tajemnicy, dysonansu, zaskoczenia, zagadki wkraczała ona szczelinami w świat uformowany przez Oświecenie, a po nim Pozytywizm, aż po współczesne science-fiction, w które wnosi, uformowany w różne odmiany, lęk przed zagrożeniami ze strony radykalnie ztechnologizowanego świata. Esej „Paryż, mit współczesny”  przywołał mi z pamięci piękny esej Czesława Miłosza o Paryżu, „mieście-potworze”. W tym mieście Callois widzi ucieleśnienie mitu współczesności w ogóle, której cechy Paryż jakby, do pewnego stopnia, jako pars pro toto, wyraża. Callois twórców mitu Paryża widzi przede wszystkim w takich pisarzach jak Balzac, Hugo, Dumasowie, Eugeniusz, Sue, Lautréamont, Baudelaire, Ponson du Terrail. Sam dodałbym dziesiątki jeszcze nazwisk, bo można by cofnąć się choćby n.p. do Restifa de la Bretonne czy Sebastiana Merciera, a z późniejszych dodać choćby Anatola France („Historia współczesna”) czy Louisa Aragon („Wieśniak paryski”). Znalazłem w tym eseju passus dotyczący zagadnienia, które zawsze mnie fascynowało, a mianowicie pytanie o adekwatność mitycznego obrazu Paryża wyłaniającego się z literatury (głównie). Jednak zarówno moje uwagi, paryżomana, ale jednak nie paryżanina, przynajmniej z nie urodzenia, choć może trochę z ducha, jak i uwagi innych cudzoziemców „na paryskim bruku”, właśnie z racji tej zewnętrzności uważałem zawsze za niewystarczająco uprawnione. Sprawiło mi więc satysfakcję, że Francuz i paryżanin z krwi i kości w istocie rzeczy potwierdził moje intuicje, pisząc: „istnieje (…) pewne fantasmagoryczne wyobrażenie Paryża, a ogólniej biorąc, wielkiego miasta, tak silnie ujarzmiające wyobraźnię, że nikt nie zastanawia się, czy jest wierne, wyobrażenie zrodzone z książek, tak jednak rozpowszechnione, że przeniknęło do ogólnej atmosfery umysłowej i zaczęło wywierać pewien przymus. Są to, jak wiemy, cechy wyobrażenia mitycznego”. Różne nazwiska pisarskie i tytuły przywołuje  w tym eseju Callois, ale na koniec lektury najsilniej w pamięć wpisuje się „wizja pogrążonego we śnie ogromnego miasta, nad którym gigantyczny Fantomas w masce, starannie ogolony, we fraku i w cylindrze, wsparty nogą na jakiejś budowli, wyciąga wszechmocną dłoń, w pozie, jaką wszyscy zobaczą później na okładkach pism ilustrowanych”. I wreszcie po czwarte, esej o powieści kryminalnej, czyli, zgodnie z brzmieniem podtytułu, opowiadającej o tym, „jak intelekt opuszcza świat, aby oddać się grze, i jak społeczeństwo wprowadza z powrotem swe problemy w igraszki umysłu”. Podobnie jak pozostałe, to esej wielce błyskotliwy, choć być może ze wszystkich pozostałych najbardziej nadgryziony w swej aktualności zębem czasu, jako że gatunek powieści kryminalnej akurat, w porównaniu – paradoksalnie – z fantastyczną, uległ najdalej idącym przetworzeniom, co sprawia że zacytowana wyżej jej definicja sprzed ponad pół wieku, chyba nie jest już w tym stopniu aktualna.  Poczytwszy o powyższych tematach, z dodatkiem eseju o Lautréamoncie, możemy przejść do drugiej części tomu, poświęconej bardziej już abstrakcyjnym zagadnieniom sztuki poetyckiej i kwestiom estetycznym („formy”, „piękno”, „sztuka”). Ale to już problematyka na inną okazję, bardzo hermetyczna. Najpierw poczytajcie o baśni, fantastyce, science-fiction, o micie współczesnym Paryża, o „Rękopisie znalezionym w Saragossie” i o powieści kryminalnej. Następnie odpocznijcie i dopiero wypoczęci zajmijcie się kunsztownymi, hermetycznymi frazami Callois o poetyce i estetyce.

    Roger Callois – „Odpowiedzialność i styl. Eseje o wyobraźni i formach”, Państwowy Instytut Wydawniczy, przekład zbiorowy, wstęp Jan Błoński, posłowie Tomasz Swoboda, str. 335, ISBN 978-83-06-03570-4


Dystopia, która nie nadąża za realem

Szkoda, że dystopijna groteskowa fantasmagoria Jacka Dehnela „Ale z naszymi umarłymi”  ukazała się nieco za wcześnie, zaledwie o pół roku. Gdyby jego powieść była składana dopiero teraz, mógłby do trzech mott (?) poprzedzających tekst, a pochodzących od Marii Janion, Juliusza Słowackiego i Jarosława Marka Rymkiewicza, dołączyć w ostatniej chwili czwarte – słowa arcybiskupa krakowskiego o „tęczowej zarazie”, które taką „karierę” zrobiły w ostatnich tygodniach. Wtedy na moment powieść Dehnela byłaby świeża jak gazeta. Jednak nie ma się co łudzić, szybko by straciła na gazetowej świeżości, bo pewnie już niebawem jakiś inny biskup polski wypowie coś, co może nawet słowa arcybiskupa krakowskiego przyćmi. U Jacka Dehnela jako prozaika cenię jego wyczucie szczegółu, detalu, zmysł obserwacji i umiejętność przetwarzania jej w zgrabną literacką frazę. Takie są jego „Balzakiana”, taka jest „Lala”. „Ale z naszymi umarłymi”, powieść która tytułem ironicznie nawiązuje do tytułu głośnego eseju Marii Janion, opowiada o tym, że: „W kamienicy na krakowskim Podgórzu mieszkają przedstawiciele niemal całego polskiego społeczeństwa: pani Lola, słuchaczka Uniwersytetu Trzeciego Wieku, i jej zgryźliwy mąż; Kuba, sfrustrowany reporter lokalnej telewizji, jego chłopak, wiecznie ślęczący nad doktoratem Tomek; nastoletnia Kamila, córka bogobojnych i ciągle kłócących się rodziców, rozklejająca homofoniczne wlepki; międzynarodowa para, Dorota i Keneth (…) i pan Włodek, inwalida z sutereny. Życie bohaterów zakłóca dziwne zdarzenie, po którym odmienią się losy całego świata: pod Krakowem, na cmentarzu, Kuba z ekipą telewizyjną odkrywają tajemnicze zniknięcia zwłok.  Zaczyna się medialna histeria, międzynarodowe serwisy obiega wiadomość o polskich „powróconych”. Ludzi ogarnia na przemian panika i euforia, a politycy i biskupi próbują wykorzystać bezrozumne, ociężałe żywe trupy do własnych celów. Jacek Dehnel dokonuje brawurowej, pełnej czarnego humoru reinterpretacji romantycznych wzorców: czy Polska stanie się Chrystusem czy zombim narodów?” – tako rzecze nota wydawnicza, a ja myślę sobie że wyjawienie osnowy powieści  nie odbierze czytelnikom przyjemności z lektury, bo urok prozy Dehnela nie polega na zaskoczeniach, lecz przeciwnie, na tym, że co rusz natykamy się w niej na wątki, style, motywy, postacie i zdarzenia, które skądinąd znamy i które potwierdzają nasze obserwacje, intuicje i przewidywania. Tym bardziej, że żyjemy w czasach, w których realne zdarzenia przebijają poziomem absurdu dystopie rodzące się w wyobraźni pisarzy, którym przecież na ogół na wyobraźni i to bujnej nie zbywa. Tak też, czytając „Ale z naszymi umarłymi” niejednokrotnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nawet te pochody zombich w Krakowie, to „małe piwo” w porównaniu z tym, co często, nieraz na co dzień, otrzymujemy w realu czy  w mediach. Można też autorowi pogratulować, że proroczo przeczuł sprawę „homofobicznych wlepek” dołączanych całkiem niedawno jednego z tygodników, ale myślę też sobie, że książka to w końcu nie gazeta, i „gazetowa” czy internetowa aktualność niektórych wątków niekoniecznie musi być superzaletą w czasie lektury. Dlatego myślę, że powieść Dehnela nabierze walorów wraz z upływem czasu, gdy świeże sprawy i aktualne detale stracą świeżość, nabiorą patyny i kurzu rzeczy przeszłych. Wtedy może jeszcze bardziej niż teraz ta proza nabierze walorów literackiego dokumentu swego czasu, dokumentu jego smaku, zapachu i nastroju.

Jacek Dehnel – „Ale z naszymi umarłymi”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, str. 318, ISBN 978-83-08-06896-0


Komiks o Beniowskim

Nie jest to lektura przede wszystkim dla czytelników, którzy znajomość z postacią Maurycego Beniowskiego, osiemnastowiecznego żołnierza, podróżnika, kondotiera, „obywatela świata”, zawarli za pośrednictwem pięknego, wyrafinowanego stylistycznie, dygresyjnego, fragmentami mistycyzującego poematu Juliusza Słowackiego „Beniowski”. Powieść Jean Christophe Ruffina (ur. 1952, francuski lekarz, dyplomata, pisarz), skądinąd jedna spośród dziesiątków, a może setek publikacji, jakie poświęcono Beniowskiemu, powstała w oparciu o „Pamiętniki” sławnego awanturnika i podróżnika, których – nawiasem mówiąc – krytyczne wydanie polskie ukazało się w 2017 roku.  Sam Ruffin zachęca do ich lektury (ukazały się też we Francji), i słusznie, bo jego zgrabnie i zajmująco napisana powieść jest jedynie swoistym „wyciągiem”, tinkturą ze wspomnianych pamiętników, skomponowanym według wypróbowanych, popularnych schematów literatury popularnej. Swoją narrację Ruffin ujął w klasyczną ramę „opowieści w opowieści” (Beniowski i jego żona Afanasja odwiedzają w Filadelfii Beniamina Franklina i snują przed nim długą opowieść o przygodach swojego życia), a struktura tej opowieści zbudowana jest na modłę komiksową, w sposób maksymalnie uproszczony, postacie są komiksowymi figurami, pozbawionymi warstwy psychologicznej, a i całość narracji sprowadzona jest do elementarnych konwencji w sposobie pokazania wątków: młodości Beniowskiego, historii  miłosnej czy opisów podróży. A jednak szczerze rekomenduję tę lekturę, bo nie każdy sięgnie po obszerne, opatrzone obfitymi przypisami „Pamiętniki” czy tym bardziej po zbyt hermetyczny dla niejednego czytelnika poemat Słowackiego, a przecież historia tej postaci jest naprawdę fascynująca i barwna, godna serialu przygodowo-historycznego, podobnie jak historia znacznie mniej znanego, mimo nie mniej od Beniowskiego barwnej biografii, kondotiera polskiego z XVII wieku, Krzysztofa Arciszewskiego.

Jean-Christophe Rufin – „Podróże króla Madagaskaru”, wyd. Noir sur Blanc, przekł. Anna Michalska, str. 282, ISBN 978-83-7392-645-5


„Nóż” mnie nie ugodził

Trochę mi ta proza szybkim, momentami jakby zdyszanym, nerwowym, kanciastym rytmem narracji, krótkimi zdaniami, często zastępowanymi jednowyrazowymi równoważnikami zdań, przypomina styl Juliusza Kadena-Bandrowskiego („ Generał Barcz”, „Mateusz Bigda”, „Czarne skrzydła”). Skojarzenie może swobodne, dowolne, ale chyba do pewnego stopnia uzasadnione. Jednak podczas lektury „Noża” Krzysztofa Bieleckiego przyjść może na myśl także eksperymentalna językowo proza „zbereźników”, młodych prozaików z lat siedemdziesiątych, takich jak m.in. Słyk, Schubert, Dżeżdżon, Oryszyn, Pastuszek i innych, których promotorem i przewodnikiem był legendarny krytyk Henryk Bereza. Autor powieści jest zresztą związany z kręgiem miesięcznika „Twórczość”, w którym „zberezizm” ciągle się odnawia, który jest jego schronieniem. Wiele w „Nożu” fraz oryginalnych, zaskakujących, pomysłowych, czasem odkrywczych. Miazga egzystencji młodego człowieka, chaos skojarzeń, wszystko to owinięte wokół czegoś w rodzaju osi przypominającej powieść kryminalną, z zabójstwem w tle. Narrator wspomina młodość w małym miasteczku, dokładnie usytuowaną w czasie, u schyłku wakacji 1977. Nie ma jednak ta proza nic wspólnego z nurtem sentymentalnych nostalgii prowincjonalnych, modnych w pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych. Jest na to zbyt oschła, mózgowa. Autor, pisarz o stażu już przeszło trzydziestoletnim (debiut 1987 powieścią „Fistaszek” i zbiorem opowiadań) był już doceniany ważnymi nagrodami. Leszek Bugajski określa go jako pisarza „wybitnego ale osobnego, takiego który nie ulega literackim modom, ale idzie za swoją wyobraźnią bez kompromisów i ułatwień”. Nieco bardziej wstrzemięźliwą ale też przychylną ocenę wystawia mu Anna Nasiłowska. Mnie w trakcie lektury „Noża” towarzyszyły dwa  sprzeczne odczucia. Z jednej strony uznanie dla tej formy prawdziwie niebanalnej, rzeczywiście bezkompromisowej, „samo-swojej”. To taki wewnętrzny wyraz uznania ze strony czytelnika, któremu nie jest obce uznanie dla wagi i walorów literackiego eksperymentu, czytelnika który naprawdę docenia literaturę „osobną”. Z drugiej jednak strony – uczucie chłodu, brak poczucia estetycznego pokrewieństwa i uwiedzenia przez tę prozę, takiego jakie towarzyszyło mi chociażby przy lekturze niektórych prawdziwych „zbereźników” czy „Generała Barcza”, skoro na początku odniosłem się do Kadena-Bandrowskiego. Słowem: prozę Bieleckiego doceniam, odnoszę się do niej z szacunkiem, na pewno nie jest tuzinkowa, ale nie mam z nią wspólnej „chemii”. Próbujcie jednak. Może ktoś tę „chemię” poczuje.

Krzysztof Bielecki – „Nóż”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 271, ISBN 978-83-66272-04-0

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko