Jak zawrzeć w cieniutkim tomiku poetyckim całe swoje, dotychczasowe życie? Ten rodzaj autobiografii poetyckiej zawarła Jadwiga Malina w swoim, najnowszym tomiku pt. „Teoria powtórzeń” (wyd. Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Kraków 2022). Autobiografia pisana prozą zdaje się oczywista i jakby klarowna – autor po prostu opisuje swoje życie, przeważnie od momentu narodzin, aż do chwili obecnej. Czyni to językiem, który w sposób czasami bardzo wyrafinowany pod względem literackim, zdaje relację z wydarzeń, jakie miały miejsce w życiu danego autora. Natomiast autobiografia poetycka jest nieco dziwnym i jakby nowym gatunkiem, uprawianym do tej pory dość nieśmiało (przypomnę jedynie tomik „Forever” Marka Czuku, który jest skonstruowany na dość podobnej zasadzie, co tomik Jadwigi Maliny). Od początkowej daty, daty urodzin poetki, prowadzi nas Malina, w swojej narracji poetyckiej do roku 2021, czyli można powiedzieć, do dzisiaj. Jednak różne też bywają narracje poetyckie. Czasem narracja poetycka jest mocno sprozaizowana, przez co daje się w niej wychwycić bardzo konkretne momenty biograficzne, dające niejako obraz życia danego poety. U Maliny sytuacja jest jakby odwrotna. Malina nie opowiada o swoim życiu wprost, ona go w zasadzie jedynie datuje i daje tytuły poszczególnym wierszom, obok tej daty. A wiersze pod tą datą umieszczone w zasadzie nie dają możliwości bezpośredniego odczytania biograficznego, naprowadzając raczej na trop zagadki, tajemnicy, wprawiając nawet w pewien, interpretacyjny kłopot.
Jadwiga Malina to poetka będąca po stronie jasności życia – to wniosek generalny. Nawet pewien element smutku czy okrucieństwa wpisany w jej świat poetycki, nie psuje wrażenia, że podmiot mówiący tej poezji, odbiera życie jako dar pogodny. Właśnie słońce, pogodność, radość z istnienia, to elementy, które wydatnie dookreślają światopogląd poetycki Jadwigi Maliny. Dar umiejętności opowiadania o swoim życiu jest równocześnie darem poetyckim.
A poezja to sztuka niejednoznaczności. Malina w „Teorii powtórzeń” nigdy wprost nie mówi, zawsze kryje się za jakąś maską czy personą liryczną, którą na użytek swojej poezji sobie ukształtowała. Owa liryczna persona wypracowała dodatkowo pewien język liryczny, język, który nazwać można językiem maski, ale też językiem szczególnego, poetyckiego szyfru.
Dekodowanie tego szyfru jest niezwykle trudne dla krytyka albo czytelnika, natomiast sam powidok czy wrażenie wiersza, które zostaje w głowie niczym opar z dobrej herbaty, zostaje bardzo pozytywne, jakby poetka pomimo częściowego zamknięcia, jednak nas do swojego świata zapraszała. Zaproszenie to jednak nie jest tożsame z otwarciem owego świata na oścież. Widzimy w zasadzie, jako czytelnicy, pewne szczeliny światła, które z poszczególnych wersów się wydobywają i oświetlają w sposób częściowy poszczególne wiersze. Innymi słowy, można powiedzieć, że to, co ciemne w wypadku wierszy Maliny, pozostaje zakryte, nieodsłonięte. Czytelnik de facto obcuje jedynie ze światłem, światłem, które przykrywa ukryty mrok.
Nie potrafię znaleźć klucza do „Teorii powtórzeń”, choć czuję, jak bardzo precyzyjnie jest on skomponowany i napisany. Wydaje się, że prosta, zamykająca konstatacja, że jest to rodzaj jedynie poetyckiej autobiografii, nie wystarczy. Nie jest to również rodzaj soliloqium, ani typ autobiografii uwewnętrznionej. Zapisana rzeczywistość w wierszach Maliny dotyczy tego zdarzył się, co było i jest na zewnątrz, ale zapis ten jest zaszyfrowany specjalnym, poetyckim kodem. W „Teorii powtórzeń” kod autobiograficznego szyfru i język poetycki są de facto tożsame – język poetycki staje się rodzajem kodu do odczytania życia poetki. Z tych wierszy możemy jedynie odcyfrować okruchy wydarzeń zewnętrznych, głownie z przeszłości, ale tworzą one jednak spójną, linearną opowieść od momentu narodzin do teraz.
Momentem zwrotnym w tej narracji poetyckiej jest data ślubu. Narracja w tomiku „Teoria powtórzeń” jest prowadzona od wczesnych wspomnień z dzieciństwa, poprzez życie rodzinne, ślub, życie dojrzałe, założenie własnej rodziny, wreszcie punkt kulminacyjny – czyli moment przeistoczenia się w poetkę – artystkę, która wymyśla swój własny świat, jakby równoległy do tego, który istnieje jako rzeczywistość. Mamy bowiem jakby dwa wymiary w tomiku Maliny – wymiar rzeczywistości i wymiar poezji i owa dwa wymiary stale toczą się ze sobą dialog, a nawet są w swego rodzaju konflikcie. Poezja służy jakby łagodzeniu tego sporu, próbie pogodzenia obu zwaśnionych wymiarów. Staje się ona rodzajem recepty na rzeczywistość, niczym babka lancetowata w jednym z wierszy, która jest w stanie wprawić wielką medycynę w zakłopotanie.
Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czym jest ów wymiar poezji w tomiku „Teoria powtórzeń”? Być może właśnie inkantacją, powtórzeniem świętego gestu, próbą zaklinania rzeczywistości poprzez magiczne zabiegi… Bo poezja u Maliny mieści owe dwa wymiary: wymiar sacrum z jednej strony, wymiar świętości oraz wymiar magiczny, owego zaklinania, magicznej inkantacji, która służyłaby oswojeniu być może czasem nieco zbyt trudnego świata. Wymiar rzeczywistości staje się w tomiku Maliny terenem zmagania wymiaru poetyckiego, ale jedno bez drugiego: rzeczywistość bez poezji ani poezja bez rzeczywistości, nie byłyby w stanie funkcjonować samodzielnie. U Maliny rzeczywistość jakby ukryta jest szczelnie w owym wymiarze czy też pan wymiarze poetyckim i gdzieniegdzie tylko widoczne są jej prześwity.
Nie mogę sobie dokładnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tomik Jadwigi Maliny pt. „Teoria powtórzeń”, tak bardzo przypadł mi do gustu. Zapewne stoi za moim wyborem czytelniczym i estetycznym precyzja języka poetki, która małym sprawom potrafi nadać rangę niekiedy potężnej metafory, jak np. w wierszu pt. „Trwają badania nad redukcją snu”.
Przytaczam ów wiersz w całości, pod datą 2016 (data początkowa to rok 1974, czyli data urodzin poetki).
„Zaprzęgi nocy. Gwiezdne fale
Ustąpcie miejsca błyskom dni.
Ach, jakże bardzo chce się żyć,
Gdy galop brzasku senną marę
Roznosi w pył”.
Właśnie ów galop brzasku roznoszący w pył senną marę, wydaje się niejako poetyckim pragnieniem przewodnim w tym tomie. Te wiersze są niejako wbrew ciemności, wbrew zbyt łatwemu negatywizmowi, wbrew kłębiącym się coraz bardziej na niebie świata burzowym chmurom. Mówi o tym np. wiersz pt. „Miejsce na ziemi”, pod datą 2009.
„Wskazano nam je nieprzypadkowo,
To pewne jest, od jasności.
A kto miałby w tej kwestii inne zdanie,
Niech będzie pozdrowiony”.
Właśnie wołaniem o jasność są wiersze Jadwigi Maliny. Poprzedni wybór wierszy o onomatopeicznym tytule „Światło i szelest”, wskazywał na obecność światła w życiu, bardzo silną, w tomiku „Teoria powtórzeń” z kolei jest dużo tego, co światła jest odmianą, czyli jasności. Ta jasność ma jakby dwa wymiary: zewnętrzny (gdy świat jest opisywany w jego brzasku) oraz wewnętrzny (gdy czytelnik jest naprowadzany na trop cierpienia). Ów wymiar wewnętrzny jasności widoczny jest np. wierszu pt. „Jaki to stan”, pod datą 1981. Przytaczam ten wiersz:
„Kiedy drobiłyśmy chleb do mleka,
Wszędzie czuć było zapach siana,
Prosa i podpałki.
Te trzy zjawiły się także wówczas,
Gdy matka wróciła z kościoła,
Gdy nie usiadła, ale od progu
Zdejmując płaszcz, nie odkładając go
Na miejsce, unosząc ręce, próbowała
Opisać ten stan
Najpierw krzykiem, pośpiesznie.
Potem coraz wolniej,
Ciszej. Patrząc na stół”.
To jeden z najbardziej tajemniczych wierszy pomieszczonych w tomie. Możemy zastanawiać się, kim są owe „trzy”? Czy to senne mary? Być może cyfra jest nieprzypadkowo i odsyła do Trzech Króli jak i trzech osób Trójcy Świętej. Wiersz ma swoją kadencję i rytm, który oddaje natężenie emocjonalne, stopniowane, z każdym wersem, aż do wybuchu, by potem opaść w jakąś wielomówną ciszę. Możemy domyślać się sporego ładunku dramatu, pomieszczonego w tym wierszu. Dramatu, który ma związek z dzieciństwem autorki – tak, wczesne wiersze w „Teorii powtórzeń” pełne są jakiegoś mniej lub bardziej zakamuflowanego okrucieństwa, unosi się również nad nimi niekiedy cień śmierci, odchodzenia osób najbliższych, jak np. dziadka, o czym opowiada wiersz pt. „Przy stole”, pod datą 1979, który również przytaczam:
„Dziadek umarł. A miał mnie uczyć spokoju.
Cóż jednak było zrobić, skoro tak.
Jak się człowiek chory urodzi, zdrowy nie umrze.
Głupie powiedzonko. Głupia śmierć”.
W tej, nazwijmy ją początkową czy wczesną fazą tomiku, dominuje aura emocjonalnego dystansu do opisywanych wydarzeń, jakby narrator liryczny chciał je nawet wyprzeć z pamięci. Dlatego tak ważne stają się wiersze opisujące wczesną datą ślubu i wczesne rozpoczęcie wspólnego życia z „ukochanym, jedynym, naiwnym”, oddanie mu władzy, obawa, że w niebie „nie będę mogła usiąść obok ciebie”. Od momentu prawdziwej miłości zaczyna się również, powiedzielibyśmy prawdziwa przygoda ze sztuką, z poezją, która staje się receptą, rodzajem plastra na ranę nigdy nie zabliźnionej przeszłości i sposobem, chyba jedynym, na jej skuteczne przepracowanie. Tym samym po stronie wymiaru trudnej do oswojenia rzeczywistości stałby okrutny wymiar wczesnego dzieciństwa, po stronie wymiaru, powiedzmy „zwycięskiego” rozpoczęcie życia na własny rachunek, gdzie swoistą „bronią” w walce z okrutną przeszłością i walce o samą siebie, stałaby się poezja.
Język poetycki „Teorii powtórzeń” jest figlarny, wymykający się, w jednym miejscu otwiera wiersz, by w innym nagle zamknąć go celną puentą czy zaskakującą metaforą. W obrębie jednego wiersza pomieszczonych jest wiele sprzeczności. W zasadzie ten tom ufundowany jest na sprzeczności, pomiędzy życiem, które boli z jednej strony, a z drugiej domaga się afirmatywnego opisu. Lecz „sprzeczność jest dźwignią transcendencji”, wiemy to już od uwielbianej przez Miłosza Simone Weil. Odnoszę wrażenie, że Jadwidze Malinie udało się w sposób subtelny dotknąć rąbka transcendentnej tajemnicy życia, które zwykło opowiadać się od początku do chwili obecnej, jednocześnie łapiąc i gubiąc jego odcienie i jego nieprzewidywalność. Udało się chyba Malinie przy pomocy owego języka nadążyć za galopującą zmianą życia, bo jest ten tom niesłychanie, wewnętrznie rozwibrowany językowo, pełen życia. Jadwiga Malina zaprasza nas, by zacząć żyć prawdziwie, czyli w sposób właściwy poetom.






