ŻYCIE A TWÓRCZOŚĆ
Życie a sztuka, życie a literatura; ich wzajemne związki wynikające z wydarzeń, przypadków i faktów. Niby same oczywistości. Istnieją szczególne zdarzenia (np. wojny, katastrofy) mocno odciskające ślad w historii ludzkości, które w literaturze i sztuce znajdują odbicie. I wciąż będą znajdowały ad finem mundi. Lecz nie o tych szczególnych wielkich wydarzeniach, czy przypadkach będzie tu mowa. Poza kilkoma akapitami o epidemiach, które do takich należały i miały tragiczne skutki społeczne, chcę dać opis kilku jednostkowych przypadków nie mających większego wpływu na losy świata, a jednak, jak sądzę, istotnych.
STUDENT MIŁOSZ I RZUCANIE BUTELKAMI
Aleksander Fiut rozmawiając z Czesławem Miłoszem (tyg. Literatura, 1978), zapytał go o studenckie czasy. Poeta przytoczył epizod, gdy przed wojną waletował u kolegów w domu akademickim przy placu Narutowicza w Warszawie. W owym czasie żacy ostro pili napoje procentowe, a ostoją studenckiego życia było rzucanie pustych butelek w dół do wielkiej studni i towarzyszące temu rytuałowi dzikie ryki. Po przeczytaniu tegoż, zaśmiałem się w duchu. Przypomniałem sobie niemal identyczne zachowanie moich kolegów w domu studenckim „Ul” we Wrocławiu przy ulicy Komuny Paryskiej 21 w pierwszej połowie lat 70. ub. wieku. Otóż po zakończeniu długiej letniej sesji egzaminacyjnej na wydziale prawa (w trakcie której napięcie nerwów sięgało zenitu), podczas popijawy koledzy wyrzucali puste butelki po winie z drugiego piętra do niezadaszonego betonowego śmietnika, w którym stały otwarte metalowe kubły. Przeraźliwy huk rozpryskującego się szkła rozlegał się dookoła, a podchmielone bractwo wyglądało z balkonu i głośno się cieszyło, jeśli ktoś trafił do kubła. Najczęściej nie trafiał.
Naganne zachowanie się kolegów Miłosza i chyba jego samego raczej nie miało wpływu na jego twórczość, ale skoro ten epizod utkwił mu w pamięci, musiał być istotny. Czy nie chodziło tu o zgodę na podświadome łamanie schematów, że czasami można sobie pozwolić, aby być człowiekiem niepoprawnym, a nawet zuchwałym? Wiemy, że w życiu noblisty różne „niepoprawności” się zdarzały.
Co do wybryku rzucania butelkami łatwo zauważyć, że po upływie wielu lat i zmianie paru epok ten studencki zwyczaj nie uległ zmianie. Teraz podobny proceder jest raczej niemożliwy, ponieważ śmietniki i pojemniki są pozamykane, a ponadto obowiązuje segregacja odpadów.
MIŁOSZ W KLIMCZYCACH
Kontynuując rzecz o Czesławie Miłoszu, powiem o mało znanym epizodzie jego życia z czerwca 1981 roku, którego nie znał nawet Andrzej Franaszek, autor jego świetnej biografii (teraz już zna, bo mu o tym napisałem). Przypomnę, że w tym czasie Miłosz pierwszy raz od trzydziestu lat odwiedził Polskę.
Najpierw słowo wprowadzenia. Elżbieta Łopatniukowa, która mi o tym opowiedziała, była wieloletnią redaktorką naczelną Studia Opracowań Filmów (SOF) i mistrzynią w swoim fachu, m.in. w dubbingu. W SOF pracowałem od początku lat 90. Krótko przed tym redaktor-dialogista, Andrzej Miłosz, młodszy brat Czesława, odszedł na emeryturę. Przed przyjazdem noblisty do Polski Andrzej często „siedział na telefonie” w pokoju pani Łopatniukowej, organizując bratu spotkania autorskie. Był to drugi telefon w studio z możliwością połączeń międzynarodowych (pierwszy znajdował się w gabinecie dyrektora), więc mógł on swobodnie rozmawiać z bratem mieszkającym w Berkeley. Za zgodą naczelnej (i cichym przyzwoleniem dyrektora) rachunki za rozmowy międzynarodowe płaciło studio. Z toczonych rozmów braci wynikało, że noblista nie miał ochoty nocować w hotelach, ponieważ po spotkaniach – a miał bardzo napięty harmonogram – chciał wieczorami odpoczywać w ciszy od dziennikarzy i ciekawskich. Obecna przy rozmowach pani Elżbieta zaproponowała koledze, aby jego brat spędził kilka dni w dobrych warunkach w jej wiejskiej posiadłości w Klimczycach nad Bugiem koło Sarnak. Noblista przystał na tę propozycję. Po zakończeniu pierwszego etapu spotkań, przyszedł czas na kolejny etap po wschodniej Polsce, podczas którego przez tydzień odpoczywał w wiejskim domu państwa Łopatniuków (mąż pani Elżbiety był właścicielem sadów jabłkowych). W trakcie pobytu Miłoszowi najbardziej smakowały szparagi. Jadł je codziennie, prosząc o nie do wszystkich dań, najczęściej do ulubionych pierogów. I dziwił się, kiedy usłyszał, że szparagi uprawiane były na miejscu, był bowiem przekonany, że do Polski jeszcze nie dotarły.
Z pobytu noblisty w Klimczycach, o ile mi wiadomo, nie powstał żaden wiersz, ani jakikolwiek zapisek, jednak uważam, że jego wizyta mieści się w ramach tytułowego tematu, bo dla państwa Łopatniuków, szczególnie dla pani Eli, kilkudniowe obcowanie z Czesławem Miłoszem, było esencjonalnym połączeniem życia i literatury.
(Zupełnie na marginesie dodam, że pan Łopatniuk, jako dziesięciolatek w 1944 roku był świadkiem znalezienia przez ojca i innych akowców pocisku V-2 na brzegu Bugu i ukrycia go w stodole. Najważniejsze części z V-2 zostały wymontowane i przetransportowane samolotem do Londynu, o czym pisał Michał Wojewódzki w książce V-1, V-2).
ZAWARTOŚĆ WĘZEŁKA
Pozostając przy Elżbiecie Łopatniukowej, powtórzę jej dykteryjkę o Sewerynie Nowickim, reżyserze dubbingu i współzałożycielu Studia Opracowań Filmów. Urodził się on w Rosji i przebywał w niej jeszcze kilka lat po rewolucji październikowej. W owym czasie panowała tam straszliwa bieda, a kultura – co oczywiste – zeszła na dalszy plan, ponieważ najważniejsze było przetrwanie. W tych czasach jego rodzice (jak wielu rodaków), pragnęli przyjechać do wolnej ojczyzny. Udało im się to dopiero w 1921 roku po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Z Irkucka podróżowali pół roku. Dziewiętnastoletni Seweryn wracał pociągiem, który przed Warszawą zatrzymał się pod semaforem. Nie znając realiów polskich, czuł się niepewnie, więc wyskoczył z wagonu, by dalej iść pieszo. Zabrał z sobą tylko niewielki węzełek.
– Co pan w nim miał? – zaciekawiła się pani Elżbieta.
– Smoking – odpowiedział.
Charakterystyczne jest, że młody chłopak, mający ambicje kulturalne, znalazłszy się w niepewnej sytuacji zabrał z sobą tylko to, co jego zdaniem było niezbędne dla właściwego funkcjonowania w kraju.
JERZY ANDRZEJEWSKI ODWIEDZAJĄCY WAWRZYSZEW
W felietonie Z dnia na dzień (tyg. Literatura, 1976) Jerzy Andrzejewski wspominał, jak podczas niemieckiej okupacji odwiedził podwarszawski Wawrzyszew (od 1951 roku należy do Warszawy). Pisarz przechadzał się tam pośród łanów zbóż rozciągniętych między stawami Burstmana, następnie zajrzał na cmentarz przy ulicy Wólczyńskiej, gdzie pochowano żołnierzy walczących we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku. Metalowy płot ogradzający cmentarz został zdemontowany i wywieziony, tj. skradziony, przez Niemców. Nawiasem mówiąc obraz cmentarza bez ogrodzenia, wiejskiego kościółka św. Marii Magdaleny i letnich pól pisarz zamieścił w Wielkim Tygodniu. Po długiej przerwie ponownie przeczytałem felieton. Wawrzyszew zwrócił moją uwagę, ponieważ od 1983 roku mieszkam obok na Chomiczówce. Zrobiłem więc sobie przechadzkę po miejscach opisanych przez pisarza. Biały niewielki kościółek wciąż stoi na swoim miejscu pośród starodrzewia i wygląda uroczo. Naprzeciwko wybudowany został w latach 80. ub. wieku drugi kościół, bo stary okazał się za mały dla rozrastającego się osiedla. Cmentarz otoczono ogrodzeniem z białych bloczków. Stawy Burstmana zostały zrewitalizowane i stanowią jeden z ładniejszych elementów parku.
Rzeczą znamienną jest, że gdy powracam do starych tekstów, dostrzegam to, co podczas pierwszego czytania było dla mnie mało istotne (co nie jest odkrywcze, ale myśl ta zawsze budzi przyjemne zdziwienie). Wawrzyszew w siedemdziesiątym szóstym, czyli w roku pierwszej lektury felietonu nie zwrócił mojej uwagi, ponieważ nazwa ta była dla mnie pustym dźwiękiem, jak nazwy innych miejscowości, w których nie byłem. W owym czasie bardziej zajmował mnie kontekst polityczny aktywności Andrzejewskiego: władze z powodu jego działalności opozycyjnej w Komitecie Obrony Robotników, którego był współzałożycielem, nałożyły na jego nazwisko i twórczość cenzorski zapis, co oznaczało zakaz publikacji (felieton został napisany kilka miesięcy po strajkach i tragicznych wydarzeniach w Ursusie i Radomiu). Pomimo to pisarz wciąż publikował w tygodniku Literatura dzięki redaktorowi naczelnemu, Jerzemu Putramentowi. Dla środowiska było to sporym zaskoczeniem, ponieważ Putrament, jako partyjny oberliterat, był negatywnie postrzegany nie tylko w kręgach rodzącej się opozycji demokratycznej (były tego powody wywodzące się z okresu stalinizmu). W tych trudnych dla Andrzejewskiego czasach Putrament podał mu rękę, nie ulegając presji twardogłowych wysokopartyjnych. Ocalił w ten sposób resztki swojej przyzwoitości. Tak oto splotły się ze sobą losy dwóch pisarzy stojących po przeciwnych stronach politycznej barykady.
SZPILA SATYRY STANISŁAWA TYMA W CZASACH PRL-U
Korelacja między literaturą a życiem w Polsce Ludowej bywała często dojmująca. I niekiedy śmieszna. Bynajmniej nie myślę tu o sprawach politycznych, jak na przykład o cenzurze czy innych formach tłamszenia twórców, lecz o trudnościach codziennego żywota, które zostały wygenerowane przez ustrój, a w pewnych latach jego funkcjonowania zintensyfikowane do granic absurdu. Owe absurdalne spiętrzenia znakomicie przedstawiał w swojej twórczości Sławomir Mrożek, którego nazwisko stało się synonimem takich sytuacji.
Innym twórcą zajmującym się podobnym obszarem spraw na styku totalitarnego ustroju i funkcjonowania społeczeństwa, lecz w odmiennych formach wyrazu, był Stanisław Tym; rysownik, autor sztuk, felietonów i humoresek, scenarzysta, reżyser i aktor. Tu pragnę go przypomnieć, jako felietonistę w czasach realnego socjalizmu, który potrafił inteligentnie wbić ustrojowi szpilę w kwestii braków towarów na rynku detalicznym.
W tygodniku Literatura (1975) zamieścił felieton Najnowocześniejsza koncepcja przestrzeni i czasu. Oto jego fragment: „[…] Przypominam, że koncepcją przestrzeni i czasu zajmowali się tacy uczeni jak Kartezjusz, Kant, Hume, […], Leibniz […], Maxwell, […] Einstein i inni. […]. Ja również doszedłem do pewnych sformułowań i wniosków dotyczących Przestrzeni i Czasu. Do sformułowań tych doszedłem stojąc (paradoks Tyma). Stałem zaś w kolejce po papier toaletowy w sklepie MHD. […] Pięć rolek papieru to jest minimum, poniżej którego nie zejdzie szaleniec, ani kontestator, najogólniej przyjęta norma to dziesięć rolek. Nanizuje się toto na sznurek i przewiesza sobie przez ramię. Stałem w tej kolejce po ten papier, kolejni obywatele odchodzili dumnie przepasani kulturalną toaletową szarfą, i wtedy właśnie stwierdziłem, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda, że wszyscy ci ludzie mają w tym przecież jakąś koncepcję”. W dalszej części tekstu Tym opowiada, że poza papierem toaletowym miał w domu inne zapasy: 5 płynów do zmywania, 8 kawałków mydła Caola, 6 puszek koncentratu pomidorowego, 3 ryzy papieru maszynowego, 4 pudełka kalki, 20 skoroszytów, 1000 szarych kopert. Następnie przeszedł do rozważania, że gdyby się pozbył tych zapasów, w małym mieszkaniu miałby więcej miejsca, ale wówczas musiałby zmarnować dwa dni, żeby zdobyć na mieście płyn Ludwik i inne produkty. Dzięki owym zapasom miał zatem więcej czasu kosztem przestrzeni, co natchnęło go do wymyślenia najnowocześniejszej koncepcji przestrzeni i czasu.
Zachwyt budzi, jak Stanisław Tym operował doskonałym ostrzem satyry. W okresie schyłkowego ustroju socjalistycznego, w połowie dekady gierkowskiej, zaczęło brakować wielu towarów i produktów niezbędnych do codziennego funkcjonowania, wśród których poczytne miejsce zajmował osławiony papier toaletowy. (Kronika filmowa z tych lat pokazywała wychodzących ze sklepu ludzi z girlandami papieru toaletowego na szyi). Stanisław Tym nie wyśmiewał wprost kulawego handlu, ani tym bardziej „przodującego ustroju” (na co zresztą nie pozwoliłaby mu cenzura), ale skonstruował w tym celu zgrabną teorię przestrzeni i czasu, dzięki której tym dosadniej obnażał słabości tegoż ustroju.
UWOLNIENIE OLEGA SENCOWA
Ukraiński pisarz i reżyser filmowy, Oleg Sencow, został porwany w 2014 roku przez rosyjską służbę bezpieczeństwa (FSB) i skazany w sfingowanym procesie na karę dwudziestu lat więzienia za rzekomą działalność terrorystyczną. Przebywał w obozie karnym w Jakucji na wschodzie Syberii.
Polska Akademia Filmowa (PAF), której jestem członkiem, słała do władz rosyjskich protesty i żądania uwolnienia Sencowa. Informacje o tym jakimś sposobem do niego docierały. Przez kilka lat podczas każdej gali przyznawania nagród filmowych „Polskie Orły”, goście na widowni otrzymywali duże żółte kartki o treści: UWOLNIĆ OLEGA SENCOWA. Podnosiliśmy je w górę, by protest był widoczny podczas transmisji telewizyjnej. Za każdym razem, gdy trzymałem wydrukowane żądanie, zastanawiałem się, czy ta akcja będzie skuteczna. Znając naturę rosyjskich dyktatur, w którą wszczepiony jest gen odporności na wszelkie wolnościowe apele płynące z Zachodu, miałem poważne wątpliwości. Aż tu nagle – ku zaskoczeniu wielu obserwatorów i polityków – rosyjska włast’ we wrześniu 2019 roku uwolniła go.
Drugiego marca 2020 roku na kolejnej uroczystości przyznawania i wręczania nagród Polskich Orłów w Teatrze Polskim na scenie pojawił się Oleg Sencow. Wzruszony podziękował serdecznie za polskie wsparcie, szczególnie filmowcom. Akademia Filmowa przyznała mu Orła Specjalnego „Za odwagę i niezłomność”. Wszyscy zebrani na widowni teatru podnieśli żółte kartki z aktualnym napisem: OLEG SENCOW WOLNY w czterech językach: polskim, angielskim, rosyjskim i ukraińskim. Ja miałem kartkę w języku ukraińskim. Byłem świadkiem rzadkiej sytuacji, że płynące żądania z wolnego świata do dyktatorskich władz Rosji wzywające do uwolnienia niesłusznie więzionego człowieka, odniosły pozytywny skutek. Sprawdziło się oklepane, ale jakże cudowne powiedzenie: „Wiara czyni cuda”.
CASUS POLONY
„A teraz się zamknij i słuchaj, miły człowieku. Bo pan za dużo mówi. To jest wywiad ze mną, a nie z panem. Albo ja będę mówić, albo pan. Jeśli pan, to ja wychodzę” – tak powiedziała (paracytat) aktorka Anny Polony do Łukasza Orbitowskiego, który kilka lat temu przeprowadzał z nią wywiad dla TVP Kultura.
Dlaczego zdarzenie to nazwałem casusem Polony? Ponieważ w wielu telewizyjnych i radiowych wywiadach dziennikarze (Orbitowski akurat jest pisarzem) często mówią więcej, niż zaproszeni goście. Dialogując ze znanymi ludźmi przed mikrofonami i kamerami przedstawiciele mediów popisują się swoją wiedzą i nieustannie wchodzą interlokutorom w pół słowa. Jest to nie tylko niegrzeczne, ale przede wszystkim irytujące. Jestem rad, że nareszcie ktoś się temu sprzeciwił. Musiała to jednak uczynić osoba z autorytetem nie obawiająca się, że nie zostanie do studia ponownie zaproszona.
EPIDEMIE JAKO MATERIA TWÓRCZOŚCI
Na przestrzeni dziejów ludzkość wielokrotnie doświadczała różnych pomorów. Te bolesne wydarzenia stanowiły jednocześnie tworzywo dla twórców, dzięki którym wiemy jak one przebiegały i jaki miały wpływ na człowieka. W starożytności pojawiły się trzy wielkie plagi: zaraza Antoninów, zaraza ateńska i dżuma justyniańska. Tę pierwszą, która nawiedziła Rzym w II wieku n.e., dobrze przedstawił rzymski lekarz greckiego pochodzenia Galen (Klaudiusz Galenus). Z racji jakości jego opisu jest on również traktowany jako pisarz.
W XIV wieku Europę spustoszyła „Czarna Śmierć”, czyli dżuma przybyła jedwabnym szlakiem z Azji środkowej. W 1348 roku dotarła do Florencji, zabijając ponad połowę jej populacji. Nie zarażeni mieszkańcy uciekali za miasto, by uniknąć śmierci. Wydarzenie to stało się inspiracją dla Giovanniego Boccaccia, który napisał sto nowel pt.: Dekameron. Spoiwem łączącym różne epizody jest grupa dziesięciu młodych uciekinierów z Florencji opowiadających sobie dykterie, wśród których kilka jest całkiem pikantnych. Ewenementem jest, że książka przez siedemset lat jest nieustannie wznawiana i czytana. Przyczyny jej popularności to przede wszystkim wartości literackie, ale także świadectwo życia epoki oraz szczegółowe wątki seksualne. Na marginesie powiem, że w Stanach Zjednoczonych ustawa Comstocka z XIX wieku, zabraniająca publikacji m.in. książek opisujących seks, de facto umieściła Dekamerona na indeksie.
W 1665 roku Londyn nawiedziła epidemia dżumy, znana jako Wielka Zaraza, pochłaniając około sto tysięcy mieszkańców. Była ostatnią dużą ekspansją dżumy w Anglii podczas trwającej kilkaset lat pandemii. Samuel Pepys w Dzienniku (pisanym szyfrem), patrząc oczami świadka, dał realistyczny obraz epidemii. Choć rzecz potraktował pobocznie, notatki kreślone z dużym talentem świetnie ukazały codzienne życie w zagrożeniu i nastroje społeczne.
W literaturze pięknej jednym z najbardziej znanych powieściowych opisów epidemii jest Dżuma Alberta Camus. Zaraza w algierskim Oranie była pretekstem do przedstawienia głębszego przesłania, którego istotą jest pleniące się zło oraz kształtujące się pod jego wpływem i na jego tle postawy ludzi. Dzięki walorom literackim i uniwersalności dzieło Alberta Camus pozostaje wciąż aktualne.
Z początkiem lata 1963 roku we Wrocławiu wybuchła epidemia czarnej ospy (ospa prawdziwa). Dobra organizacja i poświęcenie pracowników służby zdrowia (m.in. dr Alicji Surowiec) spowodowały, że we wrześniu została opanowana. Będąc małym chłopakiem zostałem zaszczepiony, jak wszyscy mieszkańcy Dolnego Śląska. Idąc z kolegami na szczepienie i stojąc w kolejce w strzelińskim ośrodku zdrowia, pamiętam atmosferę wiszącego w powietrzu niepokoju. W listopadzie 1963 roku został nadany w Polskim Radio reportaż Heleny Małachowskiej i Jadwigi Skotnickiej Alarm dla miasta odwołany. Jerzy Ambroziewicz napisał Zarazę, reportaż ukazujący psychologiczne aspekty stanu zagrożenia dolnośląskiej społeczności. Na podstawie jego scenariusza (który napisał wspólnie z reżyserem) Roman Załuski zrealizował w 1972 roku film Zaraza. W kwietniu br. ukazała się książka Katarzyny Drogi Czarne lato, opowieść na bazie tejże epidemii. Planowany jest też krótki serial telewizyjny Czarna śmierć osnuty na motywach powyższych wydarzeń.
Przejdźmy do najnowszej pandemii, która pojawiła się w Polsce w 2020 roku pod nazwą Covid-19 (coronawirus). Nie zamierzam opowiadać jej przebiegu, chcę tylko podzielić się krótką refleksją, jak ten okres zniosłem. Znajdując się w epidemicznym „areszcie domowym” starałem się przywyknąć do nowych warunków wynikających z izolacji. Przypomniałem sobie wówczas słowa Spinozy, że wolność to uświadomienie konieczności. Spinoza pierwszy sformułował tę myśl. Tu trzeba zaznaczyć, iż filozof miał na myśli zrozumienie praw przyrody, na które nie mamy wpływu, a które należy zaakceptować. (W naszej świadomości wciąż złogiem zalega przekaz jakoby twórcą tej sentencji był Karol Marx). Skojarzyłem także, że izolacja była zjawiskiem powszednim podczas niemieckiej okupacji. Czesław Miłosz powtarzał za Karolem Irzykowskim, że okupacja to czas darowany, który należy wykorzystać na intensywną pracę twórczą, oderwanie się od życia i skupienie wewnętrzne. Poeta dobrze wykorzystał ten okres, ucząc się angielskiego, tłumacząc poetów anglojęzycznych, pisząc eseje, wiersze i dramaty. Podążając tropem myśli Irzykowskiego zaakceptowałem konieczność odosobnienia i starałem się pisać. Jeśli nie pisałem, robiłem coś pożytecznego, myśląc: „Zawsze będę miał dość roboty, aby się nie nudzić”. Myśl prosta, jak zwykła trzcina (lub pascalowska, jak kto chce).
W izolacji potrzebujemy odpowiedniej jakości stymulacji, aby nie zwariować. Nota bene nie dziwię się więźniom przebywającym przez lata za kratami, którzy mając zbyt mało bodźców po pewnym czasie nie wytrzymują; wówczas stwarzają sobie własne bodźce, najczęściej nielegalne i szkodliwe dla siebie, by się pobudzać i wytrwać w zniewoleniu. Wielu z nich jednak nie wytrzymuje, rodzi się przemoc, bunty, samookaleczenia, samobójstwa… Ad rem. Podczas pandemii ponownie ożyły nadzieje, że to dojmujące doświadczenie pozytywnie zmieni ludzi. Istotna do tego wątku dygresja: po wylądowaniu człowieka na księżycu w 1969 roku taką nadzieję miał Tadeusz Różewicz, który w telewizyjnym programie Aleksandra Małachowskiego Rozmowy z pisarzami, powiedział: „Po wylądowaniu ludzi na księżycu myślałem, że człowiek będzie lepszy, że nie będzie dla drugiego wilkiem…”. Słowa poety cytuję z pamięci (oglądałem ten program).
Powracam do poprzedniej myśli, czyli do zdania po „Ad rem”. Dziennikarz TVN, Piotr Marciniak rozmawiał z pisarzem, Andrzejem Stasiukiem. Mając prawdopodobnie nadzieję, że w okresie doświadczeń związanych z Covidem-19 świat zmieni się na lepszy, zapytał pisarza:
– Czy koronawirus coś zmieni w naszym życiu?
– Nic nie zmieni – odparł krótko Stasiuk. – Tak jak to było po śmierci Jana Pawła II.
Pisarz nie miał w tej kwestii żadnych złudzeń, wykazując większą tzw. mądrość życiową, niż wybitny poeta Tadeusz Różewicz. Podobną do różewiczowskiej naiwnością wykazał się pisarz, Zygmunt Miłoszewski, który sądził, że po pandemii coś się zmieni w ludziach i na świecie (wywiad dla Gazety Wyborczej z czerwca 2020).
Owszem zmieniło się. Na gorsze.
NAGRODY DLA TWÓRCÓW
Nie trzeba nikogo przekonywać, że nagrody są ważną częścią życia twórców. Przyznawane są za konkretne dzieło lub za całokształt dokonań. Wielu literatów i artystów marzy o otrzymaniu nagrody, która potwierdziłaby wartość dzieła, dałaby nowy impuls do dalszej pracy, wyniosłaby autora na wyższy poziom w hierarchii społecznej i wśród kolegów, przynosząc satysfakcję, a wreszcie poprawiłaby sytuację materialną.
W starożytnych Atenach organizowano konkursy teatralne (festiwal dionizyjski, czyli Dionizje), będące istotną częścią życia kulturalnego. Nagrodą dla dramaturgów był wieniec laurowy (czasem z liści palmy), co dawało zwycięzcy szacunek widzów i powszechne uznanie. Jednym ze zwycięzców Dionizjów był najwybitniejszy tragik grecki, Sofokles, który kilkakrotnie zdobywał nagrody w konkursach tragedii. Po raz pierwszy zwyciężył w konkursie literackim, gdy miał dwadzieścia osiem lat, pokonując znanego, starszego o pokolenie, Ajschylosa. Dla twórców z innych dziedzin sztuki nie organizowano konkursów. Na przykład rzeźbiarze czy architekci mogli jedynie liczyć na zlecenia i sławę.
W starożytnym Rzymie istniały zawody poetyckie z okazji świąt religijnych i cesarskich. Brali w nich udział także amatorzy. Na przełomie kwietnia i maja odbywały się Floralia (Ludi Floreales) na cześć bogini kwiatów i wiosny, Flory. Podczas święta odbywały się występy sceniczne i zawody w cyrku. Nie przyznawano nagród, z wyjątkiem drobnych upominków. Dla najlepszych twórców nagrodą był prestiż i uznanie.
Przez kilkaset lat nie organizowano w Europie konkursów literackich, ani artystycznych. Dopiero w średniowieczu (od 1324 roku) odbyły się pierwsze Igrzyska Kwietne trubadurów w Tuluzie. Kontynuowane rokrocznie, rozpoczynały się pierwszego maja. Konkurs poezji rozgrywał się w językach prowansalskim i katalońskim. Najprawdopodobniej inspirowany był rzymskimi Floraliami. Igrzyska Kwietne uważane są za najstarszy w czasach nowożytnych konkurs literacki w Europie. Nagrodą za najlepszy wiersz był złoty fiołek (violeta d’aur), drugą nagrodą była srebrna dzika róża (eglantina), pozostałe przyznawane były również w formie kwiatów. Pierwszym zwycięzcą został Arnaut Vidali de Castelnou d’Ari za utwór na cześć Matki Boskiej. Konkursy trwały z przerwami ponad półtora wieku.
Podobne festiwale odbywały się w Walencji od 1393 roku na cześć Najświętszej Maryi Panny. Wzorowane były na igrzyskach w Tuluzie. Pierwszy zanotowany konkurs poetycki odbył się 28 marca 1395 roku w obecności króla Aragonii Jana I. Nie zachował się jednak żaden przekaz o zwycięzcach i nagrodach.
Po długiej przerwie w maju 1859 roku powrócono do tradycji kwietnych igrzysk w hiszpańskiej Katalonii, podczas których rozgrywano konkurs poezji pod hasłem „Ojczyzna, Wiara, Miłość”. Były cztery nagrody: Złota Róża za najlepszy wiersz patriotyczny, Złoty Fiołek i Srebrny Fiołek za najlepszy wiersz religijny oraz Polny Kwiat za najlepszy wiersz miłosny. Igrzyska trwały do chwili wybuchu hiszpańskiej wojny domowej w 1936 roku. Reaktywowano je w 1978 roku po pierwszych w kraju wolnych wyborach; organizowane są w Barcelonie.
W okresie rozkwitu baroku za konkurs artystyczny można uznać wystawy obrazów i rzeźb. Pierwszy salon artystyczny został zorganizowany za panowania Ludwika XIV w Luwrze w 1667 roku (czasowo nieregularny), będący wystawą prac Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby. Od 1737 roku był imprezą cykliczną. Uczestnictwo w nim oraz w późniejszych Salonach Paryskich było dużym wyróżnieniem (jury przeprowadzało selekcję prac). W następnych latach zaczęto przyznawać nagrody w formie złotych, srebrnych i brązowych medali. Prestiż Salonu był tak duży, że w 1863 roku artyści, których dzieła przez jury zostały odrzucone, zorganizowali protest. Ujął się za nimi cesarz Napoleon III, powodując, że zorganizowano Salon Odrzuconych, prace w nim wystawili m.in. Edouard Manet i Paul Cezanne.
Należy jeszcze wspomnieć, że w wielu krajach istniał mecenat królewski i możnowładców, co było formą nagrody. Dzięki mecenatowi wybrani twórcy zyskiwali sławę oraz mieli zapewniony byt.
Współcześnie bardzo dużo jest konkursów artystycznych we wszystkich rozwiniętych krajach. Nie starczyłoby kilkunastu stron zapisanych maczkiem, by je wszystkie wymienić. W czasach najnowszych najbardziej prestiżową i najstarszą formą „konkursu” literackiego jest Nagroda Nobla przyznawana od 1901 roku. Pierwszym laureatem został francuski poeta Sully Prudhomme.
Jak wiadomo w twórczości nie tyle chodzi o nagrody (oczywiście nie należy ich lekceważyć), co o wartość dzieła, o sposób jego przedstawienia. W czasach Johanna Wolfganga Goethego za utwory literackie nie przyznawano złotych laurów, medali, czy pucharów. Istniało jednak coś, co według niego było (i wciąż może być współcześnie) najwyższą formą wyróżnienia dla twórcy: „Dość, że udało mi się to, co stanowi nagrodę każdego twórcy i fabulisty: rozbudzić, ciekawość, przykuć uwagę, podnieść do przedwczesnego rozwiązywania nieprzeniknionych zagadek, zaskoczyć słuchaczów, skonfundować ich spiętrzeniem coraz to dziwniejszych dziwności, wzniecić litość i trwogę, troskę i wzruszenie, a na koniec zastąpić pozorną powagę pomysłowym i wesołym żartem i w ten sposób uspokoić umysły, dostarczyć wyobraźni treści do nowych obrazów, rozumowi zaś do dalszych rozmyślań” (Z mojego życia. Zmyślenie i prawda).
NIESPRAWIEDLIWY RYNEK KSIĄŻEK
Jakub Janiszewski rozmawiał w radio TOK FM z Agatą Sikorą, pisarką i krytyczką literacką, autorką książki Wolność, równość, przemoc (audycja Nagłe zastępstwo, 23.07.2023). Rozmowa odbyła się po opublikowaniu przez nią w internetowym Dwutygodniku (nr 363) artykułu Czy my się przypadkiem nie znamy?, który wywołał w środowisku pewne poruszenie. Agata Sikora napisała m.in. że odnośnie do reguł krytyki literackiej wszyscy znaleźli się w bagnie.
Oto najważniejsze (zapamiętane przeze mnie) sprawy poruszone w audycji:
– poczucie niesprawiedliwości rynku książki,
– problemy etyczne związane z krytyką książek; nieczystość sytuacji, niejasna sieć zależności, przemieszanie spraw, siła płytkich więzi, brak rozdzielenia sfer: pisarz – krytyk – sponsor,
– nadzór korporacyjny nad rynkiem książek znajdujący się poza demokratyczną kontrolą,
– brak wsparcia dla twórców ze strony państwa („Państwo zostawiło ich na ugorze, za tą biedą stoją politycy”).
Zdaniem pisarki nie ma czystej gry literackiej, która istniała przed internetem, przed portalami społecznościowymi. Powraca się do funkcjonowania literatury w sposób towarzyski przez internet, podobnie, jak to było kiedyś w salonach literackich i w korespondencji; z tą różnicą, że kiedyś były ukryte więzi towarzyskie, teraz są one bardziej widoczne, ale sieć zależności nie jest jasna. Nie powinno się udawać niezależności, lecz należy być transparentnym.
Po upływie dwóch lat od tej rozmowy problemy są wciąż aktualne. Mało tego, po upływie trzydziestu sześciu lat od odzyskania wolności nie rozwiązano tych problemów, które wciąż się nawarstwiają. Pytanie retoryczne: dlaczego nie podjęto do tej pory poważnego dyskursu w tej materii? Nie mówię o rozsupłaniu węzła gordyjskiego, bo najprawdopodobniej nie da się go rozsupłać. Może trzeba pójść w tym względzie za przykładem Aleksandra Macedońskiego? Oczywiście jakieś próby były i są podejmowane. Jednak władze państwowe pozostawiły rynek książki, niczym ugór, na którym mocniejsi (twórcy na pewno nimi nie są) dyktują swoje warunki i ustanawiają prawidła.
ZAKOŃCZENIE
Przedstawione tu wybrane zdarzenia: czy to drobne, czy istotne, ale zawsze zajmujące, mocno splecione z życiem zarówno społecznym, jak i indywidualnym, stanowiły dla pisarzy, poetów i innych artystów tworzywo, na podstawie którego powstawały znaczące dzieła. I z pewnością będą powstawały w przyszłości dla dobra sztuki, literatury i ku pożytkowi ogólnemu.
Franciszek Czekierda





