Irena Kaczmarczyk – wywiad z prof. Waldemarem Hładkim w Jamie Michalika
Waldemar Andrzej Hładki
Dla literatury podpisałby z diabłem cyrograf
Irena Kaczmarczyk: Waldku, posiadasz tak wiele pasji, iż nie wiadomo od której zacząć. Nasz wspólny kolega Andrzej Walter określa Ciebie tak: lekarz medycyny, romantyk, idealista i marzyciel, poeta, podróżnik, renesansowy człowiek wielu pasji, ale i rozkochany w literaturze prezes Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Dla literatury podpisałby z diabłem cyrograf. Jak odniesiesz się do tej opinii?
Waldemar Andrzej Hładki: Andrzeja Waltera bardzo cenię i szanuję. To bardzo dobry poeta, krytyk literacki, znawca literatury. Zawsze z zainteresowaniem czytam jego artykuły na temat współczesnej poezji i poetów polskich. Mam Jego tomiki poezji i książki. Posiada jedną bardzo szczególną cechę charakteru. Jest oddany prawdzie o polskiej literaturze współczesnej, o której potrafi pisać nawet jeśli jest to czasami gorzka prawda, którą umie poddać surowej ocenie. Cóż, pozostaje mi tylko podziękować Andrzejowi za takie słowa o mojej skromnej osobie i zgodzić się z nimi, choć nie ukrywam, że wprawiają mnie trochę w zakłopotanie i nie wiem czy nie są zbyt dla mnie łaskawe.
Pozwól, że rozpocznę od Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Już trzecią kadencję pełnisz funkcję prezesa tej literackiej organizacji. Przybliż, proszę, jej historyczny rys…
Unia Polskich Pisarzy Lekarzy (UPPL) powstała z potrzeby zjednoczenia we wspólnym stowarzyszeniu lekarzy, którzy uprawiali pisarstwo, którzy chcieli pielęgnować i rozwijać wartości humanistyczne profesji lekarskiej. Stało się to podczas Założycielskiego Zjazdu, który obradował w Radziejowicach dn. 6 -7 X 1967 roku. Wśród założycieli znaleźli się pisarze o znanych już nazwiskach i znaczącym dorobku literackim: Jerzy Pomianowski, Stanisław Lem, Danuta Bieńkowska, Jerzy Lutowski, Stanisław Sterkowicz, a wkrótce swój akces do Unii zgłosili także profesorowie – Julian Aleksandrowicz, Bolesław Górnicki, Henryk Gaertner, Kazimierz Czyżewski, Witold J. Kapuściński, Maciej Wit-Rzepecki oraz wielu innych. Na początku nasze stowarzyszenie przyjęło nazwę UPPM – Unia Polskich Pisarzy Medyków, gdyż pod naciskiem ówczesnych władz państwowych chciano, aby należeli do nas także przedstawiciele innych zawodów medycznych. Ten układ wprawdzie nie był całkiem zgodny z założeniami Światowej Unii Lekarzy Pisarzy (UMEM), do której należała również UPPM, ale z czasem sprawa ta jakoś przycichła. Trzeba przyznać, że UPPM pomimo wielu uzależnień od władz PRL, cenzury i ZG ZZPSZ – rozwijała się dość dynamicznie. W latach siedemdziesiątych XX wieku liczyła już ponad 70. członków. Ogłoszenie stanu wojennego spowodowało zawieszenie działalności UPPM aż na 3 lata. Ponowna rejestracja Unii nastąpiła dopiero w 1985 roku. Przyjęliśmy wtedy nazwę Unia Polskich Pisarzy Lekarzy, a nowo wybrany zarząd opracował statut, zgodny z założeniami UMEM. Odnowiona Unia początkowo liczyła zaledwie 35. członków. Szybko liczba członków sięgnęła nieco ponad dziewięćdziesiąt osób. Obecnie Unia zrzesza 72. członków – wyłącznie absolwentów Akademii i Uniwersytetów Medycznych. Co 4 lata odbywają się wybory władz UPPL. Naszym celem jest kultywowanie tradycji literackich w polskim środowisku medycznym, popieranie twórczości literackiej lekarzy. Rozbudzanie i upowszechnianie idei oraz wartości etycznych i humanistycznych w środowisku medycznym, istotnych dla właściwego pojmowania i wykonywania obowiązków lekarza, pogłębianie związków między naukami medycznymi i humanistyką. Ponadto udzielanie swoim członkom pomocy w publikowaniu utworów literackich, organizowanie współpracy pisarzy środowiska medycznego w szerzeniu idei humanistycznych, ważnych dla rozwoju medycyny i literatury. Myślę, że świadectwo historii naszej Unii potwierdza, że się nam to udaje.
Czy UPPL posiada swoje publikacje?
W 1978 roku uzyskaliśmy zgodę na wydawanie własnego Almanachu–SPEKTRUM. Do chwili obecnej UPPL wydała już osiemnaście Almanachów. W latach 1994-95-96 ukazały się trzy edycje tzw. Skarbczyków (w każdym roku po pięć tomików formatu A-6), a po zakończeniu tej serii zaczęliśmy wydawać ZESZYTY UPPL. Do chwili obecnej ukazało się czterdzieści zeszytów. Od roku 2018 Unia wydaje także almanachy pod wspólnym tytułem Spotkanie ze słowem, będące pokłosiem sympozjów UPPL. Do tej pory wydano trzy takie almanachy. Przez 7 lat UPPL miała w Gazecie Lekarskiej swoją stronę, na której zamieszczano najważniejsze sprawozdania i komunikaty, ogłaszano konkursy literackie oraz prezentowano sylwetki lekarzy-pisarzy, a także wydawane przez nich książki. Od kilku lat informacje te ukazują się w kolejnych, wybranych numerach czasopisma w zależności od zaistniałych zdarzeń, których sprawcą są członkowie UPPL.
W 2016 roku założyłeś stronę internetową uppl.pl. Wzbudza zainteresowanie?
Ogromne! Jestem z niej bardzo dumny, bo cieszy się zainteresowaniem nie tylko pisarzy lekarzy. Do chwili obecnej naszą stronę odwiedziło prawie sto dziesięć tysięcy osób. Liczba odwiedzin zakładek strony, których mamy nieco ponad dwadzieścia, sięgnęła sześciuset tysięcy wejść. Zarząd przekazuje swym członkom bieżące informacje w komunikatach, rozsyłanych 4-5 razy w roku drogą elektroniczną.
Z Twojej inicjatywy powstała też Biblioteka UPPL. Mieści się ona w stylowej, odrestaurowanej sali w Okręgowej Izbie Lekarskiej przy ul. Krupniczej w Krakowie, gdzie jesteś zatrudniony i zarazem pełnisz funkcję bibliotekarza czyli gromadzisz, opracowujesz i katalogujesz zbiory. Kiedy zrodziła się myśl gromadzenia książek polskich lekarzy i stomatologów? Jakie literackie dzieła nadsyłają medycy i jak prezes UPPL – z zawodu profesor chirurg ortopeda radzi sobie z klasyfikacją nadesłanych książek? Ile woluminów aktualnie liczy księgozbiór?
W tym samym roku, w którym założyłem stronę internetową, czyli w 2016, w siedzibie ZG UPPL powstała biblioteka UPPL. Jestem jej założycielem i opiekunem. Katalog naszych zbiorów to ponad tysiąc woluminów. Jest on dostępny na stronie internetowej uppl.pl, w zakładce biblioteka.
Zawsze uważałem, że gromadzenie książek autorstwa pisarzy lekarzy, książek z ich twórczością, wszelkich druków ulotnych i innych unijnych dowodów pisanych jest niezmiernie ważne i cenne dla tożsamości Unii i potwierdza niejako w sposób oczywisty świadectwo jej istnienia i działania. Moi poprzednicy nie zajęli się tym tematem, może z powodu braku świadomości, chęci, a może z powodu trudności lokalowych i braku należytego miejsca na takie przedsięwzięcie. Co prawda udało się w poprzednich latach zgromadzić około sto dwadzieścia książek, ale ówczesne władze oddały je do zbiorów Łódzkiego Uniwersytetu Medycznego w depozyt. Uważam, że był to błąd, bo biblioteka łódzka nadała książkom swoje numery katalogowe i wciągnęła je w swoje zbiory biblioteczne. Toteż kiedy objąłem stery unijnej działalności, nie miałem żadnej wątpliwości, iż musi powstać Biblioteka UPPL. Najpierw trzeba było odzyskać nasze książki znajdujące się w Łodzi. Nie było to takie proste i dopiero po osiemnastu miesiącach moich starań, wielu rozmowach i wysłanych pismach, książki te przyjechały do Krakowa, będąc zalążkiem Biblioteki UPPL. Była po temu doskonała okazja, bo wyremontowany budynek Okręgowej Izby Lekarskiej w Krakowie stworzył takie możliwości. W dniu 17.12.2016 roku uchwałą Zarządu Głównego UPPL podjęto decyzję o utworzeniu w siedzibie ZG w Krakowie, Biblioteki Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Ustalono, że opiekunem – kustoszem biblioteki będzie obecny prezes UPPL, czyli ja i tak jest do dzisiaj. Mając w zamyśle wypełnienie tego zadania, dokonałem zakupu dodatkowych przeszklonych, zamykanych mebli bibliotecznych, które posłużyły do przechowywania już istniejącego skromnego księgozbioru, który początkowo stanowiły głównie książki odzyskane z biblioteki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Na przestrzeni ostatnich lat zająłem się poszerzaniem i porządkowaniem posiadanych woluminów. Po konsultacjach z pracownikami krakowskich bibliotek, także po uzyskaniu potrzebnych rad od Ciebie Irenko, jako osoby bliskiej bibliotekarstwu, założyłem biblioteczny katalog książek i innych druków, który został podzielony na poszczególne działy: dział druków zwartych – książki wydane przez UPPL, dział druków zwartych – książki wydane przez członków UPPL, dział druków zwartych – książki, w których znajdują się utwory członków UPPL, dział druków zwartych – książki autorstwa lekarzy pisarzy, którzy w chwili wydania książki nie byli członkami UPPL, działy druków ulotnych. W sumie siedem działów z podziałem książek na egzemplarze archiwalne i użytkowe. Idąc z duchem czasu, w bibliotece znalazł miejsce także dział – archiwum cyfrowe, gdzie znajdują się dokumenty pisane na nośnikach elektronicznych oraz cyfrowe archiwum fotograficzne. Wszystko zostało ułożone we właściwym porządku z uwzględnieniem w niektórych działach także porządku alfabetycznego. Moją intencją było, aby biblioteka posiadała książki i inne druki zwarte oraz ulotne wydane nie tylko przez UPPL, czy naszych członków, ale także lekarzy, którzy uprawiali i uprawiają literaturę, lecz nie są członkami naszego stowarzyszenia. Posiadamy także zbiór dokumentów opublikowanych przez innych wydawców również prezentujących samych pisarzy lekarzy, jak i ich utwory literackie. Księgozbiór biblioteki ma być jak najszerszym świadectwem dorobku literackiego piszących lekarzy na przestrzeni kilkudziesięcioletniej historii UPPL, ale także wcześniejszego okresu. Podarowałem bibliotece mój prywatny księgozbiór książek pisarzy lekarzy w liczbie ponad dziewięćdziesięciu pozycji, które stały się moją własnością w czasie mojej ponad trzydziestoletniej przygody z UPPL. Wiele z tych książek posiada dedykację autora, co wydaje się tym bardziej cenne. Ponieważ biblioteka nie posiadała dzieł literackich ważnych pisarzy lekarzy, nie tylko członków UPPL, zakupiłem dla biblioteki z własnych środków finansowych książki Stanisława Lema, Wandy Półtawskiej, Juliana Aleksandrowicza, Wojciecha Wierciocha, czy Ałbeny Grabowskiej. Chcę, aby biblioteka była aktywnym tworem, dlatego istnieje możliwość zapoznania się z pozycjami księgozbioru w siedzibie biblioteki po wcześniejszym telefonicznym uzgodnieniu terminu i godziny wizyty w bibliotece. W chwili obecnej nasza książnica liczy 1058 woluminów.
Waldku, Twój bibliofilski zapał wzbudza podziw, ale to przecież nie wszystko. Opowiedz o kongresach, sympozjach, zjazdach, które corocznie organizujesz dla zrzeszonych w UPPL członków.
Działalność Unii Polskich Pisarzy Lekarzy ma dawać jej członkom możliwość pełnej integracji tego grona tak pod względem twórczym jak i towarzyskim. Dawać możliwość rozwoju literackiego i nawiązywania kontaktów także z innymi poetami i pisarzami. Służą temu organizowane sympozja i zjazdy. Zjazdy są związane bardziej ze sprawami organizacyjnymi samej działalności statutowo-administracyjnej Unii (zjazdy sprawozdawczo-wyborcze i zjazdy nadzwyczajne, z reguły zwoływane dla głosowań nad wnioskami Zarządu Głównego UPPL, które wymagają akceptacji w formie głosowania jej członków). Sympozja organizujemy od samego początku istnienia Unii. Do tej pory odbyło się sześćdziesiąt osiem takich spotkań, więcej niż Unia liczy lat, ale to dlatego, że w niektórych latach, przy sprzyjających warunkach organizowaliśmy także letnie sympozja. To oczywiście okazja do spotkania się, radowania z towarzysko, wspólnie spędzonego czasu, ale to także praca twórcza, organiczna nad sobą. Jednym z podstawowych punktów programu naszych spotkań są warsztaty literackie, na które zapraszamy znanych krytyków literackich. Otrzymują oni wcześniej anonimowe utwory, a potem podczas spotkania z nami omawiają je krytycznie. Dopiero po wydaniu opinii o zrecenzowanych tekstach autora, następuje jego ujawnienie i oczywiście rozpoczyna się na żywo wymiana zdań. Autor ma zawsze prawo do wyrażenia swojego zdania, a nawet polemiki z recenzentem. Jest to bardzo pouczające i niesie duży walor dydaktyczny dla nas (może dlatego tylu laureatów konkursu Przychodzi wena do lekarza wśród członków UPPL). W ostatnich latach liczba osób chcących wziąć udział w warsztatach jest tak duża, że jako ich organizator musiałem sam kilkakrotnie zrezygnować z publicznej recenzji moich tekstów, aby zaoszczędzony czas oddać innym kolegom. Podczas ostatniego sympozjum w Katowicach warsztaty trwały przez dwa dni, łącznie ponad dziesięć godzin. Uczestnicy warsztatów bardzo je sobie cenią.
Zainteresował mnie Twój pomysł nazwany Tekstowiskiem.
Kilka lat temu wprowadziłem do programu sympozjum zdarzenie literackie, które nazwałem Tekstowisko. Z reguły podczas pierwszego dnia po kolacji albo jeszcze podczas jej trwania uczestnicy przestawiają swoje utwory literackie – poezję i prozę, całkiem spontanicznie. Moderując spotkanie, podkładam cichy odpowiedni podkład muzyczny, palą się świece, a my odpowiadamy sobie naszymi utworami. Treść jednej prezentacji jest pretekstem do odpowiedzi kolejnym wierszem, lub fragmentem prozy. Wszystko odbywa się spontanicznie, jest oryginalne i niepowtarzalne. Nie ma żadnego scenariusza. Sprawia to wszystkim dużo radości, daje nam poczucie wspólnoty. Zdarzało się, że nasze Tekstowiska trwały pod dwie godziny, kończąc się często po północy.
Pozwolisz, że dopowiem jeszcze, iż zawsze planujemy udział w jakimś wydarzeniu kulturalnym: spektakl teatralny, koncert, wystawa. Staramy się także zorganizować spotkanie z miejscowymi pisarzami i działaczami środowiska kulturalnego miejsca, w którym odbywa się nasze sympozjum. Organizacją sympozjów zajmują się „społecznie” nasi członkowie, którzy rok wcześniej (w czasie istniejącego sympozjum) zadeklarują chęć zorganizowania go w swoim mieście. Dlatego z wyprzedzeniem rocznym wiemy kiedy i gdzie pojedziemy w następnym roku. Ponieważ nasi członkowie pochodzą z różnych miast i stron kraju, tak się składa, że możemy odwiedzać różne miasta i miejscowości (ostatnie dziesięć lat to: Szczawnica, Opole, Kraków, Warszawa, Rytwiany, Kraków, Toruń, Spała, Gdynia, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Katowice). Oczywiście, jako prezes UPPL od dziewięciu lat koordynuję sprawy związane z organizacją sympozjów, ale tak się składa, że w ostatnich latach większość z nich, mimo że poza Krakowem, zorganizowałem sam. Łącznie to osiem sympozjów i pięć zjazdów. Podczas naszych spotkań odbywają się też uroczyste wręczenia legitymacji członkowskich nowo przyjętych członków oraz uhonorowanie zasłużonych członków godnością Członka Honorowego UPPL, a także uroczyste wręczenia medalu (naszego medalu) Jana z Ludziska pisarzom lekarzom, wyróżniającym się krzewieniem wartości humanistycznych w medycynie. Informacje o tych wszystkich wydarzeniach umieszczam na bieżąco na stronie internetowej uppl.pl. Kiedy nasze sympozja się kończą, żal się rozstawać i już umawiamy się na wspólne chwile za rok.
Pogratulować członkom UPPL tak operatywnego Prezesa. Ale zarządzanie UPPL to nie tylko same sukcesy. Z jakimi problemami borykałeś/borykasz się w tak niełatwych dla kultury czasach?
Jestem członkiem Unii Polskich Pisarzy od trzydziestu dwóch lat. Czuję się tak jakby ta Unia była zawsze w moim dorosłym życiu. W latach 1999-2003 byłem członkiem zarządu głównego. Od 2015 roku jestem prezesem UPPL. Kiedy przejmowałem przewodnictwo Unii, kondycja naszego stowarzyszenia była całkiem dobra, choć było co robić i naprawiać. Miałem świadomość dokonań i wysiłku moich poprzedników, a jestem dziewiątym prezesem. Postanowiłem sobie, iż moje działania powinny być jeszcze bardziej efektywne. Na początku zacząłem od urządzenia siedziby Zarządu Głównego po jej przeniesieniu do Krakowa, do budynku Okręgowej Izby Lekarskiej. Ozdobiłem otrzymane duże pomieszczenie, kupiłem zasłony i firanki, które osobiście powiesiłem. Zakupiłem także z własnych środków ozdobną sztalugę na której znalazło się miejsce na nasze unijne godło (jestem współtwórcą tego godła razem z dr. Adamem Maciejaszem – 1996). Pomieszczenie to stało się także schronieniem dla naszego unijnego Znicza Eskulapa. Zakupiłem pierwszy mebel biblioteczny na książki pisarzy lekarzy, który stał się początkiem istnienia Biblioteki UPPL założonej ponad rok później. Doprowadziłem do uregulowania zaległości w płatnościach składek członkowskich. Po nawiązaniu kontaktu z Biblioteką Narodową, uzupełniłem i naprawiłem zaległości poprzedników dotyczące regularnego i bieżącego informowania BN o wykorzystanych numerach ISBN. Był to warunek, aby Unia nadal otrzymywała numery ISBN potrzebne nam do publikacji. Udało się i do chwili obecnej nie ma problemów, a ja zapisany w systemie elektronicznym biblioteki osobiście dokonuję od dziewięciu lat wszelkich uzupełnień. Rozpocząłem prowadzenie regularnego archiwum dokumentacji UPPL. Zmieniłem unijne konto bankowe na elektroniczne, co w zdecydowany sposób ułatwiło kontrolę opłacania składek członkowskich. Za moją sprawą właściwy kształt przyjęły regulaminy komisji rewizyjnej i sądu koleżeńskiego. Było sporo pracy, ale miałem mnóstwo entuzjazmu i z wielką radością pokonywałem kolejne wyzwania. Przyjmując funkcję „sternika” Unii publicznie postawiłem sobie za zadanie wydobycie Unii z jej lokalnego istnienia, głównie w środowisku lekarskim, tak aby stała się rozpoznawalna w krajowych kręgach kulturalnych. Myślę, że mi się to udało. Nawiązałem kontakty ze Związkiem Literatów Polskich, z którym od kilku lat robimy wspólne wydarzenia kulturalne, ze Stowarzyszeniem Pisarzy Polskich, szczególnie oddziałem krakowskim. Jesteśmy widoczni w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Prof. Andrzeja Szczeklika Przychodzi wena do lekarza, także z udziałem mojej osoby. Prowadzimy współpracę z Robotniczym Stowarzyszeniem Twórców Kultury, które działa bardzo prężnie i ma ponad czterdzieści placówek kulturalnych na terenie całego kraju. Twórczość literacka naszych członków jest prezentowana na łamach miesięcznika społeczno-kulturalnego „Własnym Głosem”, którego zastępcą redaktora naczelnego jest nasza unijna koleżanka – wiceprezes UPPL Maria Żywicka-Luckner. Nawiązałem także współpracę z Gazetą Kulturalną i jej założycielem oraz redaktorem naczelnym Andrzejem Dębkowskim. Dzięki jego przychylności, wielu członków UPPL miało okazję zaprezentować swoje utwory literackie na łamach tej poczytnej gazety. W gazecie również ukazywały się artykuły promujące działalność Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Jeżeli pytasz Irenko z czego jestem dumny w mojej działalności nas rzecz UPPL to myślę, że było to zorganizowanie w Krakowie naprawdę dużej imprezy – obchodów 50. rocznicy powstania Unii, które to obchody z dużym rozmachem odbyły się w 2017 roku. Także zaprojektowanie, założenie i prowadzenie do chwili obecnej strony internetowej UPPL oraz zorganizowanie i opieka nad Biblioteką UPPL. Raduję się również z tego, że w ostatnich latach tak dużo lekarzy piszących zapisuje się do naszego stowarzyszenia. Mimo trudnych czasów, dopinguję ich do pisania i uczestniczenia w życiu naszej Unii, co mi się udaje. Pozostaje we mnie nadal dużo energii, stąd moja decyzja o przewodzeniu Unii przez kolejne cztery lata. Właściwie nie ma wielu problemów, bo otoczyłem się wspaniałymi osobami, które myślą jak ja i wspomagają mnie w tej działalności. Myślę, że jedyny problem z którym borykamy się, ale w ostatnich latach w niewielkiej skali, to nadal często niezawiniony, wynikający z tempa życia i nadmiaru obowiązków lekarzy brak pamięci dotyczący opłacania składek członkowskich. Jak wiem, jako Unia nie jesteśmy w tym odosobnieni, a w innych stowarzyszeniach sytuacja ta wygląda często jeszcze gorzej.
Zasłuchałam się… Powróćmy jednak na Krupniczą 11A do Twojej siedziby czyli Okręgowej Izby Lekarskiej, gdzie prowadzisz szeroko zakrojoną działalność kulturalną. Ze smakiem zaaranżowałeś pomieszczenia, tarasy, ogród, w których dzieją się fantastyczne wydarzenia: literackie spotkania, wystawy, koncerty.
Jest nawet zakupiony piękny czarny fortepian i sprowadzona ze Stanów modułowa scena estradowa…Remont siedziby Okręgowej Izby Lekarskiej dał mi sposobność urządzenia i ozdobienia wielu pomieszczeń izbowych z myślą o ich przyszłym wykorzystaniu do prowadzenia działalności kulturalnej. Bardzo chciałem, aby Izba była także wizytówką krakowskiego samorządu lekarskiego, również dla tych osób, które nas odwiedzą a nie są profesjonalnie związane z zawodem lekarza. W ozdobnej sieni kamienicy pod sklepieniem, nad witrażem i drzwiami do ogrodu zimowego umieściłem wybraną przeze mnie łacińską sentencję, której autorstwo przypisuje się Hipokratesowi: Omnium artium medicina nobilissima est – Ze wszystkich sztuk medycyna jest najszlachetniejsza. Dokonałem wyboru chodników dywanowych na klatkę schodową, zakupiłem sztalugi do naszej galerii, zaprojektowałem sztandar Okręgowej Izby Lekarskiej, bo nie mieliśmy takowego do tej pory i zamówiłem jego wykonanie w jednej z właściwych pracowni. Mojego projektu i zamówienia są także podświetlane gabloty w sali posiedzeń Izby, gdzie umieściłem ważne pamiątki, dokumenty i dyplomy otrzymane przez Izbę. Doprowadziłem do powstania na korytarzu pierwszego piętra galerii portretów Prezesów Okręgowej Izby Lekarskiej, a autorem portretów jest rysownik i grafik, lekarz Tomasz Wiatr. Również mojego pomysłu i ostatecznego kształtu są dwa obrazy dawnej ulicy Krupniczej wykonane ze starych fotografii, ukazujące miejsce przyszłej kamienicy nr 11A z lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Naszą aulę oraz Klub Lekarza – Piwnica u Medyków Konsylium (moja nazwa) wyposażyłem w profesjonalny sprzęt nagłaśniający, stoliki i krzesła. Zakupiłem także dobrego keyborda marki Roland do naszego klubu. Również moją zasługą są zakupy sprzętu, o którym wspomniałaś w swoim pytaniu. Oczywiście, mogłem się tym wszystkim zająć z przyjemnością także jako przewodniczący Komisji Kultury OIL, bo taką funkcję także pełnię i dlatego, iż samorząd lekarski zarezerwował na to środki finansowe przy planach remontowych naszej Izby. Działa Galeria Krupnicza 11A, organizuję koncerty w cyklu Z muzyką na poważniej, koncerty jazzowe z cyklu Cały ten jazz, koncerty poezji śpiewanej, wieczory autorskie z pisarzami, spektakle w Salonie Literacko-Muzycznym Cztery pory roku, który założyłem kilka lat temu. Robimy konkursy plastyczne z nagrodami dla dzieci z rodzin lekarskich. To wszystko po to, abyśmy mogli prowadzić działalność kulturalną nie tylko dla lekarzy i ich rodzin, ale także dla mieszkańców Krakowa i krakowskich środowisk artystycznych i tak się dzieje od niespełna trzech lat.
Do znaczących wydarzeń można zaliczyć m.in. wystawę o Brunonie Schulzu którą, jako pierwszy w Krakowie, zorganizowałeś podczas obchodów Roku Schulza (2022).
Tak się złożyło, że zbliżał się wrzesień, a w Krakowie nie odbyło się żadne wydarzenie kulturalne upamiętniające i przypominające postać Brunona Schulza, prozaika, grafika i malarza, jednego z Patronów roku 2022 w kulturze polskiej ustanowionego przez Senat RP. Wykorzystując swoją znajomość (dzięki Tobie Irenko) z Wojtkiem Walkiewiczem, znakomitym filmowcem dokumentalnym i artystą fotografikiem z Warszawy, namówiłem go na prezentację jego fotografii starych zakątków Drohobycza, miasta narodzin i tragicznej śmierci Brunona Schulza, która w założonej przeze mnie Galerii Artystycznej „Krupnicza 11A” przybrała formę wystawy – wystawy Druga Jesień, nawiązującej do opowiadania Szulca o tym samym tytule. Wtedy powróciłem także do lektury Sklepów Cynamonowych, które teraz wydały mi się jeszcze piękniejsze literacko, magiczne i irracjonalne w swoim przekazie i oryginalności. Fotografie ustawiliśmy na sztalugach w ogrodzie zimowym naszej Izby oraz w podziemnych pomieszczeniach galerii. Prezentowały się imponująco i tajemniczo, oddając nastrój zakątków dawnego Drohobycza, który jeszcze istnieje w niektórych miejscach tego miasta. Wcześniej Wojtek bywał wielokrotnie w Drohobyczu, biorąc udział w kolejnych edycjach Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza organizowanym latami przez Wierę Meniok, teoretyczkę literatury, szchulzolożkę i dyrektorkę tego festiwalu. Wernisaż wystawy odbył się 21 września. Ja na samym początku powitałem przybyłych gości recytacją fragmentu prozy poetyckiej Schulza właśnie z opowiadania Druga Jesień. Na tę porę roku zwracał uwagę autor opowiadania, na jej piękno i wspaniałe barwy. Myślę, że tu można zgodzić się ze stwierdzeniem Alberta Camusa, że „Jesień to druga wiosna, kiedy każdy liść jest kwiatem…”. Wernisażowi towarzyszyła cicho dźwięcząca, nastrojowa muzyka Alfreda Schreyera (ostatniego ucznia Brunona Schulza), która dopełniła niezwykłego pokazu. Padał wtedy deszcz, a stukające krople o szklany dach zimowego ogrodu i muzyka Schreyera przeniosły nas w tamten nieistniejący schulzowski czas. W klimatycznych piwnicach Izby Lekarskiej czekała też zwiedzających nadzwyczajna niespodzianka – czytelnie wyeksponowana przez nas kostka brukowa z nawierzchni drohobyckiego chodnika z czasów współczesnych autorowi Sklepów cynamonowych. Końcowym etapem spaceru po Drohobyczu był pokaz dokumentalnego filmu Wojtka Walkiewicza Maski, którego akcja dzieje się w starej, zniszczonej, jednej z największych w Europie synagog, a milczące postacie w maskach symbolizowały ofiary „czarnego czwartku” – 19 listopada 1941 roku, kiedy tragiczna śmierć z rąk hitlerowskich oprawców dosięgnęła także Brunona Schulza. Po projekcji filmu przeprowadziłem rozmowę z reżyserem i autorem zdjęć na temat jego uczestnictwa w festiwalach Brunona Schulza w Drohobyczu pytając o pochówek autora Sklepów cynamonowych, o jego rodzinny dom oraz o Alfreda Schreyera, ostatniego zmarłego w 2015 r. ucznia Schulza. Skrupulatne i przejrzyste zarysowanie sylwetki Brunona Schulza uzupełnił dr Michał Piętniewicz, autor książki Między mitem a kiczem. O prozie Brunona Schulza (2020). Dzień po otwarciu wystawy byliśmy razem z Wojtkiem gośćmi Radia Kraków. Myślę, że ta wystawa i wernisaż miały jeszcze jedno ważne, symboliczne przesłanie. Od sześciu miesięcy trwała na Ukrainie wojna, a przypomnienie osoby i losów Brunona Schulza wybrzmiało także jak złowieszcze memento.
Twoja działalność kulturalna nie ogranicza się tylko do terenu OIL. W ubiegłym roku odsłoniłeś dwie tablice w byłym, sławnym Domu Literatów przy ul. Krupniczej 22, który Ildefons Gałczyński nazwał „Domem czterdziestu wieszczów”. Co skłoniło Cię do uwiecznienia nazwisk mieszkających tam po wojnie znakomitych pisarzy, poetów? Sąsiedztwo, czy literackie zainteresowania i odpowiednie lektury, o których tyle rozmawialiśmy na bieżąco…
Właściwie Irenko wymieniłaś za mnie wszystkie przyczyny, które, każda po części, miały wpływ na mój pomysł. Ten dom fascynował mnie od dawna. Znałem jego historię, głównie za sprawą książek, które przeczytałem: Wszystkie drogi prowadzą na Krupniczą Anny Grochowskiej, W ogrodzie pamięci Joanny Olczak-Ronikier, czy Dom pod wiecznym piórem Adama Polewki – jednego z ostatnich żyjących pisarzy, świadków tamtych czasów. Prawie codziennie patrzyłem na zaniedbaną kamienicę i czułem jak wiele osób, przechodząc codziennie ul. Krupniczą, nie wie jakie historie kryją jej mury i jak ważne to miejsce dla literatury polskiej i jej historii. Z dostępnych informacji medialnych dowiedziałem się także, ile odbyło się już różnego rodzaju inicjatyw osób prywatnych, fundacji, władz miasta i postępowań sądowych, które nie uregulowały spraw własnościowych kamienicy, co nie pozwoliło na podjęcie jakichkolwiek działań, żeby chociaż móc właściwie nazwać to miejsce tak, by było widoczne dla każdego przechodnia. Obecnie w budynku tym w pomieszczeniach dawnej stołówki literatów mieści się restauracja Mazaya, która serwuje dania kuchni wegetariańskiej i wegańskiej. Wpadam tam czasami, aby zjeść obiad, albo napić się kawy i zjeść kawałek arabskiej bakławy. Właścicielem lokalu okazał się miły młody człowiek Ali Hanki pochodzący z Bliskiego Wschodu. Postanowiłem, aby historię tej kamienicy, a szczególnie pomieszczeń, gdzie mieści się obecnie restauracja wysłuchał on i pani menedżer restauracji. Okazali się bardzo zainteresowani i bez wahania przystali na moją propozycję, aby na wskazanych przez Alego miejscu umieścić tablice. Tak, dwie tablice informacyjno-pamiątkowe, bo miałem tyle do przekazania przyszłym gościom restauracji Mazaya. Wiedziałem, że do restauracji zagląda także dużo młodych ludzi, również studentów, a więc była to wspaniała okazja, by właściwie wykorzystać nośność informacyjną tablic również dla młodego pokolenia. Zaplanowałem treść tablic i ich wykonanie w pracowni grawerskiej. Postanowiłem także, aby w restauracji znalazło się miejsce na mały regalik na książki – książki pisarzy lekarzy, tak by goście restauracji czytali nie tylko napisy na tablicach, ale także dostarczone przeze mnie książki. Regalik zakupiłem w jednym ze sklepów sieciowych i zmontowałem go na podwórku kamienicy, tym słynnym podwórku Krupniczej 22, na którym przecież wydarzyło się tak wiele. Koło tego samego trzepaka usiadłem na krzesełku i zacząłem swoją monterską pracę. Tak cieszyłem się, że mogę tam przebywać. Była cisza, tylko wiosennie ćwierkały ptaki, a za siatką widziałem ogród domu Mehofferów. Brakowało tylko drewnianej altany dawnej kawiarni Aegeria. Wchodziłem do błękitnego nieba po starych stalowych schodach, uczepionych ściany z fragmentami odpadłego tynku. Szkoda, że nie spotkałem Mrożka, a z otwartego okna nie posłała mi uśmiechu Haśka – Halina Poświatowska. Przez głowę przebiegały wspomnienia z przeczytanych książek o tym domu i jego podwórku. To była dla mnie magiczna chwila.
Rzeczywiście, to musiało być niezwykłe przeżycie – montowanie bibliotecznego regaliku w miejscu, gdzie Mrożek palił swoje ślady przed opuszczeniem na zawsze Domu Literatów i ojczystego kraju…(pisała o tym – pamiętasz – jego żona Susana we wspomnieniach Przylepka i Potwór).
Tak. Myślałem o tym i cieszyłem się, że mogę być z tym przeżyciem zupełnie sam…
Uroczystość odsłonięcia tablic i uruchomienia biblioteczki – pierwszej symbolicznej filii Biblioteki UPPL – odbyła się piętnastego maja 2022 r. Moje zaproszenie przyjęły osobistości życia literackiego nie tylko z Krakowa, między innymi: Marek Wawrzkiewicz – Prezes ZLP, prof. Gabriela Matuszek-Stec – pisarka, wieloletnia prezes Oddziału Krakowskiego SPP, prof. Anna Pituch-Noworolska – Prezes Krakowskiego Oddziału ZLP, Andrzej Walter – Wiceprezes Krakowskiego Oddziału ZLP, Andrzej Dębkowski – Redaktor Naczelny Gazety Kulturalnej, Agnieszka Staniszewska-Mól – Dyrektor Biblioteki Kraków, Beata Symołon – twórczyni i prowadząca Salon Artystyczny Beaty Anny Symołon (SABAS), Violetta Zygmunt – założycielka i Dyrektor Artystyczny Teatru Poezji Stygmator, Maria Żywicka-Luckner – Wiceprezes Unii Polskich Pisarzy Lekarzy; pisarki i pisarze: Danuta Perier-Berska, Irena Kaczmarczyk, Józef Baran, Jan Polewka, także Maria Szczeklik. Wyjątkową chwilą tej uroczystości była telefoniczna rozmowa Marka Wawrzkiewicza z Kirą Gałczyńską, do której Marek zadzwonił w trakcie uroczystości natchniony chwilą i opowiedział Pani Kirze co odbywa się w domu nr 22 przy ul. Krupniczej. Z radością przyjęliśmy jej przesłanie zadowolenia, dobre słowo i pozdrowienia. Po odsłonięciu tablic i otwarciu biblioteczki UPPL, wysłuchaliśmy odtworzone komputerowo głosy pisarzy mieszkających i bywających w tym domu, czytających swoje wiersze, między innymi: Wisławy Szymborskiej, Haliny Poświatowskiej, Ewy Lipskiej, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, czy Czesława Miłosza. Przy smacznych potrawach i napojach serwowanych przez Alego rozmawialiśmy jeszcze długo o tym wyjątkowym miejscu i jego historii. A bardziej szczegółowo o tym co działo się w dawnej stołówce literatów powiem teraz.
Powiedz, gdyż nie wszyscy zapewne wiedzą…
W pomieszczeniach „Domu Literatów” przy ul. Krupniczej 22, w latach 1945-1987 mieściła się „stołówka literacka” i bufet, a od 1957 roku także Klub Literatów. Było to miejsce zebrań, spotkań literackich, kulturalnych i towarzyskich pisarzy – mieszkańców tego domu, a także innych twórców po piórze odwiedzających to miejsce. Ponad stu wybitnych twórców literatury polskiej dwudziestego wieku jadało tutaj posiłki i uczestniczyło w życiu środowiska literackiego Krakowa. Tu również odbywały się spotkania literackie wielu pisarzy zagranicznych, w tym laureatów literackiej Nagrody Nobla: Ivo Andricia, Pablo Nerudy, Johna Steinbecka, Heinricha Bӧlla, Jean-Paula Sartre’a. W latach 1961-1963 działała Piwnica pod Baranami, a w roku 1962 Ewa Demarczyk miała piwniczny debiut. Wystąpili muzycy jazzowi: Dave Brubeck, Andrzej Trzaskowski, Krzysztof Komeda, Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak. Bywalcami stołówki i Klubu Literatów były pisarki i pisarze, także mieszkańcy „Domu Literatów”, m.in.: Wisława Szymborska, Halina Poświatowska, Julia Hartwig, Janina Mortkowiczowa, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, Joanna Olczak-Ronikier, Anna Świrszczyńska, Natalia Rolleczek, Ewa Lipska, Czesław Miłosz, Sławomir Mrożek, Konstanty Ildefons Gałczyński, Tadeusz Różewicz, Stanisław Dygat, Jerzy Andrzejewski, Stanisław Lem, Ludwik Flaszen, Tadeusz Kwiatkowski, Kazimierz Brandys, Jerzy Szaniawski, Leon Kruczkowski, Maciej Słomczyński, Stefan Otwinowski, Tadeusz Peiper, Jan Bolesław Ożóg, Kazimierz Wyka, Artur Sandauer, Tadeusz Nowak, Artur Maria Swinarski, Julian Przyboś, Jerzy Lovell, Adam Ważyk, Stanisław Czycz, Stefan Kisielewski, Tadeusz Śliwiak, Adam Polewka, Jan Polewka, Bogusław Żurakowski, Bruno Miecugow, Krzysztof Lisowski, Adam Ziemianin, Bronisław Maj. Kiedy siedzę sobie we współczesnej Mazayi, napawając się smakiem moich ulubionych potraw i widzę gości restauracji, którzy czytają zapisy na tablicach lub sięgają po książki z biblioteczki UPPL, jedzenie smakuje mi jeszcze bardziej.
Niewątpliwie. Ale przecież tablice pamiątkowe w budynku przy ul. Krupniczej 22 to nie wszystko. Jest ciąg dalszy Twojej przygody z Domem Literatów w Krakowie.
Chciałem bardzo, aby ożywienie tego miejsca trwało nadal i aby powrócił tam, choć trochę w innym wymiarze duch tego miejsca – Klubu Literatów. Za moją namową przystał do tego projektu obecny właściciel restauracji Mazaya Ali Hanki, który skontaktował mnie z dr. Wassimem Ibrachimem, kompozytorem, muzykiem, dyrygentem, nauczycielem akademickim Akademii Muzycznej w Krakowie, który przed dziesięcioma laty przyjechał do Krakowa z Damaszku i tutaj w Krakowie znalazł swoje drugie miejsce na ziemi. Wassim jest bardzo kreatywnym artystą. Wiele koncertuje popularyzując także muzykę orientu, a gra na lutni syryjskiej i śpiewa. Jest także założycielem i dyrygentem chóru „ W kontakcie”. Zaproponowałem, aby nasz projekt nazywał się „Przystanek Literacki Krupnicza 22” i był to most pomiędzy kulturą europejską i orientalną. Patronat nad projektem objęło „Kraków Miasto Literatury UNESCO”. W ramach tego projektu, co kilka tygodni odbywają się w dawnym Klubie Literatów spotkania literacko-muzyczne, które realizujemy wspólnie z Wassimem. Zapraszamy wirtuozów, którzy ożywiają to miejsce muzyką. Ja przygotowuję akcenty literackie, opowiadając publiczności i gościom restauracji o pisarzach, którzy tutaj mieszkali, recytuję ich utwory oraz zajmuję się także stroną techniczną tych realizacji. Pokazuję krótkie filmy przedstawiające poetów związanych z tym miejscem, którzy recytują swoje wiersze z ekranu. Odbywają się także spotkania z pisarzami, którzy mieszkali w tym domu. Swoimi wspomnieniami z życia w Domu Literatów podzielił się podczas jednego ze spotkań Bronisław Maj. Ja opowiadałem między innymi o Sławomirze Mrożku i Stanisławie Czyczu. Podczas naszych „przystanków” restauracja Mazaya wypełnia się miłośnikami literatury i muzyki, ale także przypadkowymi gośćmi, którzy mają możliwość uczestniczenia w tych wydarzeniach i jednocześnie skosztowania wspaniałych potraw, które przygotowuje Ali Hanki.
Mam nadzieję, że na „Przystanku Literackim Krupnicza 22” każdy zainteresowany literaturą i muzyką, będzie mógł się jeszcze wiele razy zatrzymać.
Zapewne. Byłeś także inicjatorem umieszczenia na murach Okręgowej Izby lekarskiej upamiętniającej tablicy na cześć zasłużonego dla medycyny i literatury Tadeusza Boya-Żeleńskiego, patrona UPPL.
Choć dr Tadeusz Boy-Żeleński urodził się w Warszawie, sporą część swojego „czasu” spędził w Krakowie i to tu nastąpiły ważne chwile jego życia. Po ślubie z Zofią Pareńską, córką znanego krakowskiego lekarza, młoda para znalazła locum w mieszkaniu przy ul. Karmelickiej, w bezpośredniej bliskości teatru Bagatela. W 1914 roku, po wybuchu wojny, Tadeusz Boy-Żeleński wraz z rodziną przeprowadził się do przestronnego mieszkania w budynku nr 13 (dziś 11A) przy ul. Krupniczej. Lekarz-pediatra (absolutorium w 1900 r.), autor kilkunastu rozpraw naukowych, przymierzany przez władze Uniwersytetu Jagiellońskiego do uzyskania stopni naukowych i objęcia ordynatury w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Strzeleckiej w Krakowie. Niestety, a może stety, w jego osobowości górę wzięła druga natura. Zainteresowanie literaturą, słowem pisanym i tłumaczonym, działalnością kabaretową i krytyką teatralną. Autor wierszy satyryczno-kabaretowych pisanych na potrzeby kabaretu Zielony Balonik, który miał swoją siedzibę właśnie tu, w Jamie Michalika przy ul. Floriańskiej i częsty bywalec tejże Jamy. Krytyk literacki i teatralny, tłumacz najwybitniejszych dzieł literatury francuskiej, odznaczony dwukrotnie Francuską Legią Honorową – krzyżem kawalerskim i komandorskim Legii. To głównie czasy wojenne, praca w punkcie segregacji rannych żołnierzy przy ul. Starowiślnej oraz wolne popołudnia i wieczory spędzane w domowym azylu pozwoliły Boyowi na dokonanie bardzo wielu tłumaczeń literatury francuskiej i pozwoliły na powstanie tzw. Biblioteki Boya. To tutaj w nowym mieszkaniu jego syn Stanisław z kolegami z pobliskiego Gimnazjum na Krupniczej (nr 2/4), do którego uczęszczał, odbywali próby Betlejem Polskiego Lucjana Rydla. Później jego syn Stanisław Żeleński został aktorem w Teatrze Polskim w Warszawie. To dr Żeleński wpadł na pomysł, aby nowo powstały teatr na początku ulicy Krupniczej nazwać Bagatela. Dziś wita tam widzów spektakli teatralnych jego pomnik w głównym holu teatru – głowa Żeleńskiego wychylająca się spoza kurtyny teatralnej. To tutaj w mieszkaniu przy ul. Krupniczej 11A (wtedy 13) dr Żeleński przyjmował swoich przyjaciół i rodziców swoich pacjentów: Józefa Mehoffera, Stanisława Wyspiańskiego, Lucjana Rydla, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Stanisława Przybyszewskiego ze swoją żoną, piękną Dagny Tuel i innych. Kiedy całkiem przypadkowo Żeleński został krytykiem teatralnym, w mieszkaniu na Krupniczej powstały dwa pierwsze tomy recenzji z cyklu Flirt z Melpomeną.
Dr Tadeusz Boy-Żeleński to również działacz społeczny…
Tak. Nie może ujść uwadze działalność społeczna dr. Żeleńskiego. Jednym z działaczy społecznych, propagujących na ziemiach polskich naturalne karmienie i higienę żywienia niemowląt, był właśnie Tadeusz Boy-Żeleński, który swoje spostrzeżenia z podróży do Francji chciał zaszczepić na grunt polski. Chodziło o akcję „Kropla mleka” i pomoc matkom karmiącym. W 1905 roku wydano drukiem jego odczyt „Sztuczne i mieszane żywienie niemowląt a instytucja „Kropli mleka” we Francji”, wygłoszony na posiedzeniu Krakowskiego Towarzystwa Lekarskiego. Autor zachęcał do przeszczepienia na polski grunt francuskich rozwiązań promujących naturalne karmienie i obowiązujących tam rygorów postępowania z mlekiem krowim, używanym do karmienia niemowląt. Poprawa żywienia noworodków była zdaniem autora odczytu kluczowym czynnikiem w walce z wysoką śmiertelnością noworodków i niemowląt. Właśnie teraz Irenko spoglądam na jeden z obrazów Sichulskiego przedstawiający Boya-Żeleńskiego z symboliczną kroplą mleka. W swoim zbiorze felietonów Zmysły, zmysły Żeleński poruszał także zagadnienia dotyczące tematyki różnych kwestii związanych z seksualnością: antykoncepcją i aborcją, ale także edukacją seksualną, świadomością młodzieży oraz relacjach partnerskich młodych ludzi. Boy poruszał tematy związane z seksualnością w sposób wolny od zbędnej pruderii, choć elegancki, humorystyczny i lekki, ale mocno uderzający w XX-wieczne realia. Był przeciwny wrogiemu stanowisku wobec homoseksualistów i zauważał, że młodzież podejmuje życie seksualne coraz wcześniej, przez co potrzebuje fachowych wskazówek, a nie kar i zawstydzania. Głos Tadeusza Boya-Żeleńskiego był na początku XX wieku jednym z najgłośniejszych w kwestii seksualności i praw oraz obyczajów z nią związanych.
I to przysporzyło mu kłopotów, prawda?
To niestety przysporzyło mu sporo wrogów i naraziło na niedogodności. W roku 1922, po uzyskaniu emerytury lekarskiej i propozycji przeniesienia się do Warszawy, aby objąć stanowisko Kierownika Literackiego Teatru Polskiego, Żeleński powrócił w czerwcu do miasta swoich urodzin.
Nie bez powodu więc tablica upamiętniająca dr. Żeleńskiego znalazła miejsce na budynku OIL…
Będąc pełen szacunku dla faktu, iż patronem Unii jest dr Tadeusz-Boy Żeleński i niesamowitym zrządzeniem losu, po 100. latach od zamieszkania Tadeusza Boya-Żeleńskiego w budynku przy ul. Krupniczej 11A, znalazła tam siedzibę Unia Polskich Pisarzy Lekarzy, nie mogłem pozostać bez właściwej reakcji. Postanowiłem, iż ufunduję tablicę upamiętniającą postać dr. Żeleńskiego na frontonie kamienicy nr 11A. Tablicy, która jednocześnie będzie przekazywać informację, że jest on patronem Unii Polskich Pisarzy Lekarzy i, że tu mieści się obecnie siedziba naszej Unii. Dopiero teraz przekonałem się, jakie to trudne, ile trzeba wysiłku, aby zrealizować mój pomysł. Plany, projekty, pisma, kilkakrotne wizyty w biurze konserwatora zabytków, konsultacje, sprawy techniczne, materiałowe, sposobu osadzenia tablicy. Przebrnąłem przez to wszystko i udało się. Teraz, kiedy idę do budynku Okręgowej Izby Lekarskiej w Krakowie i siedziby Unii z zadowoleniem spoglądam na tablicę. Radość jest jeszcze większa, kiedy jakiś przechodzień zatrzymuje się przy niej, czyta, czy robi zdjęcie. Wtedy treść zapisów na tablicy ożywa.
W wielu naszych rozmowach udowodniłeś, iż znasz historię każdej kamienicy przy ul. Krupniczej…
Ulica Krupnicza to miejsce, z którym jestem związany od wielu lat. Zawsze fascynowało mnie, jak w jednym miejscu mogło zaistnieć, tworzyć i mieszkać tyle znanych osób zarówno ze świata kultury, jak i medycyny. Stąpam po tej ulicy kilka razy w tygodniu, gdyż tu mieści się siedziba Okręgowej Izby Lekarskiej, w której działam oraz Zarząd Główny Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Przyglądam się tablicom pamiątkowym na murach kamienic. Kilka lat temu, w wiosenny czas, wykonałem zdjęcia ulicy Krupniczej i miejsc, z których nie wszystkie przetrwały do dzisiaj. Ponieważ jest okazja, pozwolisz że przybliżę nieco historię ulicy Krupniczej w Krakowie, bo warto. To niezwykła ulica, która przez wieki tworzyła swoją historię, a jednocześnie historię polskiej kultury i sztuki, literatury, malarstwa, rzeźby, muzyki, teatru, czy w końcu medycyny polskiej i krakowskiego samorządu lekarskiego. Pierwsze informacje o ulicy pochodzą z XV wieku. W miejscu aktualnego północnego odcinka mieścił się tu do końca XVI w. cmentarz Żydowski. Ulica Krupnicza rozwinęła się dzięki rzece Rudawie, której sztuczna odnoga (tzw. Młynówka Królewska) utworzona w 1237 r. na polecenie Władysława Łokietka, zaczynała się od Górnych Młynów, które służyły głównie przedstawicielom mniejszości niemieckiej osiadłej już dawno w Krakowie dla prowadzenia garbarni i wyprawiania skór (gdzieś w tym miejscu stoi obecnie dom plastyków przy ul. Łobzowskiej), dalej płynęła dzisiejszą Garbarską, Rajską, ulicą Dolnych Młynów i wpadała do Rudawy w okolicy budynku Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” przy ul. Piłsudskiego i Retoryka (zasypana w okresie międzywojennym). Początkowo ulica nie miała nazwy i mówiono o niej „ante portam sutorum” (przed bramą szewską). Osiedlili się tu początkowo ogrodnicy, potem garncarze, od których nazwano ją najpierw Garncarską. Gdzieś na tej ulicy mieścił się cech garncarzy i potwierdzająca ich ważność karczma. Znaleźli się tu także garbarze, od których cała jurydyka przyjęła nazwę Garbary. Potem, ze względu na młyny (dolne młyny) wybudowane w 1658 roku przez wielkorządcę zamku wawelskiego Hieronima Wierzbowskiego ulicę zasiedlili także krupnicy – wytwórcy i handlarze kaszy. Byli bardzo ważnym cechem, posiadali w Rynku Krakowskim dwadzieścia cztery kramy. Jako jedyni w Polsce oprócz innych kasz wyrabiali kaszę owsianą i tatarczaną. Od nich nazwę – ulica Krupnicza przyjęła poprzeczna ulica, przedłużenie na wschód ul. Dolnych Młynów. Tak było do wielkiego pożaru w Krakowie w 1850 roku. Po odbudowie zmieniono nazwy (pomyłka ludzi wieszających tabliczki z nazwami ulic) i tak już zostało. W swojej historii ulica ulegała także pożarom wcześniej. Po śmierci Stefana Batorego całe Garbary kazał spalić Jan Zamojski (zamieszkała tu mniejszość niemiecka wspierała wyprawę Habsburgów na Kraków o polską koronę i chciała ułatwić wkroczenie wojsk niemieckich do Krakowa). Następny pożar spowodował Stefan Czarniecki broniąc Krakowa przed najazdem szwedzkim. Potem ulicę spalili Rosjanie podczas konfederacji Barskiej (w 1768 r.). Ulica ucierpiała także pożarami w czasie powstania kościuszkowskiego w 1794 roku. Po roku 1887 r zniknęły z ul. Krupniczej niskie małe drewniane domy i zaczęły powstawać murowane dwupiętrowe domy i pałacyki, a ulica została przedłużona w roku 1911 do ul. Żabiej (obecne Aleje Trzech Wieszczów), błotnistej niegdyś drogi, po której przechadzały się żaby z podmokłych Błoń. Obrazy te utrwalił Stanisław Wyspiański w cyklu obrazów „Widoki z okien pracowni na Kopiec Kościuszki”. W okresie międzywojennym wydłużono ją za linię kolei obwodowej (obecnie ul. Ingardena). Przy ulicy Krupniczej znajduje się obecnie wiele kamienic, które mają bardzo ciekawą historię i dotyczą życia ludzi, którzy w sposób autentyczny tworzyli historię naszego miasta i kraju. Dlatego warto napisać kilka słów o niektórych budynkach i zdarzeniach z nimi związanymi.
Kto ze znamienitych osób mieszkał na ulicy Krupniczej?
Jako lekarz, zacznę od budynków oznaczonych numerami 5, 10, 11 i 11a (dawniej 13). W domu pod nr 5 mieszkał znakomity lekarz, profesor anatomii patologicznej, dwukrotny dziekan i rektor UJ – Tadeusz Browicz. W budynku oznaczonym nr 10 mieszkali znakomici chirurdzy: prof. Aleksander Oszacki i jego syn Jan, prof. i rektor UJ. Kamienice pod nr 11 i 11a są związane z historią samorządu lekarskiego w Krakowie oraz osobą lekarza Tadeusza Boya-Żeleńskiego – patrona Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Dom rodziny Mieroszewskich pod nr 11 (siedziba ordynacka) o cechach neorenesansowych z 1864 r., wzniesiony wg projektu architekta Filipa Romana Pokutyńskiego, w stylu renesansu włoskiego z tarczami herbowymi dla hr. Jana Stanisława Mieroszewskiego, posła do Rady Państwa w Wiedniu, pozostaje zachowany w prawie nienaruszonym stanie do chwili obecnej. W swoich pamiętnikach hrabia napisał, że dom wystawił jako swoją siedzibę ordynacką. Na części dużego ogrodu za rezydencją wybudował stajnie, powozownię i oranżerię. Dom był szeroko otwarty dla przyjaciół i innych zapraszanych osób. W domu ordynackim za życia hrabiego mieściło się archiwum, biblioteka, zbiór rodowych pamiątek i kolekcja dzieł sztuki, m.in. dwie rzeźby ze szkoły Wita Stwosza. Po II Wojnie Światowej znalazła tu miejsce siedziba dyrekcji Okręgowego Urzędu Miar i Wag w Krakowie i pozostaje do dzisiaj. Na drugiej części parceli synowa hrabiego Anna zleciła postawić dwupiętrową kamienicę (11a) wraz z oficyną i połączyć ją z kamienicą nr 11.
Aktualnie w tej dwupiętrowej kamienicy pod nr 11A mieści się Okręgowa Izba Lekarska, a wcześniej?
Tu, jak mówiłem, pod nr 11a w latach 1914-1922 mieszkał Tadeusz Boy-Żeleński z rodziną. Przez wiele lat mieszkał w tym budynku znakomity muzyk, wspaniały akompaniator i kompozytor Bolesław Wallek-Walewski. Uwielbiał operę. Odbywały się tu spotkania artystyczne połączone ze śpiewem. Był twórcą Towarzystwa Operowego. Skomponował wiele pieśni solowych, chóralnych oper, oratoriów, poematów symfonicznych, był śpiewakiem, dyrygentem i nauczycielem. To tu na Krupniczej 11a powstała jego symfonia Paweł i Gaweł, którą po raz pierwszy wykonano w 1920 roku na poranku symfonicznym w Teatrze Bagatela. Mieszkał tu także Aleksander Ameisen, lekarz dermatolog, który był sekretarzem Izby Lekarskiej w Krakowie po wojnie w latach 1946-1947. Z innych mieszkańców tego domu warto wymienić Józefa Milewskiego doktora praw, posła na Sejm Krajowy i do Rady Państwa, członka Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu, skąd przywiózł wspaniały witraż i podarował Kościołowi Mariackiemu w Krakowie. W 1933 r. za prezesury prof. Jana Olbrychta, Okręgowa Izba Lekarska zakupiła ten budynek od rodziny Bochenków i przetrwała w nim do 1939 roku. W czasie okupacji była tu Izba Zdrowia. Już 4 lutego 1945 r. (osiemnaście dni po odejściu hitlerowców z Krakowa) w zrujnowanym bombami budynku odbyło się pierwsze zebranie lekarzy i zapadła decyzja powrotu do przedwojennej Izby Lekarskiej. W 1990 roku staraniem m.in. Dr. Jana Ciećkiewicza doszło do reaktywacji Izby w tym budynku.
Z okien Okręgowej Izby Lekarskiej widać Dom Literatów, o którym mówiłeś wcześniej, więc pozwól, że przejdziemy teraz do kolejnej ważnej kamienicy…
Myślisz na pewno o domu nr 26, który jest szczególnym domem dla dziejów malarstwa polskiego. Tu miał pracownię rzeźbiarz Franciszek Wyspiański (przy ul. Szujskiego znajdowała się kiedyś figurka Matki Boskiej z twarzą matki Stanisława Wyspiańskiego – dzieło Franciszka). To tu urodził się jego syn Stanisław Wyspiański, a potem zamieszkał w nim przyjaciel Wyspiańskiego malarz Józef Mehoffer. Dom Józefa Mehoffera – dom przy ul. Krupniczej 26 nabył Józef Mehoffer w roku 1932 i nadał mu cechy pałacyku, wyposażając w stylowe meble, dzieła sztuki i rzemiosła artystycznego oraz własne prace. We wnętrzach tych stworzył podobny nastrój i styl jak w poprzednich swoich domach, by wspomnieć zwłaszcza jego dwór w Jankówce, gdzie w roku 1907 założył jeden z najpiękniejszych ogrodów epoki. Tak oto dom Józefa Mehoffera przy ul. Krupniczej, z dużym jak na centrum Krakowa ogrodem stał się później pełnym uroku miejscem spotkań towarzysko-artystycznych. Po śmierci Józefa Mehoffera rodzina, głównie z inicjatywy syna artysty – Zbigniewa Mehoffera utworzyła tu muzeum poświęcone temu twórcy. W styczniu 1996 r., po niezbędnych pracach remontowych i konserwatorskich, otwarto dla publiczności Dom Józefa Mehoffera jako Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie. Warto pamiętać, że w tym domu mieszkał także historyk Józef Szujski.
Chyba nie ma w Krakowie drugiej takiej ulicy, na której mieszkało tylu wybitnych artystów, ludzi sztuki, prawda?
Tak. W miejscu obecnej kamienicy pod nr 3 mieszkał i tworzył Jan Matejko. Tu była jego pierwsza pracowania artystyczna. Tu urodziły się jego dzieci, tu m.in. powstał obraz „Kazanie Skargi”. W kamienicy pod nr 5 mieszkał wybitny malarz XIX wieku Henryk Rodakowski (jego obrazy znajdują się dzisiaj w Galerii Polskiego Malarstwa XIX wiecznego w Muzeum Narodowym Sukiennice Krakowskie). Przy ul. Krupniczej 8 w latach 1911-1926 mieszkał artysta malarz Jacek Malczewski, twórca młodej Polski, uczeń Jana Matejki wraz z żoną i dziećmi, Rafałem i Julią. W domu oznaczonym nr 21 mieszkał i tworzył malarz Leon Wyczółkowski. Budynek oznaczony nr 31 był domem rodziny Weissów. Tutaj wraz z żoną Ireną, także malarką, mieszkał malarz Wojciech Weiss, uczeń Malczewskiego i Wyczółkowskiego. Studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie, później w Paryżu, Rzymie i Florencji. Od 1907 był profesorem i rektorem Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Malował m.in. pejzaże, w których pojawiały się także elementy techniki malarstwa japońskiego. Jego fascynacje sztuką japońską wynikały z bliskiej znajomości z Manghą Jasińskim (zbiory eksponatów sztuki japońskiej Jasińskiego dały po wielu latach początek jedynemu w Polsce, a znajdującemu się w Krakowie Muzeum Sztuki Japońskiej Mangha, którego pomysłodawcą i fundatorem był między innymi Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz). W kamienicy pod numerem 9 mieszkali przedstawiciele różnych sztuk: historycy Michał Bobrzyński i Stanisław Smolka. Przebywała także poetka Kazimiera Iłłakowiczówna (przez pewien czas osobisty sekretarz marszałka Józefa Piłsudskiego). Pod nr 9 w muzycznie utalentowanej rodzinie Czernych przyszła na świat Halina Czerny-Stefańska.
Są też teatry…
Ulica Krupnicza to także ulica Teatrów. Przy ulicy tej znajdują się dwa teatry. Teatr Bagatela i Teatr Groteska. Z Teatrem Groteska wiąże się także historia Teatru Rapsodycznego założonego w konspiracji w 1941 roku, m.in. przez Karola Wojtyłę, późniejszego Papieża Polaka Jana Pawła II. Od września 1946 r. teatr występował w użytkowanej wspólnie z Teatrem Groteska sali przy ul. Skarbowej nr 2 (przecznica od ul. Krupniczej).
Nie można pominąć reprezentacyjnego budynku UJ…
Ulica Krupnicza jest związana ze współczesnością Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przy ul. Krupniczej nr 33 znajduje się Audytorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nowoczesny budynek dydaktyczny II Kampusu UJ oddany do użytku w 2005 roku. Główna sala na 1200 osób dzielona w razie potrzeby na dwie mniejsze, równe części. Tu odbywają się wykłady, koncerty muzyczne, uroczystości uniwersyteckie, m.in. inauguracje roku akademickiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Musisz przyznać Irenko, że historia tej ulicy jest imponująca.
Tak. Dziękuję Ci za tak obszernie przedstawienie historii ulicy Krupniczej, która właśnie po gruntownym remoncie stała się dla mnie krakowską mini Avenue des Champs-Élysées, nieprawdaż?
Tak. To świetne skojarzenie!(śmiech)
Nie możemy w naszej rozmowie pominąć Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Przychodzi wena do lekarza, którego finał w każdym roku odbywa się na deskach sceny Teatru im. J. Słowackiego. Jesteś jego współorganizatorem, zasiadasz również w jury tego konkursu. Jakie jest Twoje zdanie na temat poziomu nadsyłanych przez lekarzy prac?
Ogólnopolski Konkurs Literacki „Przychodzi wena do lekarza” został ogłoszony z inicjatywy profesora Andrzeja Szczeklika we wrześniu 2011 roku. Po śmierci Profesora, która nastąpiła przed ogłoszeniem wyników pierwszej edycji, konkursowi nadano Jego imię. Organizatorem Konkursu, a także Gali wręczenia nagród laureatom, jest wydawnictwo Medycyna Praktyczna, a od VI edycji także Naczelna Izba Lekarska. Patronami konkursu jest Fundacja Anny Dymnej „Mimo wszystko”, Unia Polskich Pisarzy Lekarzy i Okręgowa Izba Lekarska w Krakowie. Patronat medialny stanowi Gazeta Lekarska. Patronat honorowy nad konkursem objęło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Wojewoda Małopolski, Marszałek Województwa Małopolskiego oraz Prezydent Miasta Krakowa. Ideą Konkursu jest zwrócenie uwagi, poprzez twórczość literacką, na szczególną wrażliwość, jaka musi cechować dobrego lekarza, by potrafił właściwie odczytywać potrzeby chorego. Główną nagrodę w Konkursie stanowi statuetka wykonana przez znanego zakopiańskiego artystę rzeźbiarza, Karola Gąsienicę Szostaka. Jest to miniaturowa replika rzeźby stojącej przed budynkiem II Katedry Chorób Wewnętrznych w Krakowie, kierowanej przez Profesora Andrzeja Szczeklika. Rzeźbę tę Profesor ufundował dla upamiętnienia Piotra Skrzyneckiego, dla którego „Klinika Szczeklika” przy ulicy Skawińskiej była przez ostatnie lata życia drugim domem – nazwał ją „hotelem snów”. Jak pisze sam fundator w książce Katharsis, rzeźba przedstawia akrobatów – kobietę i mężczyznę – balansujących wbrew sile ciężkości. Nawiązuje do czarodziejskiej sztuki Wielkiego Maga z Piwnicy pod Baranami, a także do sztuki lekarskiej, będącej balansowaniem na granicy życia i śmierci. Miałem zaszczyt otrzymać taką statuetkę przed dwoma laty jako podziękowanie za wkład wniesiony w organizowanie i propagowanie tego konkursu. Moja przygoda z konkursem Przychodzi wena do lekarza trwa właściwie od samego początku. Pierwsza gala odbyła się w 2012 roku, wyjątkowo w Warszawie, w teatrze Roma. Wtedy fragmenty tekstu z książek profesora czytał Jan Nowicki. Historyczną pierwszą nagrodę w kategorii poezja zdobył nasz unijny kolega a mój wieloletni przyjaciel dr Zbigniew Kostrzewa, za piękny, przejmujący wiersz pt. „Do matki”. Zresztą w ciągu całej historii trwania tego konkursu, jego laureatami było kilkanaście osób z Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Nie inaczej w tym roku – trzy z głównych nagród przypadły dwóm naszym członkiniom. Od 2015 roku jestem zaangażowany w prace organizacyjne konkursu i należę do grona członków jury konkursu. Zastąpiłem poprzedniego prezesa UPPL Pana prof. Marka Pawlikowskiego. Pozostali członkowie jury to Anna Dymna, Ewa Lipska, Maria Szczeklik (żona profesora), Bronisław Maj i Jarosław Wanecki – sekretarz (także członek UPPL). Wcześniej członkiem jury był także Adam Zagajewski. Poziom przysyłanych na konkurs tekstów jest różny, tak jak w wielu konkursach literackich. Jest dużo dobrych tekstów, które oceniamy w kategoriach poezja, proza, a od dwóch lat także utwory literackie studentów medycyny. Zawsze udaje się znaleźć wiersze i prace, które warto nagrodzić. To trudne i czasochłonne zajęcie.Trzeba każdorazowo przeczytać dwieście, dwieście kilkadziesiąt stron tekstów. Członkowie jury zapoznają się z nimi każdy osobno. Ja po ich przeczytaniu i przeanalizowaniu dokonuję pierwszego przesiewu. Potem pozostawiam już te, które wybrałem i analizuję je jeszcze raz. Kolejna segregacja. Tym, które pozostaną, przyznaję swoje miejsca i z reguły jest ich trochę więcej niż możliwych nagród. Dopiero teraz jury spotyka się tradycyjnie w krakowskiej restauracji Soprano i tam następują burzliwe i owocne obrady, głosowania i ostateczne przyznawanie miejsc wybranym laureatom. Teraz są otwierane koperty i numery nagrodzonych utworów ujawniają swoich twórców. Organizatorzy konkursu informują laureatów o ich sukcesie, ale o tym, które zajęli miejsce dowiadują się dopiero podczas trwania gali. To piękne wydarzenie połączone zawsze z koncertem znanych wokalistów i muzyków odbywa się w zachwycających wnętrzach teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Co roku jest to dla mnie duże przeżycie, gdyż dodatkowo mogę być świadkiem i uczestnikiem gali przebywając także na teatralnej scenie. Rok rocznie gala konkursu gromadzi wspaniałą publiczność środowiska lekarskiego, ale także poetów, pisarzy, członków stowarzyszeń twórczych, aktorów, malarzy, muzyków, ludzi kultury. Sala i loże teatralne są pełne, a po zakończeniu wydarzenia wszyscy czekają kolejnego spotkania za rok.
To prawda, uroczystość wręczania nagród jest podniosła, jak również koncert i kuluarowe rozmowy, które towarzyszą wydarzeniu w tak pięknych wnętrzach. Wspomnij jeszcze o artystycznej piwnicy w „Hotelu Pod Różą”…
To kolejna, piękna, artystyczna przygoda w moim życiu. Wszystko zaczęło się w 2014 roku od Krakowskiej Nocy Poetów. Moja unijna koleżanka Aldona Kraus z Warszawy opowiedziała mi o Agacie Bernadt, wokalistce mieszkającej w Krakowie. Agata miała w tym dniu swój wieczór poetycko-muzyczny, na który postanowiłem pójść do kawiarni Loża w kamienicy przy Krakowskim Rynku. Agata opowiadała wtedy ciekawie także o poezji i poetach. Po zakończonym występie podszedłem do niej, przedstawiłem się i tak rozpoczęła się nasza wspólna przygoda. Agata była współzałożycielką i wokalistą zespołu Krakowskie Przedmieście, który koncertował w wielu miastach, promując przede wszystkim poezję Jana Twardowskiego w oprawie muzycznej jego wierszy, ale nie tylko. Kolejną fascynacją Agaty byli poeci: Ernest Bryll, Janusz Pasierb, czy Jerzy Szymik. To dzięki niej miałem później okazję poznać Ernesta osobiście podczas wizyty w jego domu w Warszawie. Z Agatą znaleźliśmy wiele wspólnych tematów do rozmowy. Postanowiliśmy poszukać miejsca, w którym można byłoby w Krakowie promować poezję polską w formie spektakli poetycko-muzycznych i spotkań z osobistościami życia kulturalnego. Był jednak jeden problem. Nie mieliśmy godnego miejsca, aby realizować nasz projekt. I tu udało mi się, korzystając z przydatnych znajomości namówić właściciela „Hotelu pod Różą” przy ul. Floriańskiej, aby zezwolił nam w piwnicach hotelu realizować nasze artystyczne marzenie. Udało się. Miejsce było szczególne z dwóch powodów. Jest to najstarszy hotel w Krakowie, w jego ścisłym centrum, o ponad 150-letniej historii, w kamienicy, której fundamenty powstały w 1300 roku, w którym bywały osobistości światowego formatu, chociażby słynny kompozytor romantyzmu i pianista Ferenc Liszt. Drugim ważnym powodem był fakt, iż w piwnicy tego hotelu występował przez kilka lat – od 1981 roku Marek Grechuta z zespołem „Anawa”, a wiele lat później odbywały się koncerty innych artystów, którzy przypominali jego piosenki oraz organizowano wystawy upamiętniające postać tego niezwykłego artysty. Zatem wyzwanie było poważne. Nasz piwniczny projekt nie udałby się bez wsparcia, także finansowego i organizacyjnego Sławka Jankowskiego i Andrzeja Halarewicza. Rozpoczęliśmy cykl Koncertów z wierszy, co było kontynuacją wcześniejszego projektu pomysłu Agaty Bernadt i Sławka Jankowskiego, twórców i członków zespołu Krakowskie Przedmieście. Nazwa zespołu nawiązywała do Krakowskiego Przedmieścia 34 w Warszawie, czyli miejsca, gdzie przez ponad czterdzieści lat mieszkał ks. Jan Twardowski. Za sprawą zaproszonych artystów gościli u nas w swoich utworach między innymi: Norwid, Leśmian, Miłosz, Szymborska, Osiecka, Wojtyła, Twardowski, Tuwim, Bryll, Gałczyński, Zabłocki. Występowali aktorzy: Anna Polony, Monika Rasiewicz, Dariusz Kowalski, Adam Woronowicz, Andrzej Róg, Jacek Romanowski, Przemysław Branny. Dźwiękami zachwycali piwnicznych bywalców muzycy i kompozytorzy: Adam Niedzielin, Artur Malik, Adam Prucnal, Grzegorz Piętak, Konrad Mastyło, Leszek Szczerba, Joachim Mencel, Dariusz Bafeldowski, Jacek Królik, Janusz Strobel, Jacek Hałas i wielu innych. Słuchaliśmy koncertów wokalnych w wykonaniu między innymi: Stanisława Soyki, Kingi Rataj, Agaty Bernadt, Anny Stankiewicz, Renaty Przemyk, Karoliny Leszko, Lidii Jazgar czy Janusza Yaniny-Iwańskiego. Wieść o działalności piwnicy szybko rozniosła się w Krakowie. W krótkim czasie udało nam się zapełniać piwniczną salę, a na koncerty zaczęli przybywać ludzie także spoza Krakowa, co było szczególnie miłe. Grono stałych bywalców i sympatyków piwnicy powiększało się. Czasami brakowało miejsc na sali i trzeba było dostawiać dodatkowe krzesła. Z tego powodu zakupiłem dodatkowe dwadzieścia krzeseł, aby sprostać powstałym wyzwaniom. Po koncertach odbywało się spotkanie artystów z publicznością i czas na wspólne zdjęcia oraz rozmowy przy lampce wina. To była wyjątkowa atmosfera. Pierwszy koncert odbył się piątego października 2014 roku, a potem kolejne. Koncerty odbywały się co miesiąc z pominięciem miesięcy wakacyjnych. W sumie zorganizowaliśmy czterdzieści koncertów, a ostatni wydarzył się piątego stycznia 2020 roku. Oczywiście koncerty nie robiły się same. Trzeba było poświęcić sporo czasu na dogadanie i przygotowanie każdego wydarzenia artystycznego. A ja zajmowałem się tam wszystkim. Rozprowadzałem zaproszenia, witałem gości, pilnowałem szatni, sprzedawałem bilety, zapalałem i gasiłem świece, sprzątałem, każdorazowo witaliśmy z Agatą ze sceny naszych gości i wprowadzaliśmy ich w atmosferę koncertu. Prowadziłem niektóre koncerty. Uwielbiałem pełnić swoją rolę. Kilka razy miałem okazję osobiście zaprezentować swoje wiersze piwnicznej publiczności, nawet posłuchać niektórych ozdobionych skomponowaną muzyką i pomuzykować samemu na scenie. „Hotel pod Różą” miał ponownie iść do remontu, a dodatkowo jeszcze wszystko przyśpieszyła pandemia. Po remoncie zabrakło miejsca dla „Piwnicy pod Różą”. Zwyciężyła komercja, wyższość ciała nad duchem. W piwnicznych pomieszczeniach jest teraz przybytek o popularnej dzisiaj nazwie „Sanitas per aqua”. Te ponad pięć lat tamtej wspaniałej przygody są dla mnie cudownym wspomnieniem.
Waldku, obszernie zobrazowałeś swoją działalność na rzecz krakowskiej kultury, zanim jednak zapytam Cię o osobiste pasje, proponuję spacer Szlakiem profesora Bolesława Farona po Jamie Michalika. Zaczniemy od Barku, gdzie wisi interesujący obraz Karola Frycza Stolik malarski w Jamie Michalikowej. Znając Twoje zainteresowania, wrażliwość na sztukę oraz to, że miejsce, w którym rozmawiamy nie jest Ci obce, na pewno coś od siebie dodasz…
Dobry pomysł, przejdźmy się. Ale zanim to zrobimy, podzielę się z Tobą moimi wspomnieniami i refleksjami dotyczącymi Jamy Michalika. Było i jest to dla mnie miejsce wyjątkowe na artystycznej mapie Krakowa może dlatego, że dobrze czuję się w dawnych wnętrzach, a szczególnie takich, które opowiadają swoje wyjątkowe historie. Ponieważ z Jamą Michalika jest nierozerwalnie związana osoba patrona Unii Polskich Pisarzy Lekarzy – Tadeusza Boya-Żeleńskiego, zorganizowałem kiedyś posiedzenie zarządu głównego właśnie w tym miejscu, sprawiając przyjemność moim kolegom pisarzom. Nasza obecność w tych pomieszczeniach i świadomość znaczenia tego miejsca dla osób, które wtedy brały udział w posiedzeniu sprawiła, iż wspólnie przeżyliśmy niezapomniane chwile. Mnie także udało się wystąpić na scenie, gdzie odbywały się kiedyś spektakle Kabaretu Zielonego Balonika. Jeden z naszych koncertów „Piwnicy pod Różą” odbył się gościnnie w Jamie Michalika. Technicznie nie było to łatwe w aspekcie nagłośnienia oraz oświetlenia i pamiętam, że musiałem nawet doświetlić scenę własnym reflektorem, który zabrałem z domu. Muzykowałem wtedy między innymi z Markiem Bazelą, a na scenie wystąpiły Kinga Rataj, Agata Rymarowicz, Maria Lamers i oczywiście Agata Bernadt. Powiem ci Irenko, że tutaj warto także przyjść samemu i trafić na moment, kiedy nie ma gości, szczególnie w godzinach przedpołudniowych. Kilka razy mi się to udało. Posiedzieć w ciszy, spoglądając na tyle artefaktów przypominających tamte minione lata, puścić wodze wyobraźni i przenieść się na chwilę w tamte czasy. Bezcenne. Wybacz, rozgadałem się, ale udajmy się już do proponowanego przez Ciebie Barku, by szczególnie przyjrzeć się obrazowi Karola Frycza. Rozejrzyjmy się przy tej okazji, może gdzieś przy innym stoliku siedzi dr Tadeusz Boy-Żeleński lub ktoś inny z dawnych bywalców tego miejsca…
Nie spotkaliśmy Boya-Żeleńskiego, ale musisz przyznać, iż w takim klimacie cudownie rozmawia się o sztuce, literaturze…O sobie. Pomówmy więc o Twoich pasjach. Zacznijmy od poezji. Jesteś poetą, grasz na gitarze, śpiewasz i komponujesz muzykę do poetyckich tekstów. Opowiedz o swojej przygodzie z poezją i muzyką …
Po ponad trzydziestu dwóch latach mojej przygody z „piórem”, potyczki ze słowem są dla mnie jak tlen, bez którego nie sposób oddychać. To ważne dla mnie, dla poznania siebie poprzez to, co i jak piszę. Pisanie to zwierciadło, w którym chcemy zobaczyć samych siebie, ale jednocześnie poznawanie nas niewiadomych. W ostatniej książce Wiesława Myśliwskiego W środku jesteśmy baśnią, którą teraz z wielkim zainteresowaniem i podziwem dla autora czytam, Myśliwski powiada, że literatura bierze się nie z wiedzy, lecz z niewiedzy, Piszę, bo nie wiem. Jest w tym jakaś prawda.
Tak, Myśliwski powie też na kartach tej znakomitej, wymienionej przez Ciebie książki, że pisanie to wolność wyobraźni. Co o tym sądzisz?
Konieczna według mnie jest znajomość literatury i jej twórców, czyli czytanie książek, a jak wiesz, czytam dużo i nie po to, żeby potem coś naśladować, ale właśnie po to, by się nie powtarzać, a jeśli już, to inaczej, oryginalnie, choć nie jest takie proste. To również poszerzanie swoich horyzontów poznawczych, edukacja i uzupełnianie własnego słownictwa, a zatem, jak powiedział kiedy ktoś, także Ci zapewne znany, poprzez granice mojego języka poszerzam granice mojego świata. Z pisaniem wierszy nie jest wcale tak łatwo. Chwile tworzenia nie przychodzą na zawołanie, a same chęci wtedy nie wystarczą. Trzeba czegoś więcej, jakiegoś metafizycznego momentu – iluminacji, która przyjdzie, często znienacka i się zaczyna. To zdarza się o każdej porze, także w nocy i wtedy trzeba natychmiast sięgnąć po kartkę, notes i zapisać to co się w nas urodziło, co będzie właściwym zaczynem do powstania wiersza. Tak jest ze mną i myślę, że z wieloma piszącymi osobami. Nie należy się śpieszyć i robić coś na siłę, choć czasami, kiedy przez dłuższy czas niczego nie napiszę, wyczuwam w sobie dziwny drażniący niepokój twórczy. Z drugiej strony, napisany i zaakceptowany wiersz jest dla mnie wielką satysfakcją. Tak powstało pięć moich autorskich książek poetyckich i pisze się następna. W moim przypadku dopełnieniem tego jest także „romans z gitarą”, instrumentem z którym jestem związany od lat dziecięcych i który pozwala mi jednocześnie śpiewać. Myślę, że najlepszy przekaz następuje w niezbyt dużych kameralnych pomieszczeniach. Wtedy jestem blisko słuchaczy. Lubię to robić, więc zdarzyło mi się już wielokrotnie koncertować publicznie. Często przeplatam śpiewanie piosenek poetyckich z recytacją własnych wierszy. Bardzo to sobie cenię, bo wtedy śpiewane teksty poetyckie „jeszcze bardziej żyją”, nabierają nowej energii no i mam bezpośredni kontakt z publicznością.
Dotknąłeś sedna procesu twórczego. Jednak kontakt z odbiorcą jest niezbędny, stąd Twoje kontakty między innymi z Teatrem Stygmator i Sceną ATA…
Tak. Cenię sobie artystyczną współpracę z Violettą Zygmunt, założycielką i Dyrektorem Artystycznym Teatru Poezji Stygmator. Oprócz tego, że bywam jako widz na jej spotkaniach poetyckich, to miałem przyjemność kilkakrotnie wystąpić na scenie tego teatru prezentując swoją twórczość. Jednocześnie należę do Klubu Literacko-Artystycznego Teatru Poezji Stygmator. Z Violą znamy się od 2015 roku, kiedy razem z Majką Żywicką-Luckner wystąpiliśmy u Violi w spotkaniu poetycko-muzycznym z cyklu Poezja i muzyka w ogrodzie w ogrodzie botanicznym przy ul. Kopernika. Kiedy w 2018 roku Teatr Stygmator rozpoczynał swoją nową historię teatralną w Domu Kultury Podgórze Viola zaprosiła mnie do wypełnienia treścią pierwszego wieczoru teatralnego nowego sezonu. Bardzo cenię ją za jej wiedzę, skromność, spokój, który ją wypełnia i ciepło, którym emanuje. Nie mogę nie wspomnieć tu o wspaniałej, charyzmatycznej i energetycznej Alicji Tanew i jej „Piwnicy Artystycznej Scena Ata” przy ul. Czarnowiejskiej. Alę poznałem w 2018 roku podczas panelu dyskusyjnego o pisarzach lekarzach, który odbył się w trakcie Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Do udziału w nim zostałem zaproszony przez prof. Bolesława Farona, organizatora tego panelu. Potem odwiedzałem już często scenę przy ul. Czarnowiejskiej, gdzie mogłem również zaistnieć artystycznie. Ala okazała się wspaniałym, wrażliwym człowiekiem, doskonałą poetką, kompozytorką, wokalistką, która z pełnym zaangażowaniem oddaje się swoim pasjom. Nasza znajomość przerodziła się w krótkim czasie w przyjaźń, którą sobie bardzo cenię.
Jesteś lekarzem, poetą. Łatwiej jest wykonywać zawód lekarza mając poetycką duszę? Twoje „artystyczne odloty” to sposób na odreagowanie stresów spowodowanych obciążającą odpowiedzialnością za zdrowie i życie człowieka? Wydałeś kilka tomów poezji. Zdradź, jak w medycznej duszy dojrzewa poeta? Dobry poeta, który zostaje członkiem Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.
Jak opowiada historia literatury rodzimej i światowej, było w niej wielu lekarzy, którzy uprawiali także pisarstwo literackie. Wykonywanie tego zawodu wymaga od ludzi tej profesji szczególnej wrażliwości na drugiego człowieka, wrażliwości na jego cierpienie i nieustannego przeświadczenia o potrzebie niesienia pomocy innym. To musi być podbudowane wiedzą klasyczną, pełną humanizmu, wyniesioną jeszcze z lat szkolnych. Wiedzą, w której filozofia jest tak bliska lekarzowi (medicina soror philosophiae – medycyna siostrą filozofii). Obcowaniem ze sztuką, muzyką, malarstwem, teatrem. Taka postawa jest związana z pytaniami o człowieka, jego ciało i ducha, o chorobę, cierpienie, śmierć. O dylematy światopoglądowe i o wątpliwości zawarte w słowach: dlaczego, jak, po co, z jakiej przyczyny. Jednocześnie, jak powiedziałaś, moje „artystyczne odloty” to sposób na odreagowanie napięć emocjonalnych spowodowanych odpowiedzialnością za zdrowie i życie pacjenta. Te napięcia emocjonalne, często zmęczenie psychiczne, ale także fizyczne towarzyszyły mi przez wiele lat. Pracując jako chirurg ogólny, ortopeda traumatolog i specjalista medycyny ratunkowej zajmujący się pacjentami z ciężkimi obrażeniami ciała, przeżywałem niejednokrotnie trudne chwile na sali operacyjnej, a potem powracałem do nich poza rzeczywistością szpitalną, często już w domowym zaciszu. To była często moja codzienność. Mój zawód daje nie tylko radość z wyleczenia pacjenta i uratowania mu życia, ale także gorycz porażek ze śmiercią pacjentów włącznie. Może dlatego tak wielu lekarzy zostawało potem także pisarzami. W 1999 roku ukazał się na półkach księgarskich „Encyklopedyczny słownik lekarzy pisarzy w światowej literaturze” autorstwa Bronisława Seydy. Od tej pory oczywiście wiele zmieniło się w tym temacie. Mimo wielu nieścisłości, jest to wg mnie publikacja wartościowa, unikatowa w skali światowej. Seyda przedstawia w swej książce sylwetki 1207. znanych lekarzy pisarzy, choć nie wszystkich. Twórczość literacka lekarzy była zjawiskiem kulturowym, sięgającym czasów starożytnych i występowała w różnych okresach istnienia naszej cywilizacji i w różnych krajach. Jej szczególny rozkwit przypadł jednak dopiero na schyłek XIX i XX wieku. Coraz częściej zdarzały się wówczas także przypadki porzucania przez lekarzy (także polskich) medycyny na rzecz literatury, np. Tadeusz Żeleński-Boy, Stanisław Lem i Jerzy Pomianowski. Myślę, że to między innymi stało się przyczynkiem do powstania Światowej Unii Pisarzy Lekarzy i Unii Polskich Pisarzy Lekarzy. Warto tu przypomnieć, iż lekarzami pisarzami byli tak wybitni twórcy literatury jak Dante Alighieri, Friedrich Schiller, Antoni Pawłowicz Czechow, Michaił Afanasjewicz Bułhakow, Sir Arthur Conan Doyle. Także Janusz Korczak. W bibliotece UPPL posiadamy kolekcję medali przedstawiających znanych pisarzy lekarzy, którą zaprojektował, ufundował i podarował nam prof. Zdzisław Gajda, mój przyjaciel, lekarz, historyk medycyny, autor wspaniałych książek i również członek UPPL. Znanym wyjątkiem był James Joyce, który w 1902 r. zaczął studiować medycynę w Paryżu już jako zdeklarowany pisarz, a zrezygnował z niej z powodu, jak pisał, trudności z opanowaniem francuskiego języka fachowego podręczników.
Od rozważań na temat osobistej wrażliwości blisko do corocznej imprezy, jaką organizujesz podczas Warszawskich Jesieni Poezji w Domu Księgarza. To ogromna dawka niezapomnianych wrażeń, która nie pozostawia wolnego miejsca na widowni. Mam tu na myśli Molekuły wrażliwości. Kilka słów na ten temat…
W 2015 roku Unia Polskich Pisarzy Lekarzy nawiązała współpracę z Warszawskim Oddziałem ZLP oraz z zarządem głównym tego związku. Nie stałoby się to bez przychylności obecnego Prezesa ZLP Marka Wawrzkiewicza, który został „Przyjacielem Unii”. Od tej pory, podczas kolejnych Warszawskich Jesieni Poezji jeden dzień tego wspaniałego wydarzenia literackiego należy do nas, do UPPL. W 2016 r. wspólnie z Majką Żywicką-Luckner, świetną poetką, a obecnie także moją zastępczynią w Unii i warszawianką doszliśmy do wniosku, że będziemy podczas warszawskiego świętowania poezji przedstawiać dorobek literacki naszych członków w ramach spektakli poetycko-muzycznych. Wymyśliłem, aby te spektakle nosiły nazwę Molekuły wrażliwości i tak już zostało. Podczas 45. Warszawskiej Jesieni Poezji w październiku 2016 r., zorganizowaliśmy w Klubie Księgarza na Warszawskim Rynku, dzięki gościnności Jasia Rodzenia – kierownika klubu, pierwszy spektakl poetycko-muzyczny Molekuły wrażliwości. Nasze wiersze recytowała warszawska aktorka Marysia Gładkowska, a ja śpiewałem i robiłem oprawę muzyczną. Udało się znakomicie, klub był pełny przybyłych widzów. Od tego wydarzenia co roku odbywają się takie spektakle w ramach Warszawskich Jesieni Poezji. W ostatnich latach ze względów ekonomicznych nasza impreza odbywa się na deskach teatru Scena w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. Wiersze recytuje aktorsko Iwona Rulewicz, a wspomaga ją także Wojciech Magnuski. Oprawę muzyczną i wokalną zapewniają Joasia Vorbrodt, także poetka i jej mąż, multiinstrumentalista Romulad. Spektakle ogląda wiele osób, a my prezentujemy coraz to nowe utwory poetyckie wielu naszych członków. Razem z Majką prowadzimy to wydarzenie, ale organizacyjnie całość imprezy nadzoruje Majka, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Do tej pory odbyło się pięć spektakli pod tytułem Molekuły wrażliwości. Jeżeli pozwolisz Irenko, to opowiem Ci o jeszcze jednym wydarzeniu, które dzieje się w czasie naszego dnia na Warszawskiej Jesieni Poezji. W godzinach południowym odbywa się w Domu Literatury ogłoszenie wyników i gala Ogólnopolskiego Konkursu Poetycko-Prozatorskiego dla Lekarzy „Puls Słowa”. Pomysłodawczynią i organizatorką konkursu jest Majka Żywicka-Luckner, z moją skromną pomocą. Jestem, obok Marka Wawrzkiewicza i jeszcze kilku znawców literatury, członkiem jury tego konkursu. Nasz konkurs jest o jeden rok starszy od konkursu Przychodzi wena do lekarza, ma już trzynaście lat i co roku zgłasza się do niego wielu pisarzy lekarzy. Galę konkursu prowadzimy razem z Majką. Nagrodzone utwory literackie czytają aktorzy scen warszawskich: Iwona Rulewicz, Ania Cieślak, Andrzej Ferenc, Krzysztof Gosztyła. Odbywa się to także z muzyką na żywo w tle. Na każdej gali konkursu wręczamy laureatom wydaną drukiem Antologię nagrodzonych utworów.
Z Warszawy przenieśmy się jeszcze na Żeromszczyznę, gdzie znacząco zaangażowałeś się w obchody 100-lecia powstania Zawodowego Związku Literatów Polskich: pamiątkowy obelisk, Zagajnik Literacki, Ławeczka Literacka….
Mówiąc szczerze, nie byłoby żadnego mojego śladu na Żeromszczyźnie, gdyby nie Ty. W 2019 roku zdradziłaś mi swój pomysł na uczczenie setnej rocznicy powołania do życia Zawodowego Związku Literatów Polskich. Wymieniłaś znane Ci miejsce czyli Centrum Edukacji i Kultury Szklany Dom na Żeromszczyźnie, gdzie znajduje się Dworek Stefana Żeromskiego. Przy nim – mówiłaś – należałoby pozostawić trwały ślad, przypominający to ważne dla literatów wydarzenie. Momentalnie i z entuzjazmem wszedłem w ten projekt. Ty poczyniłaś pierwsze kroki, nawiązując kontakt z Dyrektorem Szklanego Domu, przedstawiając mu wizję całego przedsięwzięcia i uzyskując jego akceptację. Kontaktowałaś się ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym, a potem z kilkoma świętokrzyskimi Nadleśnictwami, aż jedno z nich, Nadleśnictwo w Łagowie, nieodpłatnie obiecało dać 100 jodełek z dowiezieniem na miejsce. Chciałaś uzyskać zgodę na przywiezienie kamieni z Gołoborza – ukochanego miejsca Żeromskiego, z których miał powstać obelisk, ale korzystając z porady jednego z mieszkańców Ciekot, zaakceptowałaś jego pomysł – wykorzystania głazu znajdującego się nieopodal Szklanego Domu. Wymyśliłaś też „podwójną” Ławeczkę Literacką nazwaną przez Ciebie Ławeczką Natchnień oraz nazwę uwiecznioną na tablicy obelisku: ZAGAJNIK LITERACKI. O tym wszystkim dyskutowaliśmy na bieżąco z niekłamanym zapałem, ale cały trud realizacji ambitnego projektu spadł na moje barki. Ten projekt wymagał pewnych nakładów finansowych, które postanowiłem pokryć w całości oraz wielomiesięcznego osobistego zaangażowania, ale było warto. Poinformowałem o tym projekcie Prezesa ZLP Marka Wawrzkiewicza i Prezes Krakowskiego Oddziału ZLP Anię Pituch-Noworolską. Z uznaniem przystali na ten pomysł. Po wstępnych rozmowach telefonicznych z Dyrektorem Centrum Wojciechem Purtakiem i przedstawieniu naszego projektu pojechaliśmy we trójkę: ja, ty Irenko i Ania Pituch-Noworolska do Ciekot na rozmowy robocze. Udało się wybrać odpowiedni największy kamienny głaz, ustalić miejsce umieszczenia obelisku, posadzenia jodeł oraz postawienia Ławeczki Literackiej. Wziąłem się pilnie do pracy, choć nie spodziewałem się, że czeka mnie tyle problemów, które musiałem pokonać. Przede wszystkim jest to teren objęty ochroną zabytkową, a więc wszelkie zmiany w jego obrębie wymagały pozwoleń kieleckiego właściwego przedsiębiorstwa wodociągów. Wykonanie obelisku zgodnie z literą prawa było traktowane jak budowa, zatem potrzebne były właściwe pozwolenia budowlane, projekt budowlany stworzony przez architekta na podstawie moich wskazówek. Wyrysy i naniesienia na mapki geodezyjne tego terenu i w końcu znalezienie budowlańca-wykonawcy tego przedsięwzięcia. Po drodze jeszcze kilka dodatkowych wizyt w Ciekotach, pisma do urzędu gminy i starostwa. Zaprojektowałem tablicę pamiątkową i tabliczkę na Ławeczkę Literacką Unii Polskich Pisarzy Lekarzy, które następnie zostały wykonane w jednej z krakowskich pracowni. Na tablicy pamiątkowej obelisku, przedyskutowanej wspólnie, umieściłem taką treść: „Zagajnik Literacki na 100-lecie Związku Literatów Polskich w hołdzie Stefanowi Żeromskiemu Oddział Krakowski ZLP, Unia Polskich Pisarzy, Zarząd Główny ZLP”. Zakupiłem ozdobną drewnianą ławkę z żeliwnymi stalowymi oparciami i podstawą. Musiała ona zostać osadzona trwale z użyciem betonu nad stawem dworskim, co ku memu zaskoczeniu wymagało również spełnienia wielu formalności, w tym przygotowania i załatwienia potrzebnych dokumentów. Już w czasie moich intensywnych działań przyszedł czas pandemii i całą uroczystość z oczywistych względów musieliśmy przesunąć o rok. Uroczyste odsłonięcie tablicy pamiątkowej i obelisku oraz ławeczki literackiej UPPL odbyło się dopiero za rok, na początku lipca 2021. Było to oficjalne wydarzenie wpisane do programu Festiwalu Sztuki i Mediów – Otwarte Książki, który co roku odbywa się w Ciekotach. Publiczność dopisała, łącznie z przedstawicielami lokalnych władz. Dodatkowo, aby ozdobić naszą uroczystość, zorganizowaliśmy na tarasie dworku Żeromskiego w ramach festiwalu, spektakl poetycko-muzyczny „Lato w kropli rosy” wg scenariusza Ani Pituch-Noworolskiej. Pamiętam Irenko, jak drugiego lipca w ciepłe słoneczne popołudnie recytowałyście z Anią wiersze poetów ZLP i UPPL. Ja zrobiłem instrumentalną oprawę muzyczną z użyciem fletu, gitary i chińskich kurantów. Było zjawiskowo. Na te uroczystości zaprosiłem dwudziestu pisarzy i poetów członków UPPL i ZLP z wielu miejsc w kraju. Był między innymi Prezes ZLP Marek Wawrzkiewicz, Redaktor Naczelny Gazety Kulturalnej Andrzej Dębkowski, prof. Bolesław Faron – członek jury konkursu „Mistrza Mowy Polskiej”, który także corocznie prowadzi w Ciekotach spotkania w „Kuźni Mistrzów Mowy Polskiej” z laureatami konkursu, ludzie pióra z Warszawy, Krakowa, Nowego Sącza, Gliwic i Kielc. Wieczorem celebrowaliśmy ten dzień na uroczystej kolacji w miejscu naszego pobytu, które wyszukałaś w jednym z gospodarstw agroturystycznych w bezpośredniej bliskości Szklanego Domu. Organizacyjną stroną zająłem się ja i może zabrzmi to trochę nieskromnie, ale przecież takie są fakty. Unia Polskich Pisarzy Lekarzy pozostawiła z moją pomocą trwały ślad w tym tak ważnym dla historii literatury polskiej miejscu, sama wpisując się w tę historię.
Waldku, imponująca jest Twoja wiedza o Krakowie… powiedz na koniec, jak przy niebywałej aktywności w świecie kultury i pracując zawodowo, znalazłeś czas na podróże? Zwiedziłeś ponad 60 krajów. Zapisałeś je w słowie poetyckim w tomach: Opowiem Ci, W Podróży, Motyl z Nagasaki. Czym są dla Ciebie podróże?
Tak się stało w moim życiu, że zawód, który uprawiam i moja pracowitość dały mi szansę na spełnienie marzenia o podróżowaniu do odległych krajów. Ta chęć zobaczenia wielu pięknych miejsc drzemała już we mnie od samych młodzieńczych lat. Z odwiedzonych kontynentów nie byłem tylko na Antarktydzie, choć bardzo blisko niej. To za sprawą mojej mamy, której nigdy nie było dane podróżować po świecie, rozbudziłem w sobie potrzebę smakowania podróżniczej przygody. Mama zaszczepiła we mnie bakcyla podróżowania, czerpania z tego wielkiej przyjemności, doznawania wspaniałych przeżyć i praktycznej edukacji. To przecież premier Indii Indira Gandhi powtarzała „świat jest moim uniwersytetem”. Do każdego wyjazdu przygotowuję się bardzo precyzyjnie. Czytam i gromadzę materiały o miejscach, które odwiedzę, tak, by moje wspomnienia były najpełniejsze. Ułatwia mi to także fotografowanie, nagrywanie filmów z podróży oraz oczywiście zapisywanie poetyckich wspomnień. W plecaku mam zawsze długopis i notes do zapisywania wrażeń przeżytych chwil. Chcę wiedzieć na przyszłość, kiedy dokładnie napisałem dany wiersz, więc je datuję. Myślę, że człowiek powinien kolekcjonować wspomnienia, te dobre, przyjemne wspomnienia. Oczywiście miło jest pojechać gdzieś daleko w miejsca pełne egzotyki, ale można przeżywać szczęśliwe chwile także w miejscach nie tak odległych, może we własnym kraju, a może w naszych ulubionych miejscach niedaleko domu, ale wśród dobrych ludzi. Bo dobre wspomnienia są dla człowieka ważne. To tak naprawdę jedyny skarb, którego nikt nam nie może odebrać dopóki żyjemy. Możemy stracić zdrowie, pozostawać w cierpieniu i samotności, stracić majątek, trafić do więzienia, a nasze wspomnienia będą zawsze z nami, będą niezniszczalne. Wspomnień nikt nam nie zabierze. Pamiętajmy o tym.
I tym pięknym akcentem, mądrą puentą zakończmy naszą długą, ale ważną rozmowę w Jamie. Dziękuję Ci za poruszenie tak wielu tematów, z których zbudowałeś swój literacko-artystyczny świat i udowodniłeś, że dla literatury podpisałbyś cyrograf z diabłem. Chyba nie zaprzeczysz?
Chyba nie zaprzeczę (śmiech). I dziękuję Ci bardzo Irenko. Jest to to dla mnie wyróżnienie i z radością przyjąłem Twoje zaproszenie na rozmowę w tak wyjątkowym miejscu.
Jama Michalika, Sala Fryczowska (Zielona), 14.03.2024
Wywiad ukazał się w książce:Irena Kaczmarczyk, Z Jamy Michalika. Rozmowy., Wyd. KO ZLP, Kraków, 2024






