Strona główna Rok 2025 Nr 600 Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
66

Belgijskie szczypawki w paryskim ogrodzie

Autor „Szczypawki z Ogrodu Luksemburskiego, to pisarz praktycznie w Polsce nieznany, jeśli nie liczyć tłumacza i posłowiodawcy Mateusza Kwaterko, mojego kolegi z niegdysiejszej redakcji „Bez dogmatu” oraz wąskiego grona znawców literatury belgijskiej. Nawiasem mówiąc, nawet w Belgii Andre Baillon (1875-1932) nie był wznawiany przez kilkadziesiąt lat i dopiero niedawno uznali go tam za literacką znakomitość. Twórca posłowia określił Baillona jako belgijskiego modernistę, regionalistę, obscenicznego autobiografa, pogodnego naturalistę, surrealistę, neurastenika, dalekiego literackiego krewnego Celine’a, Dostojewskiego, Renarda, Louisa-Philippe (tego od „Bubu z Montparnasse”). A że posłowie przeczytałem przed słowem Baillona, więc podczas lektury wypatrywałem znamiona wskazanych cech. Za małą jednak mając wprawę w czytaniu tego pisarza, wiele nie zwojowałem, acz istotnie na pozór, czy na pierwszy rzut oka dość tradycyjna faktura tej prozy podszyta jest neurastenią, pogodnym (nie hardkorowym) naturalizmem. Posmaków Dostojewskiego raczej nie wyczułem, ale coś z Celine’a, Renarda i Philippe’a już tak, a i odrobinę dość delikatnych (jak na obscena) obscenów też daje się wymacać. Poza „Szczypawką z Ogrodu Luksemburskiego” w tomie jest także „Historia pewnej Marii” (tu pewne pokrewieństwo z Bubu, prostytutką z Montparnasse). Na wyczucie powiem, że proza Baillona, który zmarł w szpitalu psychiatrycznym po przedawkowaniu środków nasennych, po pierwszej lekturze może nie zachwycić i trzeba się nauczyć jej smakowania, podążania za jej wektorami. Czuję jednak, że warto i za jakiś czas chyba to zrobię.

Andre Baillon – „Szczypawka z Ogrodu Luksemburskiego”, przełożył i opatrzył posłowiem Mateusz Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, str. 557, ISBN 978-83-8196-976-5

Bez puenty i bardzo dobrze

Pasjami lubię czytać eseistykę profesora filozofii Piotra Nowaka, intelektualisty bardzo niebanalnego, myślącego poza szablonami, a nawet odrobinę anarchicznego. Zanim polubiłem go w lekturze, lubiłem go oglądać i słuchać w telewizyjnym cyklu debat o filozofii, które prowadził w TVP Kultura. Jego pełen wyrafinowanej ironii pół-esej i pół-pamflet o koryfeuszach filozofii uniwersyteckiej w PRL, „Filozofowie z trzech słowach”, od Tatarkiewicza po Kuderowicza, to majsterszyk. Tym razem Nowak zebrał, przy udziale PIW, pokaźną porcję swoich tekstów, połączonych wspólnym mianownikiem, jakim jest kultura polska. Wiem, „postronni” na samo brzmienie tego terminu mogą zaziewać się na śmierć, ale „niepostronni” wiedzą doskonale, że „kultura polska”, to nie nudny szkolarski termin pasujący do uroczystych imprez „ku czci” i szkolnych lekcji języka polskiego, ale tak naprawdę fascynujący i ciągle bogaty w nieprzebrane skarby sezam, przepełniony nieoczywistościami, tajemnicami i zaskoczeniami. Zbiór Nowaka zaczyna się od „lekcji łaciny” jaką wzięła literatura polska z Janem Kochanowskim na czele, a dalej jest i o „Dymitriadzie” w kontekście relacji polsko-rosyjskich, i o „przekazie listopada” czyli o Powstaniu Listopadowym i o doświadczeniu 1863 roku, o „głupim przepychu wolności” frenetycznie chwalonym przez Jarosława Marka Rymkiewicza, głównie w opowieści o Samuelu Zborowskim, ale też w „Wieszaniu” („powiesić, nie powiesić, na tego bęc”), o Kościuszce pokazanym inaczej niż to zwykło się zazwyczaj czynić czyli nie przez pryzmat faktu, że jest on najczęstszym patronem polskich ulic, o Polsce w Europie, o naturze śmiechu i o tym co go odróżnia od wesołości i radości, m.in. przez pryzmat sensów komicznych „Pana Jowialskiego” Aleksandra Fredro, o Maurycym Mochnackim, jako jednym z pierwszych polskich premodernistów, o mickiewiczowskim Ordonie przezwanym przez Mrożka Olsenem, o romantykach i ich twórczym epigonie Tadeuszu Konwickim. Bardzo mi się w zbiorze Nowaka podoba też to, że nie dążył na siłę do znalezienia jakiegoś „wspólnego mianownika”, jednolitego sylogizmu, efektownej puenty sprowadzającej wszystko do jednej metafory czy paruzji, do jakiegoś felietonowego uogólnienia. Wszystkie zagadnienia pozostawił uczciwie otwarte. Zostałem więc po lekturze z miłym zamieszaniem w głowie, ale mądrzejszy niż przed nią. I o to chodziło.

Piotr Nowak – „Akcent typowo polski. Szkice o kulturze Polaków”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, str. 751, ISBN 978-83-8196-637-5

Zabawki dla małp i gorący kubek

Mnie się wiersze Wacława Oszajcy, jezuity, ogromnie spodobały. Przede wszystkim ich sardoniczna i autoironiczna poświata. Jednakowoż od kiedy w wieku czterech (tak, tak, tak nie pomyłka, czterech) lat recytowałem ze sceny „Pieśń Alpuhary” z „Konrada Wallenroda” Mickiewicza poezja to dla mnie rytmiczny romantyzm Wielkiego Adama czy Juliusza Słowackiego, jego „pieśniowy” charakter, z jego monumentalizmem, z jego czarem. Wszystko co powstało w poezji potem to (z nielicznymi wyjątkami w rodzaju Stanisława Wyspiańskiego czy Jana Lechonia) to raczej metaforyka niż poezja. Z poezji właściwie całkowicie zniknęła epickość. Zniknęła też obrazowa zmysłowość (znów z nielicznymi wyjątkami w rodzaju Grochowiaka). Nawet tacy na przykład wielcy Paul Valery czy T.S. Eliot, to dla mnie nie poeci, ale wybitni metaforycy. Rzecz jasna Oszajca to też metaforyk, nie poeta. Metaforyk celny i nie bez politycznego temperamentu. W utworze „panie ministrze”, skierowanym (choć to nie jest sformułowane wprost) do Antoniego Macierewicza (‘rozpryskujące się parówki puszki po piwie „…) tak miał zginąć nasz prezydent (…) panie ministrze jeśli coś wybuchło to nasze niechlujstwo i może nie daj boże pycha polak potrafi lądować”. Ale mnie, który nie cierpię obłąkańczego panowania nowoczesnych technologii bliższy jest „no mam” („ipada iphona imaca młodsi ode mnie mówią że to zabawki dla małp intuicyjne dzięki za komplement wczoraj na parę godzin wyłączyli prąd sieć przestała działać ciekawe co w tym czasie robiły małpy”). Bardzo mi się podobała taka oto fraza w autobiograficznym utworze „poprawka do pogrzebu” („zobacz co zostało z Oszajcy garstka proszku czyli gorący kubek”). I jeszcze jedna kwestia. Zawsze mnie nurtowała motywacja poetycka u duchownych. Poza Oszajcą byli przecież choćby księża Janusz Pasierb czy Jan Twardowski, o Karolu Wojtyle nie wspominając. Pewnie się mylę, ale natura poezji zawsze wydawała mi się sprzeczna z rolą duchownego. Bo w końcu, jakby nie było, musi on wyznawać, respektować i głosić religijną ortodoksję, a poezja to przeciwieństwo ortodoksji, to wolna gra uczuć, wyobrażeń i myśli, które nie zawsze muszą z ortodoksją iść w parze. U Oszajcy Boga i religii expressis verbis jak na lekarstwo. Za to świeckości dużo. Bardzo mi się podobał taki oto nader świecki utwór „gdzie moje okulary” („wina co prawda nie przysporzyłem (…) ale w końcu przynieśli i popiliśmy jak w kanie galilejskiej nic nadzwyczajnego gdyby młodzi do łóżka nie poszli ale poszli mogę tylko zazdrościć choć niektórzy śmią wątpić pieluchy nie pachną śmierdzą ale nie zakochanym i nie bogu zaistniał przecież hammurabi arystoteles michał anioł napoleon piłsudski stalin hitler i ja i ty”)

Wacław Oszajca – „Zostaję”, wybór, opracowanie i posłowie Bogusław Wróblewski, Iskry, Warszawa 2025, str. 123, ISBN 978-83-244-1200-6

Poprzedni artykułTadej Karabowicz – Pamięć i tożsamość
Następny artykułRekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko