Strona główna Rok 2025 Nr 592 Franciszek Czekierda – Marysieńka i jej pierwszy mąż, Zamoyski

Franciszek Czekierda – Marysieńka i jej pierwszy mąż, Zamoyski

0
200
Franciszek Czekierda

MARYSIEŃKA I JEJ PIERWSZY MĄŻ, ZAMOYSKI

Niemal wszyscy w Polsce wiedzą, że żoną Jana Sobieskiego, późniejszego króla, była Marysieńka, czyli Maria Kazimiera Ludwika z domu d’Arquien. Przypuszczam jednak, że mało osób wie, iż najpierw była żoną ordynata i wojewody Jana Zamoyskiego zwanego Sobiepanem. Zanim to się stało przybliżmy jej postać.

Maria Kazimiera Ludwika (Marie Casimire Louise), córka Franciszki de la Châtre i Henryka de la Grange d’Arquien, markiza, kapitana gwardii księcia Orleańskiego Gastona (brata króla Ludwika XIII), urodziła się prawdopodobnie w 1641 roku w Nevers w Burgundii. Rodzina była zacna, liczna, lecz niezamożna. Siostra jej matki była guwernantką Marii Ludwiki Gonzagi de Nevers. To ważny alians, dzięki któremu Maria Kazimiera pojawiła się w Polsce. W listopadzie 1645 roku Maria Ludwika Gonzaga została per procura poślubiona królowi Polski Władysławowi IV. Wyjeżdżając z Paryża do Warszawy zabrała do swego orszaku czteroletnią Marysię d’Arquien, aby ulżyć rodzicom. Niespełna trzy lata później Władysław IV zmarł. Po roku wdowa została żoną kolejnego króla, Jana Kazimierza. Przedtem siedmioletnią Marysię królowa odesłała do Francji celem pobierania nauk w szkole urszulanek w Nevres. Po czterech lub pięciu latach dziewczynka powróciła do Polski. Mając trzynaście lat występowała w balecie na dworze królewskim, była muzykalna, grała na gitarze i śpiewała. Już wówczas wyróżniała się nie tylko urodą: „W kupę się zeszły w tym anielskim ciele dowcip i rozum” – zauważył polityk i poeta, Jan Andrzej Morsztyn. W innym miejscu zanotował:  „Ta pierwsza twarzą, choć ostatnia laty”. Z czasem stała się jeszcze bardziej bystra i powabna. Tadeusz Żeleński-Boy tak ją opisał na podstawie znanych konterfektów: „[Miała] ściągłą twarz o drobnych ustach, śliczne oczy wycięte w migdał, gęste pukle ciemnych włosów, szczupła, ale zręczna figurka…” (Marysieńka Sobieska, 1938).

W owym czasie dwudziestosiedmioletni Jan Sobiepan Zamoyski, zamożny dziedzic rodowej ordynacji, podczaszy wielki koronny, przebywając w sprawach urzędowych na dworze króla Jana Kazimierza, dostrzegł tańczącą i śpiewającą Marysię. Zachwycony jej wdziękiem i urodą postanowił w duchu, że zostanie jego żoną. Dzięki przychylności królowej spotkał się z nią. Podczas krótkiej rozmowy przypomniał sobie swój pobyt we Francji ze starszym przyjacielem, Bogusławem Radziwiłłem; było to w połowie lat czterdziestych, kiedy Zamoyski miał niespełna dwadzieścia lat. Młodzieniec był pod wrażeniem tamtejszej kultury oraz wykwintności i swobody Francuzów. Obiecał sobie wówczas, że za żonę pojmie pannę z tego kraju.

Młodszy o dwa lata od Sobiepana, Jan Sobieski, właściciel włości położonych na Podolu, podczas pobytu w stolicy w 1655 roku z okazji zwołania sejmu, zobaczył na jakimś balu pannę d’Arquein. Spodobała mu się, jednak nie jemu wówczas była przeznaczona…

Maria Kazimiera i Jan Zamoyski utrzymywali z sobą kontakt, czego świadectwem jest list szesnastoletniej margrabianki z maja 1657 roku: „Nie potrzebuję napominać Waści, żebyś Waść pozostał wierny królowi. Proszę więc tylko, żebyś Waść uważał na siebie i żebyś był Waść przekonany, że jestem Waści życzliwa i oddana do usług”. W tym czasie ordynat był, jak notują kronikarze, „zakochany jak kot”.

Cofnijmy się jednak o dwa lata, kiedy w połowie 1655 roku szwedzki potop zalał królestwo Polski i Litwy. W pierwszej fazie wojny Jan Sobieski walczył po stronie króla szwedzkiego Karola X Gustawa, co jest wstydliwym epizodem w jego życiorysie. Przemyślawszy własne postępowanie, w marcu następnego roku opuścił szwedzkie wojska i pod Łańcutem wstąpił do oddziałów dowodzonych przez Stefana Czernieckiego, regimentarza wojsk (funkcja ta oznaczała zastępcę hetmana).

W owym czasie Jan Zamoyski dowodził obroną zamojskiej twierdzy obleganej przez wojska szwedzkie. Polacy dali odpór wrogowi, który po nieskutecznym oblężeniu, wycofał się. Obrona Zamościa rozeszła się szerokim echem po kraju, była jedną z niewielu skutecznych obron przed Szwedami, poza Gdańskiem, Jasną Górą i twierdzą w Łańcucie. Sobiepan Zamoyski został obwołany bohaterem.

W połowie października 1655 roku król Jan Kazimierz z dworzanami i królowa Maria Ludwika ze swoim fraucymerem, w którym była Maria Kazimiera d’Arquien, opuścili stolicę i schronili się przed Szwedami na zamku w Głogówku koło Prudnika. Jan Zamoyski wysłał tam swojego zaufanego starostę radomskiego, Mikołaja Podlodowskiego, z misją do panny d’Arquien. (Podlodowski był potomkiem rodziny, z której wywodziła się Dorota Podlodowska, żona Jana Kochanowskiego). Gość został przyjęty przez królową. Na jego życzenie wezwano pannę d’Arquien. Starosta zbliżył się do królowej ze swoim przybocznym, który będąc krok za nim, trzymał oburącz hebanową szkatułkę inkrustowaną kością słoniową. Obaj ukłonili się.

– Wasza Królewska Mość – przemówił uroczystym głosem – przybywam w imieniu Jego Miłości pana Jana Zamoyskiego, księcia na Ostrogu, księcia na Zamościu, Krajczego i Podczaszego Wielkiego Koronnego, Generała Ziem Podolskich, Starosty Kałuskiego i Rostockiego, ordynata majątku rodowego. Od wielmożnego pana mam honor ofiarować poddanej Jej Miłości, margrabiance Marii Kazimierze d’Arquen de la Grange, ten oto podarek – w tym momencie przyboczny starosty wyjął ze szkatułki krzyż i podał Podlodowskiemu. Starosta, trzymając go oburącz, kontynuował: – Krzyż z pięcioma diamentami na znak świętych ran, z których narodziło się nowe życie: wiara, nadzieja, miłość, pobożność i skromność. Przez krzyż Chrystus zmartwychwstał do nowego życia. W krzyżu nadzieja, jak śpiewamy w okresie Wielkiej Nocy, takoż i mój pan ma nieprzemijającą nadzieję, iż margrabianka zachowa owe pięć cnót w swoim sercu do chwili, kiedy Waćpanna osobiście objawi je mojemu panu – w tym momencie starosta wręczył królowej krzyż, wysadzany dużymi diamentami. Ta, przyjrzawszy mu się uważnie, przekazała go Marii.

Należy wyjaśnić, że ordynat Zamoyski nie był księciem, jednak uważał za słuszne, żeby tak siebie tytułować, ponieważ jego matka, Katarzyna Ostrogska, była księżną (w Polsce tytuły po kądzieli nie były uznawane). Mianując siebie księciem pragnął zrównać się z książęcymi rodami i tym samym podnieść swój prestiż.

– Jesteśmy rade, że Mości Podczaszy nie zapomniał o nas w tak trudnych czasach – odezwała się królowa. – Cenimy szlachetność, męstwo i oddanie tego dzielnego rycerza i kawalera dla Jego Królewskiej Mości. Moja podopieczna – skierowała wzrok na Marysię – z radością przyjmuje ten piękny podarek i będzie go przechowywać z najwyższą czułością. – Maria Ludwika ponownie spojrzała na prezent i zastanowiła się: „Krzyż na zaloty z kamieniami symbolizującymi rany Jezusa? Zaprawdę, dziwny to suwenir… Obym była złą prorokinią, ale czy nie wieszczy on cierpień. Chociaż… diamenty są znakiem miłości, wierności i trwałości związku. Podarek wart co najmniej dziesięć tysięcy franków. Precz z czarnymi myślami!” – zganiła się w duchu. – Zapraszam zatem Waćpana do salonu na poczęstunek i dalszy ciąg rozmowy – dokończyła.

Kiedy gościa prowadzono do salonu, idący obok przyboczny szepnął mu:

– Domniemywam tedy, Mości starosto, że nie podadzą nam czarnej polewki, ani harbuza.

– Milcz, głupcze – zganił go Podlodowski.

Ofiarowany margrabiance d’Arquien drogi prezent był znakiem rozpoczęcia starań o rękę. Królowa twierdziła później, że panna przyjęła go z entuzjazmem.

W połowie grudnia 1655 roku król Jan Kazimierz powrócił ze Śląska do kraju. W następnym roku większość wojsk szwedzkich wycofała się z polskich ziem, a sytuacja uległa poprawie. Po pewnym czasie ordynat Zamoyski ponownie wysłał starostę Podlodowskiego do panny Marii Kazimiery d’Arquien z misją specjalną, której celem było oficjalne oświadczenie się o jej rękę. Oświadczyny zostały przyjęte. Równocześnie Podlodowski przedłożył królowej wstępne zobowiązania swego mocodawcy, które stanowiły fundament przyszłego kontraktu. Później Jan Zamojski spotkał się z królową Marią Ludwiką w celu przygotowania kontraktu ślubnego. Sobiepanowi towarzyszył wysoki urzędnik ordynacji, królowej zaś osobisty sekretarz. Po lansadach i słownych uprzejmościach Maria Ludwika przystąpiła do konkretów.

– Cóż Waść tedy obiecujesz ofiarować mojej poddanej, a swojej wybrance?

– Zapiszę 600 tysięcy złotych na swoich dobrach, które wymienione są w tym oto wykazie – Zamoyski uniósł znad blatu stołu gruby kremowy papier z listą posiadłości.

– Liczyłam na więcej, Mości podczaszy – była zawiedziona. – Jesteś jednym z najbogatszych ludzi w Polszcze i na Litwie. – „Ma przecie ponad 700 tysięcy liwrów intraty” – zamyśliła się.

– Moi administratorzy porachowali, że ekspens powyżej oferowanej sumy doprowadziłby do turbacji w bieżącym zarządzaniu dobrami. Wasza Miłość – rzekł uroczyście – ze szczyrego serca zapisuję, co jest stałe i pewne. Daję ponad trzykroć nad to, co wynoszą moje roczne dochody – był zaskoczony jej pazernością.

– Weź ten papiór, sekretarzu, i przepisz wszystkie posiadłości do projektu dokumentu – zadysponowała królowa. – Co jeszcze? – żądała więcej. – Zważ Waszmość, że panna margrabianka jest pod moją szczególną opieką.

– Dodatkowo każę wypłacać małżonce tysiąc złotych miesięcznie na osobiste wydatki. I cztery tysiące rocznie z dochodów starostwa.

– To już lepiej – ucieszyła się.

– Poza kontraktem ozdobię jej głowę diademem wysadzanym diamentami.

– Ze swej strony przekażę Marii złotą i srebrną zastawę.

Nie była to jednak pełna zastawa: cztery srebrno-złote puchary, dwadzieścia jeden srebrno-złotych roztruchanów (duże puchary o kształtach zwierząt) i cztery srebrne miednice.

– Sam nie pragnę złota, ni srebra. Myśliłem jednak, że Wasza Miłość w swej łaskawości nie zapomni o mnie? – Zamoyski delikatnie upomniał się o własne interesy.

– Zastanowię się. Po ślubie postaram się wyjednać u Jego Królewskiej Mości urząd wojewody kijowskiego.

– Wielki dank za to, Miłościwa Pani – ukłonił się nisko.

– Co do ślubu i wesela, ma być nie mniej uroczyście, jak było na weselu Mości dziadka, pierwszego ordynata, kanclerza i hetmana z Gryzeldą Batorówną.

– Wasza Miłość słyszała o tym hucznym weselisku? – zdziwił się.

– Dostarczono mi opis uroczystości. Czytałam z zainteresowaniem.

– Z racji mego officium et positio nie wypada mi zaprosić wszystkich senatorów, wojewodów, kasztelanów et cetera jak mój wspaniały dziad, bom nie jest kanclerzem koronnym, ni hetmanem, ale obiecuję, że celebra ślubna będzie godna, a uroczystości weselne arcywspaniałe.

Drugiego marca 1658 roku podpisano kontrakt. (W tym roku Jan Zamoyski został mianowany wojewodą kijowskim, a w następnym wojewodą sandomierskim). Ślub odbył się w Warszawie trzeciego marca. Przed udaniem się do kościoła królowa włożyła na głowę panny młodej diamentowy diadem. W orszaku przed parą młodych maszerowało stu hajduków, stu lokajów, dwudziestu czterech przewodników psów gończych, osiemnastu paziów i sześciu trębaczy. Ślubu udzielił prymas Wacław Leszczyński, zaś drużbami byli Stefan Czarniecki i Michał Radziwiłł. Wesele odbyło się na Zamku Królewskim. Wypito trzysta beczek wina sprowadzonego z Węgier. Pod koniec trzeciego dnia hucznego weseliska odbyła się ceremonia kąpieli panny młodej w towarzystwie swoich przyjaciółek. Przed ślubem Zamoyski podarował jej pozłacaną gotowalnię (toaletkę) z lustrem weneckim, którego rama i inne części wysadzane były dużymi perłami. Ufryzowana i wypachniona Maria Kazimiera odprowadzona została do sypialni, gdzie podekscytowana oczekiwała pana młodego. Czekanie przedłużało się, panna była zniecierpliwiona. Wreszcie usłyszała głośne otwieranie drzwi, w których pojawił się pan młody. Szedł mocno chwiejnym krokiem. Małżonka poczuła się nieswojo.

– Witam moją ukochaną… panią żonę – wymamrotał niewyraźnie, po czym zachwiał się.

– Jestem wielce rada… – Maria, nie dokończywszy zdania, wyskoczyła z pościeli, by pomóc swemu panu dojść do łoża. – Pomogę Waćpanu zdjąć kontusz – uchwyciła go pod ramię.

– Nasza noc poślubna będzie wspaniała, jak weselisko… – mówił bełkotliwie.

Maria doprowadziła go w pobliże łóżka, jednak nie dała rady go na nim położyć. Ordynat zachwiał się na nogach, po czym zaczął się osuwać. Maria odskoczyła na bok, by swoim ciężarem nie przygniótł jej. Zwaliwszy się na kobierzec, szybko usnął. Noc poślubna okazała się zaprzeczeniem obiecanych przez męża wspaniałości: pan młody chrapał na podłodze, panna młoda, zanim usnęła w łożu, długo płakała. Ponoć dopiero po kilku dniach Zamoyski spełnił swój małżeński obowiązek. Po krótkim czasie okazało się, że lubował się w orgiach i unikał współżycia. Maria Kazimiera dzielnie to znosiła, jednak nie będąc potulną małżonką, pewnego dnia nie wytrzymała.

– Waść częściej bywasz z kompanionami, niźli ze mną – rzekła z wymuszonym uśmiechem, kiedy po raz kolejny pojawił się podchmielony w jej komnacie.

– Temi słowy ranisz moje serce, droga pani żono, bo kiedy tylko mogę jestem z tobą. A jeśli nie ma mnie na zamku, robię objazdy po dobrach albo w inszych interesach. Ostatniom musiał być na Ukrainie, by bronić ordynacji przed grabieniem.

– Jestem w rozpaczy, kiedy Waści ze mną nie ma. Zamek mi niechętny, niektórzy traktują mię ladajako. W odpowiedzi na moje oszczędne rządy i sprzeciw wobec rabunkowego gospodarzenia, otruto mego najulubieńszego pieska.

– Słyszałem o tem, wielka to przykrość – rzekł z żalem.

– Zaklinam Waści, bądź częściej ze mną. Jestem pokorną, wierną i oddaną żoną.

– Król wzywa mię do Warszawy, jutro wyjeżdżam… – rzekł, nie patrząc jej w oczy.

Po tych słowach Maria zdenerwowała się.

– Tego nie da się ukryć, bo wszyscy to widzą, że igry i swawolne harce nad ślubny wieniec przedkładasz – podniosła głos.

– Kocham cię nad życie, pani żono, a nicujesz mnie boleśnie swoim języczkiem.

– Więcej żalu to wszystko mi przydaje, niźli pociechy. Rzeknę tedy Waści wprost: dlaczego unikasz małżeńskiego łoża?

– Mam ochotę sycić się twoją miłością – Jan powiedział ckliwie.

– Czyżby ochota kroczyła swoim duktem, a rzecz istna swoim?

Zamoyski zamilkł. Spostrzegł, że bystra żonka wychwyciła to, czego sam bał się nazwać.

– Czy afekt Waści tak rychło przemija? – po chwili zastanowienia dodała z goryczą: – Niemożebnym jest, abym jako żona akomodowała się do sytuacji mniszki.

Zamoyski zamyślił się, widać było, że zmagał się z sobą, chcąc coś ważnego powiedzieć. Po krótkiej pauzie przemógł się.

– Doskwierają mi miszkulancje niemocy – odparł wymijająco.

– Nic a nic nie pojmuję.

– Wybacz, pani mego serca, muszę z bólem to wyznać, żem tu – wskazał na przyrodzenie – trochę cierpiący… – zapłonił się.

– Mów a szczyrze – nalegała.

– Mam krwistą a wielce rozpaloną urinę – był bliski łez.

Maria Kazimiera wybuchnęła głośnym płaczem. Dotarło do niej, że małżonek ma wstydliwą chorobę. Prawdopodobnie Sobiepan Zamojski nabawił się jej we Francji, gdzie z pannami dawał folgę własnym chuciom. W kraju także nie stronił od panien i dziewek, które przywożono mu do zamku. Jakiś anonimowy kronikarz zanotował, że miał „gminne skłonności”.

W kwietniu 1659 roku Maria Kazimiera urodziła córeczkę, która zmarła po miesiącu. Po krótkim czasie znów zaszła w ciążę, lecz poroniła. W marcu 1660 roku urodziła drugą córkę, Katarzynę, lecz ta również zmarła w młodym wieku. Poronienie i śmierć niemowląt mogły być skutkiem jej choroby wenerycznej, której nabawiła się od męża.

Częsta nieobecność ordynata, hulaszczy tryb życia, zaniedbywanie żony i ciągłe darowizny dóbr powodowały, że postępował rozkład małżeństwa. A jeśli bywał w Zamościu, unikał żony. Trzy lata po ślubie Maria Kazimiera skarżyła się w liście: „Jak rano wychodzi z mego pokoju, nie widzę go do wieczora”. Na zamku poddani nie lubili oszczędnej Francuzki, a stosunki ze szwagierką, księżną Gryzeldą, wdową po dowódcy wojsk koronnych, Jeremim Wiśniowieckim, popsuły się. Maria Kazimiera utrzymywała zaś dobre relacje z Michałem Korybutem Wiśniowieckim (synem Jeremiego, przyszłym królem), któremu bardzo się podobała, ona natomiast nazywała go, poza jego oczami, małpą.

W książce Marysieńka Sobieska Tadeusz Żeleński-Boy celnie scharakteryzował pierwszego męża Marii Kazimiery: „Dzielny żołnierz, ale bez większych talentów, jako głowa był raczej zerem. Wesoły kompan, hojny, rozrzutny nawet, niedbały, kochający się w grubym zbytku, popularny, ordynarny, klnący rubasznie, pijak, podagryk – niestety i coś więcej – nie był pan Jan Zamoyski miłym towarzyszem dla wykwintnej kobiety. Praktyczną Francuzkę drażniło jego marnotrawstwo; pannie chowanej na dworze przykry był dom pełen pijatyk i hałasu”.

Organizowane przez młodą wojewodzinę gry w karty, maskarady, tańce i inne zabawy nie były w stanie wyrwać jej z małżeńskiej nudy i poprawić nastroju. W tym stanie rzeczy Maria zadzierzgnęła więzy przyjaźni z Janem Sobieskim, chorążym koronnym i starostą jaworowskim, właścicielem wielu włości, w tym majątku Pilaszkowice położonego w pobliżu Zamościa. Poznała go niecały rok po swoim ślubie, wiosną 1659 roku, gdy złożył młodym małżonkom wizytę. Przypomniał sobie wówczas kilkunastoletnią Marię d’Arquien występującą w balecie na królewskim dworze, choć ona go wtedy nie zapamiętała. Teraz Marysieńka i Jan przypadli sobie do gustu; nawiązali duchowe porozumienie. Z tego okresu pochodzą ich pierwsze listy stanowiące świadectwo wzajemnego zainteresowania, które po krótkim czasie przerodziło się w uczucie. Maria Kazimiera, wciąż będąc żoną Zamoyskiego, oddaliła się od niego uczuciowo, a swoje myśli i nadzieje wiązała z przystojnym i walecznym kawalerem, chorążym wielkim koronnym. Ale nie uprzedzajmy faktów, o ich dalszych losach dowiemy się wkrótce.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułAndrzej Walter – Polskie elity są bezdennie głupie
Następny artykułSubiektywne Kalendarium Artystyczne Anny Łyczewskiej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko