Strona główna Felietony Piotr Wojciechowski – EUROPA I BYK ZAMORSKI

Piotr Wojciechowski – EUROPA I BYK ZAMORSKI

0
84

   Czytam książkę o miłości. To pomaga lepiej przyjmować sytuację, w jakiej znaleźliśmy się w ostatnich tygodniach. Bez oporu używam tu liczby mnogiej „znaleźliśmy się”. Bo  to, co powtarza się w listach i spotkaniach sygnalizuje, jak powszechne są podobne reakcje – zawód, lęk, zniecierpliwienie, stres, pretensje – pretensje w wielu kierunkach. Broniąc się przed tym i starając nabrać ducha czytam starą książkę,  natknąłem się na nią porządkując moją bibliotekę.

  Tytuł: „Na granicy miłości” – w oryginale „Le cavalier de paille”.  Autorka: Monika Saint-He’lier,  Wydawnictwo Stefana Dippla w Poznaniu. Do lektury skłoniła mnie odręczna notka na stronie tytułowej o tym, że moi rodzice, lekarze, czytali dzieło w 1942 roku. To był Lublin, najgorszy chyba pod względem psychicznej przyduchy rok wojny. Lekarze mieli pełne ręce ludzkiej wojennej męki, chcieli spojrzeć za siebie. Jak ja dzisiaj.

    Autorka powieści, Szwajcarka pisząca po francusku, a mieszkająca przeważne w Paryżu, dała się szerzej poznać jako autorka cyklu powieści psychologicznych o rodzinie Alerac. Ukazywały się one od roku 1936 do 1955. Czytam powieść „Na granicy miłości” i domyślam się, co znajdywali w książce Zofia i Edwin Wojciechowscy w roku 1942.

Myślę, jakie są lektury ważne na dziś. Piszę o tym, co się przydarza do Przyjaciół i oni pisują do mnie. Posłuchajcie Państwo mozaiki tych głosów.

   Piszesz, Mój Drogi:  nas w Europie jest około 700 mln ludzi, bez Rosji, ale z Turcją. Do tego dodam odwiecznego wroga Rosji, Japonię. wychodzi  820 mln.  Ponad 2 razy więcej niż Amerykanów. Wsparcie Ukrainy byłoby możliwe. Ale trzy lata wojny pokazały, że nie tędy droga.

Karabin snajperski, M40, ma zasięg 900 metrów.  Z Twojego mieszkania, czy z dachu Świątyni Opatrzności Bożej, za daleko do Moskwy.

 I pytasz, łaskawcze, pytasz: Co robić ? Otóż, nie strzelać. Raczej przyglądać się Europie z uśmiechem – powiedzmy – nostalgiczno-pożegnalnym. Właśnie zjadłem resztki pstrąga na drugie śniadanie  i piszę felieton, odczytam go we wtorek na Biesiadzie Literackiej u pisarzy. Tytuł – Europa i zamorski byk. O tyryjskiej królewnie porwanej przez białego byka Zeusa.

 Odpływa nam rodzinna Europa Miłoszów i Konwickich. Na naszych oczach rozgrywa się ostatni akt  podziału Europy pomiędzy barbarzyńców wschodnich i zachodnich. Taka powtórka z rozbiorów.

Co robić w takim czasie? Wspominajmy, ileśmy piękna tu widzieli, ile spokoju zasmakowali.

 Wpatruję się w buzię Europy na obrazach – u Tycjana, Rembrandta u Gustawa Moreau. Byk porywa królewnę z wybrzeży Libanu z plaży gdzieś między Tyrem a Sydonem. Uwodzi łagodnością i porywa. Na buziaczkach porwanych dziewcząt nie ma w buntu. Przecież byk blondyn okazał się uroczy. Na Krecie Europa urodzi mu dwoje dzieci. A czyim dzieckiem był morderca Minotaur? Kuzyn, syn byka. Posejdona i Pazyfae.

 Na naszych oczach Europa znika jako pojęcie polityczne i jako życiodajny mit. Trwa, i będzie dalej trwać, Europa jako pojęcie geograficzne, jako pojęcie historyczne, jako coś, co nazywa się kulturą europejską. Ale państwa europejskie przestały być jednością – o ile były. Ty człowiek światowy, Europę masz w Rodzinie, Hiszpania, Italia…A mnie prześladuję wizja czmychającego stada, Rosja jak głodny wilik gna, czeka, kto się potknie, kto zostanie w tyle. A  Ameryka patrzy spoza wody, jak na tych łowach zarobić , kogo obedrzeć ze skóry. Donald – pisze kto inny – ma złych doradców. Przecież jakby zaraz dał Zelenskiemu super broń, amunicję i usługę zwiadowczą, dał hojniej niż Biden, Putin miałby tyle kłopotów, że bez wystrzału musiałby oddać Krym i Donbas. Przy okazji można byłoby zabrać mu Prusy Książęce. Byłby nowy Stan dla USA ze stolicą w Królewcu – Trumpolis. Polakom przybyłby miły sąsiad,  szczęśliwy rosyjskojęzyczny naród bałtycko-skandynawski. Jeździliby Sakndyrusowie do Mc Donalda w Gdańsku, bo byłoby im taniej. No, nie będzie tego, gabinety kombinują inaczej, zaczyna się dziać przeraźliwie inaczej. Co za spektakl, proszę Państwa! Zgroza, ale spektakl.
      Poproszony przez przyjaciółkę, żyjącą w Polsce Ukrainkę, tak uspakajałem jej panikę Trumpową:

Miła Pani, będzie dobrze. Gdy spotykam się z przyjaciółmi z gór, teraz, w czas wielkich niepokojów, na początku tak im mówię. Dobrze musi być, bo Bóg w niebie, góry stoją nieporuszone, a my żyjemy. Czytałem ostatnio Lwa Gumilowa „Od Rusi do Rosji”, czytałem Serhija Żadana „Wołoszyłowgrad”. Przepastne. Stojąca woda, głębia i pustka. Zachód nie rozumie sam siebie, nie może więc zrozumieć takich ksiąg, ani niczego po naszej stronie, po tej stronie, po której jest Mołdawia, Polska, Ukraina, Białoruś,  Rosja ze wszystkim, aż po Pacyfik. Rosja jest wojną, koniec wojny i koniec Rosji, Rosji jako imperium – to jedno. Niewyobrażalne zresztą, ale dzieją się przecież rzeczy niewyobrażalne. Ukraina jest śmiertelnie zagrożona, ale jednocześnie – ostatnia dekada to wielka przemiana Ukrainy, dramatyczna ofiara krwi, heroiczne szarpnięcie na Zachód, rozkwit świadomości i ducha. Węzeł trudnego  sąsiedztwa Ukraińców i Polaków zacieśnił się. Mocniej jesteśmy razem, więcej wiemy o wspólnocie losu, więcej wiemy o tym, jak jesteśmy sobie potrzebni, jak jesteśmy wzajem dla siebie niebezpieczni. Gdy mówią armaty, słabo słychać głos artystów i filozofów. Tym bardziej musimy wołać. Głośniej i mądrzej. Ostatnio Zachód, ponaglony przez Amerykanina, mówi o wartościach. Ogólniki. A my powinniśmy nazwać i wymienić wartości po kolei, powinniśmy wrócić do rozmowy o wartościach, o ich konsekwencjach, o tym, dlaczego tak trudno wychowywać młodych do obrony wartości, do praktykowania wartości. Jakie światło na wartości rzucają antywartości – czego dowiadujemy się o wierności, gdy spotykamy obojętność, dezercję, kłamliwe deklaracje. Co mówią o prawdzie fake-newsy, a co sztuczna inteligencja? I tak dalej…

     Napisałem jak myślę i nad czym pracuję. Ale czy  jej, Olenie, może Xeni,  wypadałoby teraz właśnie polecać powieść sprzed 90 lat, powieść psychologiczną, dziejącą się w ziemiańskim środowisku szwajcarskiej Jury? Nie, ale wam, Drodzy Państwo, takie lektury polecam – pokrewne może w sferze obyczajowej powieściom Wacława Berenta i Marii Dąbrowskiej, ale w narracji i obrazowaniu już korzystające z przewrotnych pomysłów wielkiej francuskiej poezji. To zresztą proza dużo bardziej sensualna niż poezja – sfera zapachów, wiatru i deszczu, odoru dworskich piwnic i zaduchu zrujnowanych salonów, niuanse świateł, dotykalności ciał, ubrań, mebli, skórzanych wnętrz starych karet, których obicia gadają perfumami przeszłości. Psychologiczne portrety przeczuwających romanse panienek, albo starych służących, którzy wiedzą zbyt wiele i jeszcze mężczyzn umęczonych chciwością, niszczonych pychą i alkoholem. Zapewniam – to jest korytarz ta proza, to tajemne przejście do Europy. Tam się chce biec, bo tam  było tak blisko, ale znika. Zostaje niezwyciężony, potężniejący mit Europy, Europy jako Półwyspu Myśli, ojczyzny arcydzieł, doktryn filozoficznych, katedr i herezji. Zostaje smętna słodycz nostalgii, waszych wakacji i podróży, waszych europejskich studiów i przygód, waszych europejskich przyjaciół, tłumaczy i wydawców. Namawiam was – wspominajcie, spotykajcie się, aby opowiadać żeglugę na wyspę Hwar, smak zupy cebulowej w paryskich Halach. Pokazujcie zdjęcia z plaż Portofino, slajdy z Saint Tropez i La Salette. Opowiadajcie wilgotnym ze wzruszenia szeptem, że było z kim zatańczyć na moście w Avignon.

 W ten sposób przedłużycie jeszcze trochę trwanie Europy przedrozbiorowej.

Poprzedni artykułWiersze tygodnia – Adrian Szary
Następny artykułGrupiński Jerzy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko