Strona główna Eseje Iwona Danuta Startek – W kręgu złudzeń

Iwona Danuta Startek – W kręgu złudzeń

0
108
Maria Wollenberg-Kluza

            Psychologia to dziwna nauka. W świetle jej odkryć człowiek zawsze wychodzi podejrzanie, bo albo odkrywa, że nie jest tym, za kogo się dotąd uważał, albo świat  okazuje się być czymś innym niż się widzi i rozumie. Mimo pozorów naukowości wiele tak zwanych psychologicznych teorii z czasem, okazuje się  pseudonaukowym bełkotem. Te wszystkie symptomy osobowościowych zaburzeń rzekomo wynikające z traumatycznego dzieciństwa, to szukanie na siłę usprawiedliwienia dla nieudanego życia, nieudanego małżeństwa, konfliktów w pracy, aspołecznych postaw; to nurzanie się w głębinach nieuchwytnej podświadomości prowadzi do wniosku, że tak naprawdę nikt nie jest normalny. Każdy cierpi na jakieś zaburzenia.

       I jakże łatwo usprawiedliwiać nimi swoje  postępowanie, bo jak twierdzi doktor Jann Gumbiner, psycholog kliniczny i wykładowca University of California: „Łatwiej po prostu kupić lekarstwa. Teraz, kiedy diagnozuje się AADD, czyli ADHD u osób dojrzałych, sami rodzice, jeśli – na przykład – zgubią klucze do mieszkania, mają doskonałe usprawiedliwienie i legalną pigułkę na poprawę humoru”. W 2012 roku burzę wywołał natomiast sam Leon Eisenberg, psychiatra i odkrywca ADHD, twierdząc, że ADHD to typowy przykład choroby wymyślonej, której łatwość, a może właśnie trudność zdiagnozowania doprowadziła do posługiwania się nią jako wytrychem w postępowaniu z dziećmi tylko ruchliwymi czy rozkojarzonymi, od razu faszerując je psychotropami. Ba, coś jest na rzeczy skoro, jak ujawniła psycholog Lisa Cosgrove, ponad połowa autorów publikacji Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego jest powiązana z firmami farmaceutycznymi. Diagnozowanie zaburzeń i zalecanie leczenia farmakologicznego po prostu się opłaca. Brutalnie zaś mówiąc, im więcej „wariatów”, tym więcej zarobią.

        Z kolei dr Tomasz Witkowski w wywiadzie „W psychologii jest mnóstwo szarlatanerii, wróżenia z fusów. Trzeba zdemaskować niecne praktyki” próbował nieco odczarować tak zwany syndrom DDA, jako przykład psychoszarlatanerii nakręcającej psychobiznes. Rozprawia się też z mitem rzekomego wpływu wczesnego dzieciństwa na późniejszą osobowość człowieka dorosłego. Nie ukrywam, że czytałam ten wywiad z ogromną przyjemnością i satysfakcją, że ktoś wreszcie potwierdza moje osobiste przypuszczenia.

       Kiedyś czytywałam czasopisma o tematyce psychologicznej, ale rychło mnie znudziły doszukiwaniem się skutków z wymyślonych przyczyn pasujących do teorii. Nachalne tłumaczenia  takich czy innych zachowań dorosłych przecież ludzi w dawnej przeszłości z własnego dzieciństwa (czasem nawet tego okresu, którego dzięki naturalnej właściwości ludzkiego umysłu nie pamiętamy, a więc sprzed trzeciego roku życia) zawsze budziły we mnie sprzeciw jako próby uniknięcia odpowiedzialności za swoje decyzje. Po prostu, kiedyś stajemy się dorośli, a dorosłość polega na wzięciu odpowiedzialności za siebie.

         Nie zamierzam tutaj rozprawiać się z całą psychologią czy też jej wypaczoną odmianą. Jeden jej aspekt, często będący tematem publikacji, książek, badań, wydaje mi się w tym wszystkim istotny. Mianowicie skłonność człowieka do samooszukiwania się, do konstruowania fałszywego obrazu samego siebie, do – jak to ujmuje psychologia społeczna – autoprezentacji. Czy przypadkiem to usilne szukanie przyczyn swoich współczesnych wyborów życiowych, a zwłaszcza porażek, nie jest również formą samooszustwa? Próbą usprawiedliwiania się także przed sobą samym, a tym bardziej przed innymi? Jeśli bowiem chcę być szczera, a samooszukiwanie się to odrzucenie istotnego elementu wiedzy o sobie samym, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. A to bywa bolesne.

        O mechanizmach unikania bolesnych doświadczeń i prawd o sobie, takich jak  wyparcie, racjonalizacja, idealizacja, anulowanie, fantazjowanie, kompensacja, projekcja również napisano tyle, że w podstawowych publikacjach można znaleźć ich dokładny opis. Zastanawia mnie czy nie można by wskazać jakiegoś podstawowego wyróżnika wszelkich złudzeń na swój temat. Wszelkie szczegółowe badania, zwłaszcza eksperymentalne prowadzą raczej do rozdrabniania zjawisk. Tymczasem zaletą prawdy jest jej prostota. Nie przekonują mnie prawdy nadmiernie skomplikowane, tak zagmatwane, że nie widać wyjścia. Może to i przykre czasami, lecz karmimy się złudzeniami o sobie, budujemy złudzenia wokół siebie, zamykamy się w złudzeniach jak w bezpiecznych kokonach… no, słowem, złudzenia pozwalają tak przyjemnie żyć.

       Anthony de Mello w „Przebudzeniu” opisuje hipotetyczną sytuację więźnia, który przed egzekucją w obcym kraju chce ostatni raz zobaczyć ojczyznę. Wiozą go więc nad granicę, żeby mógł ją zobaczyć choćby z daleka. Na miejscu ze wzruszeniem więzień podziwia ojczyste drzewa, widoczne domy, jakąś wioskę: „Och, mój kraj, mój piękny kraj”. Jakże wzruszająca scena, prawda? Po chwili jednak strażnicy mówią, że  się pomylili w obliczeniu odległości i to jeszcze nie jest jego kraj, bo granica jest dobrych dziesięć mil dalej i dopiero tam jest jego ojczyzna. Dobre, nie? Czym więc się tak wzruszał więzień? Nie widokiem ojczyzny przecież, lecz jej złudzeniem. Może jakimś jej wyobrażeniem?

         Żyjemy złudzeniami, karmimy się złudzeniami, tworzymy złudzenia. Wzrusza nas muzyka Chopina, bo  to piękna muzyka czy też dlatego, że wiemy, że to Chopin? Nie cierpimy muzyki współczesnej, bo taka zła, czy tylko zaprogramowaliśmy się na tradycjonalistów? Nasz ulubiony kwiat to róża i myśląc o miłości przychodzi nam do głowy kolor czerwony, bo rzeczywiście czerwony wyraża miłość czy tylko nam się wydaje? Kochamy stare zamczyska i ruiny bo rzeczywiście takie piękne czy tylko ulegamy złudnym wyobrażeniom o atrakcji miejsc nieco zakurzonych przez historię? Właśnie, naprawdę wzruszają nas stare budowle, jak Coloseum, czy po prostu tylko pamięć znaczenia tego miejsca? I  kogo naprawdę wzruszałaby Mona Lisa, gdyby nie wiedza, kto ją namalował i zasłonięto ją szybą pancerną??!!

         Przykłady można mnożyć. Bo najlepszym sprawdzianem prawdziwości wzruszenia, podziwu, akceptacji jest – paradoksalnie – oczyszczenie się z nadmiaru informacji,  usunięcie wdrukowanych zachowań kulturowych, pozbycie stereotypowych ocen gromadzonych od dzieciństwa. Tylko jeśli ktoś naprawdę się uprze, nic nie jest w stanie poradzić na ograniczenia swojej percepcji. Norman Dixon przeprowadził eksperyment, w którym wykazał, że podwyższenie progu wrażliwości receptorów zmysłowych na niechciane bodźce jest autentyczne i dzieje się na poziomie podświadomej reakcji organizmu. Innymi słowy, naprawdę nie słyszymy lub nie widzimy czegoś, co mogłoby – potencjalnie – sprawić nam przykrość. A ściślej rzecz biorąc, nie widzi i nie słyszy nasz mózg, ponieważ podwyższony poziom wrażliwości receptorów zmysłowych nie przepuszcza do niego sygnału z zewnątrz i nie przesyła danych. Pamiętać jednak należy, że tą przykrością może być na przykład prawda o nas samych. I co wtedy? Ano to, że żyjemy w złudzeniach, karmimy się złudzeniami, tworzymy złudzenia… na swój i nie tylko swój temat. Jednak samooszukiwanie się to odrzucenie istotnego elementu wiedzy o sobie samym. Może wcale tej wiedzy nie pragniemy i nie chcemy znać prawdy o sobie?

Poprzedni artykułFranciszek Czekierda – ZAPISKI BOGNY, DZIEWCZYNY TYRMANDA (Fragmenty)
Następny artykułTadej Karabowicz – Tom poetycki „Ocalenie” Czesława Miłosza po latach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko