Polskie elity są bezdennie głupie
Andrzej Walter
Te słowa wypowiedział w wywiadzie dla Polsatu niejaki Łukasz Pawłowski szef Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, jednym krótkim słowem – kolejnej z ostatnio nieco skompromitowanych sondażowni społecznych, których prognozy polityczne przecież jakże daleko rozmijały się z rzeczywistością. Dziennikarz prowadzący ów wywiad – Grzegorz Jankowski, aż zaniemówił na krótką chwilę, aby wrócić ekspansywnie do tej śmiałej tezy, ale bohater programu podtrzymywał ją bardzo wytrwale i dzielnie.
Czy to aż taka śmiała teza? Niestety nie. Właściwie wybrzmiewa to wszędzie jakby coraz częściej i w coraz różniejszych kontekstach. Polskie elity są bezdennie głupie. Dlaczego? To oczywiste pytanie pierwsze. Jednak warto po kolei zacząć od zdefiniowania choćby kim są owe elity w Polsce? Otóż w Polsce, jak to w Polsce, panuje zwyczaj powiedzenia: to nie my, to Oni. Odlegli i dalecy, mgliści i niezdefiniowani Oni, słowem nie my, a inni … są winni. Kto jest elitą? Oni. Jacy Oni? A to już sprawa … marynarki wojennej.
Trzeba zatem w końcu raz dobitnie powiedzieć, że tymi elitami są: wyższej rangi naukowcy, lekarze, prawnicy, wszelkie wymagające wielu szczebli edukacji wolne zawody czy ludzie posiadający jakąkolwiek władzę w społeczeństwie, począwszy od biskupa a skończywszy na prezydencie miasta. Zatem to nie żadni Oni, tylko wy Panie i Panowie w każdej społeczności lokalnej tworzycie takie elity, z których później biorą się premierzy czy prezydenci albo choć ministrowie, z których wyrastają postacie wiodące w dyskursie społecznym, które trafiają na łamy gazet, mediów, przekazu. Wy tworzycie te elity, które powinny nieustannie czytać książki, zdobywać wiedzę, rozwijać się, aby sprostać oczekiwaniom i wyzwaniom. I stanie nagle przed kamerą jakiś człowieczek i powie: polskie elity są bezdennie głupie. Bo są. I teraz może powinniśmy przejść do rozdziału dlaczego.
Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka prosta. Zgłupienie elit to przecież wcale nie tylko polska specyfika. To powiedziałbym tendencja światowa, taki wyświechtany frazes jakim jest trend w postaci: zamiany kultury słowa na kulturę obrazka, komercjalizacja sztuki, wszelkiej maści egalitaryzm społeczny, deformacje demokracji dające równy głos każdemu czy bezustanne obniżanie wszelakich poziomów: począwszy od zachowań ludzkich na języku skończywszy. Cyfrowość świata i złudzenie anonimowości w sieci też dołożyło swoje cegiełki, a systemy edukacji wraz z jej poziomem w wymiarze mikro zbierają już dziś owoce owej degradacji.
Upadek naszego świata wiąże się też z dokonaną już rewolucją technologiczną wywracającą do góry nogami systemy spędzania czasu wolnego tudzież podaż rynkową tak zwanej oferty rozrywkowej, która przy zaniku czytelnictwa wkroczyła w fazę orgii wyboru wszelakiego od wiszenia na ściankach po eventy wszelakie przeróżnej maści i jak zwykle przeróżnego też poziomu. Zatem nie czytamy, mamy co robić i mamy z czego wybierać, aby spędzić wolny czas. Kuszą nas spa, zabytki, miejsca wyjątkowe, teatry, wystawy, pokazy i koncerty, kuszą nas wodzireje, restauracje, szlaki i czarodzieje wszelacy w kształcie i formie dotąd niespotykanej. Jak się temu oprzeć, aby nie zgłupieć? To doprawdy niemal niemożliwe.
Nadal jednak mamy wybór. Powiedzieliśmy chwilę temu, że ogromny. Tylko że jest to wybór niemal dramatyczny. Wybór wymagający. Wybór nieba i piekła. Czy iść na łatwiznę, czy też postawić sobie poprzeczkę wyżej? Czy iść na skróty, czy drogą bardziej zawiłą, ale i w efekcie przynoszącą więcej satysfakcji finalnej. Jednym słowem czy obejrzeć Jamesa Bonda czy męczącego Bergmana? Większość dziś wybiera Bonda i jest to większość tak ogromna, że musi pochłonąć i elity. Bo te elity są słabe, rachityczne, wątłe jak nowo narodzona roślina na pustkowiu coraz bardziej suchym i bezludnym. I znów warto się zapytać dlaczego? Tak wiele pytań i tak niewiele odpowiedzi.
Lubię pisać tak, abyście to Wy chcieli sami sobie udzielać takich odpowiedzi, sami sobie podążali za moim zadawaniem pytań, bo przecież po to czytamy, aby myśleć, a po to myślimy, aby się dowiedzieć, aby nazwać, aby rozpoznać … aby mieć poczucie wiedzy i dzięki temu jakiejś choćby namiastki pewności. Choć żadnej pewności nie ma, ale fakt, że nasze dzisiejsze elity są bezdennie głupie jest coraz bardziej dojmujący i rozpoznawalny. Nie wywołuję nikogo do tablicy, nie nazywam po imieniu, nie piszę i nie oskarżam konkretnie, nie o to mi chodzi i w tej materii w ogóle nie o to chodzi. Chodzi bowiem o to, że przegrywamy tym przyszłość i to jest smutek największy, że trwonimy co było, a jutro jawi się … niebezpieczne. Sami sobie to robimy. Nie Putin z Trumpem tylko my, sami sobie. Każdy powinien stanąć przed lustrem i sam siebie zapytać co ostatnio wybrał? Jaką książkę przeczytał? Jak i czego w przestrzeni społecznej poszukiwał? Kogo słuchał, co oglądał, gdzie poszedł?
Niewiele zmienimy jednak w świecie, w którym nadal młodzi ludzie naśladują tych, którzy właśnie odeszli i potrafią znów powiedzieć: – ja panu ręki nie podam. To ostatnio znów spotkało jednego z naszych przyjaciół poetów w pewnym warszawskim autobusie. Telekomunikacja miejska spełzła na niczym. Dzielimy się czy tego chcemy czy nie. Nie pogodzimy się jeśli będziemy a priori zakładać, że Kowalski czy Nowak to – i tu podstawcie sobie akceptowalny epitet.
Niewiele też zmienimy w świecie, w którym wychowujemy bez stawiania wymagań, w którym pozwala się na wiele nie zmuszając do niczego. W świecie, w którym dopuszcza się do deformowania rzeczywistości na skalę przemysłową, a w którym tę rzeczywistość okrada się z zasad, z wartości, z granic czy etyki. Ja wcale nie zmierzam ani upominać, ani moralizować, ani pouczać, choć zaraz usłyszę – zgred, dziaders, nudny do bólu kaznodzieja. A róbta co chceta
Uderzyły mnie te słowa. Ta myśl. Polskie elity są bezdennie głupie. Rzucone w eter w było nie było mainstreamowych mediach, rzucone mimochodem, ale dobitnie, a co gorsza oddające ducha czasów i nastrój społeczny. Myśl karygodna, karkołomna i obrazoburcza, ale myśl i teza niestety prawdziwa. A co Wy o tym myślicie…?
Andrzej Walter






Podoba mi się ten obrazoburczy felieton. Ja, wrażliwa niewiasta, do niedawna jeszcze nieśmiała i łatwo oblewająca się gorącym rumieńcem, nie miałabym odwagi tak napisać. Ani poruszyć tego tematu. Ale coś dodać mogę.
Po pierwsze: co to jest elita? I prosta, naiwna odpowiedź: ELITA, TO LUDZIE, KTÓRZY SĄ OD NAS MĄDRZEJSI I POWINNI NADAWAĆ TON – PRZYKŁAD – SZARYM OBYWATELOM.
JA TO KRYTERIUM STOSUJĘ TYLKO DLA LUDZI NAJMĄDRZEJSZYCH.
Dlatego nie mam problemu, że ktoś w TV gada niemądrze, że pokazuje się nie od tej strony, która mnie imponuje, bo taki/taka nie jest dla mnie elitą, ale tylko osobą znaną, popularną, pokazującą się wszędzie, lansowaną.
A znam bardzo dużo ludzi mądrych, którzy mi imponują.
Rozpoznaję takich po inspirujących książkach, jakie piszą, po mądrych wypowiedziach i niezwykłej osobowości. I tu dorzucę stale mnie frapującą myśl dr Strzembosza z jego wykładów dla nas – studentów psychologii – o historii filozofii. Mówił, że w starożytności często pasterze, pilnujący nocami stada owiec, zostawali filozofami, bo mieli dużo czasu na rozmyślania. A wokół siebie bezmierne niebo z gwiazdami i ziemię – do obserwacji i wymyślania praw przyrody.
Ja na razie tyle, bo może tak zainspirowana, zdobędę się na przezwyciężenie stanu ogórkowego i sama napiszą o tym felietonik.
Krystyna Habrat.
Bardzo ciekawa uwaga, dziękuję. Ostatnio dostrzegam okołomedialną dyskusję właśnie w tym temacie i usłyszałem gdzieś, że należy rozróżnić elity od klasy panującej, gdyż to dwie różne płaszczyzny pojęciowe. Niestety jedni podszywają się pod drugich, albo też uzurpują sobie prawa do odmiennego postrzegania. Cierpimy też zapewne na pogłębiający się deficyt elit. Ludzie uznawani za mądrych, za wzorce okazują się idiotami, sami obnażają swoją miałkość nagannymi emocjami czy uleganiem propagandzie. Temat jest rozwojowy, niestety. Zostawmy to. Co do pasterzy – filozofów, to raczej od wieków niewiele się zmienia. Trzeba usiłować być „pasterzem”, aby przykładowo tworzyć … poezję… Odwieczna prawda. Może w naszych czasach coraz jaskrawsza