Strona główna Felietony Piotr Müldner-Nieckowski – Choroba Morgellonów, zaraźliwa przez Internet

Piotr Müldner-Nieckowski – Choroba Morgellonów, zaraźliwa przez Internet

0
190
Piotr Muldner-Nieckowski fot. Ewa Modestowicz

Kiedy w 1990 roku ustała komunistyczna cenzura państwowa, z początku sądzono powszechnie, że nastąpią czasy wielkiej wolności. Właściwie dowolności, która miała przesłonić niedostatki i krzywdy brutalnej pseudoopieki antykulturowej nad poprawnością polskich tekstów i zachowań.

Szybko można było się przekonać, że nic takiego się nie stało. Biura i stanowiska cenzorskie w Urzędzie Kontroli Publikacji i Widowisk zostały zamknięte, ale w zamian wszelkie redakcje i instytucje rzekomo kultury, a właściwie propagandy politycznej (początkowo sprytnie maskowanej) dostały placet na wszelkie dotychczas niedozwolone działania, łącznie z drukiem wszystkiego, co tylko się ludziom spodoba.

Momentalnie zaczęto mylić brak cenzury z normą myślenia. Nadal bowiem czuwała cenzura, a właściwie jej funkcjonowania pilnowały rozliczne i skrzętnie skrywane formy, z karami w postaci głównie ostracyzmu i cichych zakazów publikacji czy wręcz funkcjonowania w najważniejszych mediach. Na przywrócony dawny (słuszny etycznie, logicznie i merytorycznie) niepisany system przestrzegania społecznej obyczajności, podawania prawdy, zgodności informacji z faktami nałożyło się to wszystko, co się wymyka rzetelnej wiedzy i możliwości sprawdzania. Przyczyną jest to, że niestety wciąż nie dysponujemy jasną definicją prawdy i faktu, a także dopuszczalności publikowania tekstów, na przykład taką, jaka obowiązuje w nauce zwanej historią lub medycyną. Nigdzie nie precyzuje się granic, na których kończy się obyczajność, prawda, słuszność, zgodność z rzeczywistością, sprawdzalność eksperymentalna i empiryczna. Wszyscy mamy z tym kłopot, a prawnicy i dziennikarze w szczególności, ponieważ media nieustannie wykrzywiają kryteria poprawnego obserwowania, wyciągania wniosków i ogólnie myślenia, a także dyskusji zgodnej z logiką.

Metody swoiście pojmowanej a cenzurowanej wolności, tej niesłusznej i szkodliwej, a w rzeczywistości relatywizmu wydostały się z biur dawnej cenzury na świeże powietrze i zaczęły przekręcać wszystko, co przekręcić lub odwrócić się da, i to dla całkiem realnych korzyści: pieniędzy i władzy. Pewnych rzeczy nadal nie wolno mówić, bo można wylecieć z pracy, na przykład z uniwersytetu.

No, ale przejdźmy do jakiegoś konkretu.

Oto kiedy tylko znikła cenzura oficjalna, w gazetach (przypominam, rok 1990) spektakularnie odrodziło się znachorstwo. Wykwitło jak jakaś hydra spod ziemi, uczepiło się nas wszystkich i poprzestawiało komórki nerwowe mózgów dziennikarzy. Była to akcja ciekawie pomyślana, a trudna do rozpoznania jako działanie ekonomiczno-przemysłowe. Wszak chodziło o skuteczne, ale sprytnie ukryte przekonywanie, że za czasów komuny nie wolno było o pewnych metodach leczenia i pewnych lekach mówić, a teraz można wszystko.

A skoro właśnie następuje taka wolność, a właściwie dowolność, dowodzono, że powinniśmy z tego natychmiast skorzystać. W tym przypadku chodziło o prawdę o nieskutecznej medycynie naukowej, która najlepsze metody lecznicze ukrywa, bo są kosztowne i kłopotliwe w stosowaniu, i że takie jej ustawienie w systemie pozostało aktualnej władzy po władzy komunistycznej, tej niewłaściwe. Bo obecnie mieliśmy już władzę właściwą. Lekarzom, jej przedstawicielom, nie wolno było zatem wierzyć, gdyż tej władzy są pracownikami. Lecz oto my, producenci specjalnych leków, będziemy wam, ludziom dotychczas zaniedbywanym przez służbę zdrowia, bezpiecznie i „niemal za darmo” serwować produkty, które były celowo produkowane w znikomych ilościach, abyście nie byli zdrowi. A przecież nadeszła nowoczesność!

Mnóstwo ludzi w to uwierzyło i wierzy do tej pory, bo media bez przerwy lansują takie metody i preparaty, i nikt temu nie oponuje. Cenzury nie ma i rzekomo czuwa nad tym rozsądek publicystów i właścicieli mediów, w tym gazet, radia i telewizji. Wobec likwidacji cenzorskiego zła, na zasadzie odbicia od dna cierpień oraz wobec powszechnej wolności, teksty znachorskie i paramedyczne mają obecnie prawo działać bez żadnej kontroli, która przecież z założenia, sama w sobie jako zbyt wnikliwa represja jest złem. Preparaty o dobrej nazwie zasługują, aby nazywać je lekami, a rozmaite doskonałe pomysły producentów wszelkiego rodzaju środków zaproponowano jako produkty medyczne, doskonałe w postępowaniach wobec totalnej i udowodnionej niemożności starej, zidiociałej medycyny naukowej.

Każdy chory wie dzisiaj, że służba zdrowia jest niewydolna i należy się leczyć samodzielnie, osobiście, a to, co wygadują lekarze w czasie wizyty u nich w gabinetach, konfrontować z idiotyzmami wypowiadanymi przez innych lekarzy w innych gabinetach. Najlepiej nagrywać, co mówią i sobie w wolnych chwilach w domu sprawdzać. Jeden radzi brać aspirynę, ale drugi kwas acetylosalicylowy. Któryś nich w sposób oczywisty kłamie. Przecież mówią co innego. Na czoło wysuwa się dotychczas ukrywany przed ludzkością magnez jako czynnik, który powinien być przyjmowany w formie tabletek przez każdego zdrowo myślącego człowieka. Równie niezbędne powinny być tabletki z witaminami, które poprawiają odporność, czynność serca i wątroby. Każdy facet powinien być w seksie maratończykiem i spryskiwać sobie narząd, a każda kobieta żądać od niego wielogodzinnej frykcji, czyli pocierania narządów płciowych w celu stymulacji.

O mózgu już się nie mówi, bo to słabej działa na wyobraźnię, ale już taką wątrobę można sobie wymacać w brzuchu, nawet jeśli każdy wymacuje ją gdzie indziej. Pukanie się w głowę też nie pomaga. Ponadto istnieją zbyt słabo używane przez medycynę preparaty antywirusowe, bo skoro w żadnym podręczniku medycyny nie ma mowy o tym, że mogą zabijać wirusy, to jednak my, producenci, musimy o tym powiadamiać w reklamach, gdyż ludzie z jakichś powodów też tego nie wiedzą.

Bardzo solidnie zajęto się też pasożytami, informując ludzkość, że wszyscy mamy je w sobie w ogromnych ilościach w postaci robaków obłych, podobnych do cieniutkiego makaronu.

Za tymi akcjami poszło przywoływanie dawno zapomnianych przypadłości.

Ostatnio nastąpił nawrót choroby Morgellonów, odkrytej w XVII wieku w rodzinie o nazwisku Morgellon (stąd nazwa), w której na skórze dzieci miały wyrastać włókienka specyficznych pasożytów. W roku 2001 podobne włókienka odkryła u swego syna pani Mary Leitao, biolog pracująca jako technik laboratoryjny w szpitalu w Bostonie. Ponieważ lekarze masowo to zjawisko ignorowali, nie znajdując ani odkrytych przez Leitao bakterii, ani żadnych objawów choroby (poza włókienkami, których zresztą pod mikroskopem nie widać, ale które chorzy i ich opiekunowie potrafią narysować), biolog zaczęła szukać pomocy w Internecie i założyła Morgellons Research Foundation (Fundację Choroby Morgellonów).

Piszą o tym szczegółowo ale bez emocji w „Nowinach Lekarskich” z 2011 r. doktorzy Łukasz Skrzypczak i Anna Słodkowicz-Kowalska z Katedry Parazytologii Lekarskiej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Nie kpią, tylko relacjonują, bo sprawa jest nader poważna. Do dziś w Fundacji Choroby Morgellonów zarejestrowały się bowiem miliony chorych na zakażenie bakteriami włókienkowymi. Co ciekawe, już się pojawiły odpowiednie probiotyki (bakterie ze szczepu DSM 21097), a towarzyszą temu zalecenia, aby o swoim zachorowaniu nie rozmawiać z lekarzami, bo ci zawsze coś sprowadzą do formy rzekomej prawdy i zakwestionują oczywiste fakty. Fakty takie, jak je media rozumieją. Wieści dawno dotarły do Polski. Na szczęście w Polsce cenzura już od ponad trzydziestu pięciu lat nie działa. Z wyjątkiem tej, która nie puściła mi do publikacji pewnego literackiego, wcale nie politycznego artykułu o wyborach na prezydenta RP, i która w pewnej zanikającej już gazecie znalazła sobie dobre miejsce do podtrzymywania choroby.

Piotr Müldner-Nieckowski

Poprzedni artykułWacław Holewiński – Mebluję głowę książkami: Duszność
Następny artykułDariusz Pawlicki – 9 glos

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko