W latach pięćdziesiątych Leopold Tyrmand poznał Bognę, której poświęcił sporo miejsca w Dzienniku 1954. Dziewczyna także notowała swoje przeżycia, nie nadając im tytułu. Zapiski ponoć miała spalić matka. Po latach zostały odnalezione. Udało mi się do nich dotrzeć.
1951
Sierpień
Przeprowadziliśmy się do Warszawy. Mieszkanie na Bednarskiej – kompletne dno, bez kuchni, nawet nie można zrobić herbaty. Ojciec będzie wykładał na Politechnice. Mama zgodziła się bez słowa na przenosiny, ale widzę, że nie jest zadowolona. Tu prawie same gruzy. I żadnych koleżanek. Jedyna moja pociecha, to listy do przyjaciółek z Gliwic, którym mogę się pożalić. Liczę na to, że coś się zmieni od września, gdy zacznę szkołę.
Wrzesień
Pierwsze dni w szkole mam za sobą. Chodzę do żeńskiego liceum Hoffmanowej na Polnej. Źle to wygląda. Trzeba mieć specjalne obuwie i tarczę przyszytą do rękawa. Co za przedszkole… W Gliwicach tego nie było. Nauczyciele sprawiają wrażenie groźnych belfrów. Trochę się boję. Polonistka od razu mnie znielubiła, nie wiem za co. To już pewne, że z polakiem będę miała kłopoty.
Październik
Ojciec załatwił mi obiady u literatów. Mam kartonowy abonament, z którego kucharka wyrywa mi codziennie jeden kuponik z datą. Dzisiaj było ciepło. Po wyjściu z budy od razu zdjęłam mundurek i włożyłam do koszyka. Wszystkie dziewczyny mają wiklinowe koszyki, zamiast tornistrów. Ta moda nawet mi się podoba. W domu włożyłam ładną granatową bluzkę w kropki, szyję przewiązałam chustą w biało-czerwoną szachownicę. Głodna poleciałam na Krakowskie Przedmieście na obiad. Kiedy jadłam rosół, podszedł jakiś facet w ciemnych okularach.
– Można się dosiąść? – zapytał uprzejmie.
– Proszę – odpowiedziałam niepewnie.
– Leopold – przedstawił się.
– Bogna – skinęłam głową.
Nagle w rosole zauważyłam robaka. Ohyda.
– Pani jest początkującą literatką? – zapytał poważnym głosem.
Spodobał mi się ten żart. Z drugiej strony czułam wstyd, że gość rozmawia ze mną, a ja mam w talerzu larwę. Na twarzy zrobiłam się czerwona. Mówił coś śmiesznego, lecz byłam podenerwowana i skupiona na robaku. Kiedy przesuwałam go na brzeg talerza, powiedział:
– Trzeba jeść do końca. Dobry rosołek.
Zjadłam cały rosół. Z robakiem. W ogóle go nie zauważył. Dziwne, ale nic mi się nie stało. Podniosłam wzrok, gapił się na mnie, jak sroka w kość i się uśmiechał.
Ciekawy typ, ma w sobie swobodę i pewność siebie.
Listopad
Przychodzę na obiady o stałej porze. On już na mnie czeka. Zagaduje, wypytuje, rozśmiesza. Traktuje mnie, jak dorosłą. Nareszcie mogę z kimś pogadać o moich problemach. Słucha mnie z uwagą. Moim staruszkom nigdy się nie zwierzałam, zresztą chyba tego nie chcieli. Gdyby chcieli, to by pytali, co mnie trapi.
Dopiero niedawno zauważyłam, że Lolek (zgodził się, żebym się tak do niego zwracała) wygląda inaczej, niż inni, wszystko ma doskonałe: ubranie, okulary, buty nie z tej planety, modne skarpetki. Ten twór z żurnala jest chyba mną zainteresowany. Znacznie starszy ode mnie, ale to mi nie przeszkadza, tak samo, jak i to, że jest niższy.
Zaczął pomagać mi w polskim i historii.
1952
Styczeń
Leopold wyjechał na wczasy do Zakopca. „Moja śliczna Bogusiu” – napisał w liście. Ale to nie ważne, ważniejsze, że na nartach zerwał więzadło stawowe i ma nogę w gipsie. Przez kilka tygodni będzie unieruchomiony w swojej klitce na Konopnickiej. Nie wiem, gdzie to jest. Aha, coś mówił, że w pobliżu placu Trzech Krzyży.
Marzec
Mama zauważyła, że na twarzy się zmieniłam. Fakt, czuję się kwitnąca. Powiedziała też, że sprawiam wrażenie doroślejszej. Ojciec też coś podejrzewa. Postanowiłam zaprosić Leopolda do domu. Powiedziałam im, gdzie go spotkałam, że jest dziennikarzem i że pomaga mi w lekcjach.
Był u nas na Nowogrodzkiej. Zapomniałam napisać, że przeprowadziliśmy się z Bednarskiej. Czułam się potwornie stremowana. Bałam się, jak go przyjmą? Przecież jest starszy ode mnie o piętnaście lat. Ma wrodzony talent do zjednywania ludzi. Zaraz po przywitaniu się z rodzicami, przejął inicjatywę, po krótkim czasie oczarował ich. Zdobył ich całkowicie. Postawa ojca spodobała mu się. Zapamiętałam tylko strzępy rozmów. Leopold mówił coś o wierności wyznawanym zasadom.
– Uczelniana organizacja partyjna niedawno rozdzielała talony na samochody. Jako dyrektorowi i członkowi egzekutywy należał mi się w pierwszej kolejności. Odmówiłem – opowiadał ojciec.
– Przed wojną miał pan auto?
– Teraz też chcę mieć, ale uczciwie. Nie zniżę się do tego, by korzystać z jakichś przywilejów.
– Z przydziału profesorskiego mieszkania też zrezygnowałeś – wtrąciła się mama.
– Daj spokój… – zgasił ją. – Wystarczy nam to służbowe.
Potem rozmawiali o młodzieży, którą ojciec krytykował za błędy i przegięcia. Była też gadka o polityce i UB, której brutalność ojciec usprawiedliwiał.
Spacerujemy po mieście. Lolek pokazuje mi zabytki, opowiada o nich. Świetnie zna historię. Skąd on to wszystko wie? Rozmawiamy o książkach i lekturach. Nienawidzę ich. Nie wiem, czy mnie do nich przekona. Zeszło na Lalkę. Nie mogę przebrnąć przez tego ramola. Kupiłam bryk. Rodzice są oburzeni. Lolek też.
– To wielka literatura. Musisz przeczytać – przynudzał.
– Musi to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpysknęłam.
– Bogna, nie wymądrzaj się. Przeminęło z wiatrem czytałaś?
– Fajowy romans.
– W Lalce jest podobnie, romans Wokulskiego z panną Łęcką.
– Nie nudź, nie nudź – przekomarzałam się.
– Spróbuj. Ta miłosna gra spodoba ci się – przekonywał wytrwale.
Lolek zaprowadził mnie na prześwietlenie. Leżę chora. Grypa, albo coś podobnego. Czytam Prusa. Niewiarygodne, wciągnęłam się. Potem wzięłam Klub Pickwicka, który też mi polecił. Powiedziałam mu wtedy: za żadne skarby. On jednak dla zachęty wybrał dla mnie kilka rozdziałów. No i… książkę pochłonęłam.
Swoją drogą, czy on zawsze musi mieć rację? Trochę się wymądrza. Ma jednak niesamowity dar wyciągania z książek najistotniejszych wątków, precyzyjnego analizowania sytuacji i charakterów. Przy okazji każe mi zapamiętywać najważniejsze rzeczy.
Wyrzucono mnie dyscyplinarnie z budy. Któregoś dnia odprowadził mnie rano do szkoły pod same drzwi. Szliśmy pod oknami, niemal wszyscy nas widzieli. Ktoś doniósł dyrekcji, że jakiś facet, na pewno nie ojciec, odprowadza uczennicę do szkoły. Skandal. Wezwano rodziców. Nie pomogły wyjaśnienia, że to korepetytor. Rada pedagogiczna uchwaliła i koniec. Z tej durnej Hoffmanowej ojciec przeniósł mnie do Świerczewskiego na Wiśniową. W klasie są też chłopcy. Czy może być coś bardziej beznadziejnego, niż babskie liceum? Nie mam tego za złe Lolkowi, zresztą rodzice też. Tak wygląda moralność socjalistyczna.
Kwiecień
Dzisiaj znowu długi spacer. Znaleźliśmy się na placu Trzech Krzyży.
– Chciałabym zobaczyć twój pokoik – zasugerowałam.
– Nie – odrzekł sucho.
– Znamy się już trochę i chcę zobaczyć, jak mieszkasz – upierałam się.
– Nie ma mowy.
– Dlaczego? – nie rozumiałam jego oporu.
– Słuchaj, Bogusiu… – zastanawiał się. – Obawiam się… – mówił niepewnie. Nie dokończył zdania.
Widziałam, że był autentyczny. Po tygodniu domyśliłam się, czego się bał. Nie chcę o tym pisać. A właściwie… czemu nie? I tak nikt tego nie przeczyta. Wydaje mi się, że się wzbraniał, bo boi się uczucia do mnie…
Nie widzieliśmy się potwornie długo, cały tydzień. Któregoś dnia nie odrobiłam pracy z polaka, więc nie poszłam do szkoły. Do parku nie chciałam, bo było zimno. Wpadłam na pomysł odwiedzenia go. Wiedziałam, że mieszka w YMCE na piętrze. Który pokój? Mam węch dobermana, jak mi powiedział, więc bez problemu znalazłam. Był w swojej norce, bo rano zawsze pisał. Zapukałam. Zdziwił się moim widokiem. Wpuścił mnie niechętnie. Oderwałam go od pisania; na biurku leżały notatki, a w maszynie do pisania wkręcona była kartka z tekstem swojego dziennika, czy czegoś podobnego.
– Nie poszłam do budy, bo mam dwie godziny wolne – skłamałam. – Nie mam gdzie pójść… – tym razem byłam szczera.
– Akurat wyrwałaś mnie ze środka roboty, piszę o „Tygodniku” – wskazał na maszynopis.
– Może byś mnie pocałował – coś mnie napadło.
– Wybij to sobie z głowy – odparł ostro. – Nie będę twoim… – urwał. Nie wiedziałam, co miał na myśli. – Po chwili zorientował się, że zachował się nietaktownie. – Wiesz, bardzo cię lubię, ale… Nie, nie… – wahał się.
Stałam nieruchomo. Było mi strasznie smutno. W końcu podszedł i pocałował mnie. Był to nasz pierwszy pocałunek.
– Idź do szkoły.
– Na pewno nie pójdę – zaperzyłam się.
– Jazda do domu! – rozkazał nieprzyjemnym tonem.
Wyszłam. Poryczałam się dopiero na ulicy. Było mi strasznie przykro. On jest pierwszym chłopakiem, z którym chodzę. Właściwie nie chodzę. Sama nie wiem, czy chcę z nim chodzić. Wieczorem zwierzyłam się Eli, mojej przyjaciółce. Ulżyło mi.
Maj
Byliśmy w Zachęcie, potem na filmie włoskim Rzym, godz. 11-ta. Włóczymy się po mieście. Kiedy w środę odezwałam się do niego grubiańsko, zostawił mnie na środku Wawelskiej i poszedł. Biegłam za nim, krzycząc jak wariatka: „Nie rób tego! Nie wolno ci…!”. Poszłam pod drzwi jego pokoju. Nie było go. Usiadłam na korytarzu. Płakałam i czekałam. Czekałam i płakałam. Po pewnym czasie pojawił się. W pokoju były wzajemne oskarżenia, wyrzuty, kłamstwa i godzenie się. Powiedział, że mam trudny charakter. Na końcu przebaczenie: moje i jego.
– Zdradzasz mnie – zarzuciłam mu, bo wiedziałam, że się z kimś spotykał.
– Jak możesz tak mówić, skoro nie jesteśmy parą – odparł mój głupi, niestety, atak. – mam prawo spotykać się z kim chcę.
– Nie możesz tego robić, chodzimy ze sobą.
– Bogna, ty zasługujesz na kogoś, kto nie będzie myślał o jutrze. Zrozum, ja się do tego nie nadaję. Dopadają mnie różne konieczności, których nie zrozumiesz.
– Na przykład jakie?
– Po co ci to wiedzieć. A zresztą… To początek starości. Między nami jest zbyt duża różnica wieku. Należymy do różnych galaktyk.
– Nieprawda. Weszłam w twój świat.
– Jeszcze nie weszłaś.
– Przy tobie dużo się nauczyłam.
– Powiem brutalnie, ty kiedyś odejdziesz, bo taka jest kolej rzeczy.
– Nigdy. Przenigdy! – zapewniałam go.
Wtedy obsypał mnie pocałunkami; oczy, włosy, brwi, usta, nogi. One bardzo mu się podobają. Ponoć mam długie i wspaniałe. Cała mu się podobam: smukłość, zadarty nosek, czarne szparki oczu, aksamitność ciała, które – jak mówił – pachnie żywicą. Tego wieczoru z dziewczyny przemieniłam się w kobietę. To znaczy on mnie przemienił.
Kiedy ochłonęliśmy, powróciłam do poprzedniej sprawy, która mnie męczyła:
– Wiem, że mnie zdradzasz. Czy tak będzie, kiedy zostaniemy małżeństwem?
– Nie zostaniemy, Bogusiu.
– Nie chcesz mnie? – niemal załkałam.
– Ubóstwiam cię, ale patrzmy na życie realnie. Przeważają we mnie – może zabrzmi to przemądrzale, ale tak jest – odpowiedzialność i świadomość przyszłości. Wiedz, że też jestem o ciebie zazdrosny. Przecież widzę wokół ciebie mnóstwo kręcących się przystojniaków.
– To szczeniaki. Nie chcę ich! Lolek, nie rozumiem, dlaczego jesteśmy o siebie tak cholernie zazdrośni.
Czerwiec
Jesteśmy parą! Napisałam to z entuzjazmem i… obawą. Z nikim nigdy tak nie rozmawiałam, jak rozmawiam z nim: otwarcie, do bólu szczerze. O wszystkim. Otwiera mi nowe okna w mojej ciemnej chałupce: wystawy, teatr, kino, włóczenie się po gruzach, wizyty na praskich ciuchach. Coś fantastycznego. Uwielbiam ładne zachodnie szmatki, a on się na nich świetnie zna.
Mama domyśla się, że między nami coś jest. Matki takie rzeczy wyczuwają. Zauważyła, że się uspokoiłam, już nie boję się panicznie szkoły, zaczęłam się uczyć, czytam książki. Przedtem do nauki, czy do czytania nie mogli mnie zaciągnąć wołami. Przedwczoraj, gdy Lolek skończył ze mną korepetycje, mama poprosiła go do drugiego pokoju na rozmowę. Nie wiem, o czym gadali, bo ani ona, ani on nie chcieli mi powiedzieć. Mogę się jedynie domyślać, jak ona wyglądała:
– Przepraszam pana, ale jak pan to sobie dalej wyobraża? – tak na pewno zaczęła.
– Od kiedy systematycznie zacząłem ją uczyć, zrobiła postępy. Wszyscy to widzą – udał, że nie wie, o co chodzi.
– Tego nie kwestionuję. Kobieta w moim wieku wie więcej, niż się panu wydaje.
– Doceniam pani inteligencję… – chyba wiercił się na krześle.
– Proszę powiedzieć jak to ma dalej wyglądać? Spora różnica wieku… – mama sprowadziła go na ziemię.
– Nie wykluczająca.
– Traktuje pan ją poważnie?
– Kocham Bogusię – powiedział. Na pewno tak powiedział. – Za rok zda maturę, będzie dorosła.
– Mogę być spokojna?
– Na pewno jej nie skrzywdzę.
Pofantazjowałam sobie, ale ziarenko prawdy w tej fantazji jest, bo wczoraj, kiedy Lolek leżał chory, mama zaniosła mu rosół. A więc zaakceptowała ten układ. Swoją drogą uśmiałam się w duchu z poważnej matki idącej przez miasto ze słoikiem rosołu dla… – chciałam napisać – dla przyszłego zięcia, ale hola, hola. Moje notatki mają być zapisem faktów, a nie jakichś głupich marzeń. Napisałam o układzie, bo on zaczął działać. Staruszkowie przekazali mnie w dobre ręce, Lolek stał się poduszką między nimi, a mną, ja przestałam brykać, w szkole mają wreszcie ze mną trochę spokoju. Moje kłopoty spadły na niego. Przede wszystkim mnie uczy. I wychowuje. Przynajmniej tak mu się wydaje, bo czy mnie można wychować? Ja wychowałam się sama, gdy przerzucono mnie ze Śląska do Warszawy i wtedy bez koleżanek i przyjaciółek cierpiałam. A to, że uczynił ze mnie kobietę, to inna sprawa.
Cieszę się, że mama go lubi. Gdy z kolei ja leżałam chora i nie mogłam sobie poradzić z wypracowaniem i historią, zapytałam, czy może po niego pójść. Od razu się zgodziła. Napisałam do niego liścik, ona poszła z nim i po godzinie przyprowadziła go.
Dziś powiedział mi, że obserwują go tajniacy. Potwornie się o niego martwię. Przecież nic złego nie zrobił.
Kolejna awantura o jakieś głupstwa. Nazwał mnie demonem bezmyślności i egoizmu, że zachowuję się, jak gówniara, że nie kończę zdań, które zaczynam…
– Mam już tego dosyć! – wydarł się – Nie będę prowadził internatu dla nierozgarniętych uczennic.
– Trudno – odrzekłam nad wyraz spokojnie. – Skoro mnie kochasz i traktujesz, jak gówniarę, musisz mnie wychowywać, tłumacząc co mi wolno, a co nie. Tak wygląda nasza beznadziejna miłość.
– Beznadziejna? – zatkało go.
Przeszył mnie tylko świdrującym wzrokiem spoza okularów. Swoją drogą dziwiłam się sobie, że tak mu wygarnęłam. Znowu przesadziłam?
Wrzesień
Nie pamiętam, czy był to poniedziałek, czy wtorek. Lolek wyglądał na strapionego.
– Co się dzieje? – martwiłam się.
– Jestem lekko zgnojony – odparł ogólnikowo.
Podejrzewałam, że powodem mogła być któraś z jego poprzednich dziewczyn, Rysia, albo Bronka. Kiedyś powiedział mi, że z nimi to już koniec, ale nie dowierzam mu.
– Staruszku, nie martw się – położyłam rękę na jego ramieniu. – Poczekaj trochę, zrobię maturę i będziemy mieli dziecko.
– Co? – zląkł się.
– Kupę dzieci. Ile będziesz chciał – rzuciłam cynicznie.
– Jeszcze mi tego brakuje – obudził się z zamyślenia.
Ja byłam wesoła, sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wyprowadziłam go z równowagi.
Październik
Zamiast do szkoły poszłam do niego. Moja obecność na matmie równałaby się samobójstwu. Przeszkodziłam mu w pisaniu. Na szczęście nie wyrzucił mnie. Całowaliśmy się. Jednak nie był sympatyczny. Tłumaczył mi coś zawile, ale ja nic nie kapowałam. Musiałam mieć minę mojego srającego kota.
– Usiłuję ci to wytłumaczyć, ale jesteś na to za ładna – wypalił. Niby inteligentnie, ale nieprzyjemnie. Ruszyło mnie to. Zerwałam się na równe nogi i, zanim trzasnęłam za sobą drzwi, krzyknęłam:
– A ty jesteś brzydki złośliwiec. Lepiej być ładną i głupią, niż inteligentnym chamem.
Wychodząc usłyszałam jeszcze, jak próbował ratować sytuację:
– Bogusiu, wcale nie uważam cię za głupią…
Kiedy otworzył za mną drzwi, byłam już na końcu korytarza. Usłyszałam jeszcze dwa razy swoje imię, lecz nie obejrzałam się. Zapłakana wybiegłam z budynku.
Grudzień
Boże, jak ja uwielbiam się bawić. Na potańcówkach, zabawach, a najwięcej na balach. Prawdę mówiąc nie byłam na żadnym prawdziwym balu, poza szkolnymi zabawami, gdy zezwolono, aby chłopcy z pobliskiego ogólniaka przyszli do naszego. Ubóstwiam tę atmosferę, piękne suknie, tańce, muzykę, dekoracje. Mama nieraz opowiadała mi, jak było na wielkich balach przed wojną.
Męczę go o sylwestra.
– Pójdziemy? – zapytałam błagalnie.
– Szczerze? Nie chcę się z tobą publicznie pokazywać – odrzekł oschle. – Bywanie z tak atrakcyjną dziewczyną na balach, czy dancingach zawsze będzie źródłem obrzydłych dwuznaczności.
– Przecież się kochamy.
– To kochanie jest uciążliwe. Dla ciebie i dla mnie.
– Chcę się z tobą bawić.
– Nie musisz dodawać: „Z tobą”. Po prostu chcesz się bawić.
– Jesteś niedelikatny.
– Bogusiu, musisz przyjąć do świadomości, że zbliża się koniec. Bądźmy nań gotowi, jak przykładni harcerze.
– Gadałeś mi to już kilka razy. Ja nigdy czegoś takiego ci nie powiedziałam – zbierało mi się na płacz. – Jeśli tak uporczywie powtarzasz, że zbliża się koniec, to dlaczego nie szukasz nowej towarzyszki?
Zauważyłam, że słowa te zabolały go. Niepotrzebnie to palnęłam. Teraz ja byłam mało delikatna.
– To cios poniżej pasa – bolesny grymas wykrzywił mu twarz. – Wiedz, że nie mam nic na boku. Obiecuję, że nie będę więcej mówił o zbliżającym się końcu. Jesteśmy razem – pocałował mnie.
– Więc pójdziemy na tego sylwestra?
Zastanawiał się dłuższą chwilę.
– Muszę wystarać się o zaproszenie z Klubu Dziennikarzy. Jesteś moim kochanym demonem.
– A ty jesteś najwspanialszym facetem, jakiego znam – wykrzyknęłam euforycznie.
– Facetem, opiekunem, wychowawcą, nauczycielem, korepetytorem, przyjacielem, kochankiem… – wyliczał rytmicznie, za każdym razem całując mnie w policzek.
– Za dużo nie mów, bo znowu coś strzelisz niedelikatnego – zamknęłam mu usta pocałunkiem.
1953
Styczeń
Sylwester był cudowny. Szykowałam się kilka tygodni. Lolek śmiał się, że marzyłam o nim od pół roku. Jak zwykle przesadza. Po zapaleniu wątroby musiał uważać z piciem. I dobrze, bo nie lubię pijanych. Była warszawska elita: dziennikarze, plastycy, pisarze, filmowcy, aktorzy, paru wysokopartyjnych… Znałam wszystkich z gazet, teraz kilku poznałam osobiście. Najmodniejsze suknie, smokingi, fraki … Ponoć niektóre jeszcze przedwojenne. Mówili mi, że prezentuję się bosko; miałam prostą suknię z ciemnozielonej tafty, czarne buciki, włosy w stylu curtain. Panowie oglądali się za nami, głównie za mną. Leopold był dumny. Jacyś Francuzi szepnęli, że wyglądam, jak Juliette Greco.
– Jesteś dwa razy lepsza – Lolek powiedział mi.
Pocałowałam go.
– Bądź taka zawsze: olśniewająca, miła, nieśmiała, dobra – szepnął mi do ucha.
Podczas któregoś tanecznego kawałka usłyszałam, jak jego kolega filmowiec rzucił z podziwem:
– Jaka wspaniała dziewczyna! – Po kolejnym obrocie zapytał go: – Jak ty to robisz?
– Talent – odparł obojętnie.
– Czyj? – dociekał.
– Oczywiście… jej – w tym momencie musnął mnie ustami.
Byłam w siódmym niebie.
Później, wracając z toalety, usłyszałam urwane zdania tego filmowca i partnerki:
– Przy jego wzroście, braku forsy i perspektyw… – kręcił głową z niedowierzaniem.
– Rzeczywiście ma talent – potwierdziła partnerka.
Po zimowych feriach szkoła huczy o moich towarzyskich sukcesach. Koleżanki na przerwach nie odstępują mnie, wypytując o każdy szczegół. Nazwały mnie królową balu. Jestem przeszczęśliwa.
Wieczorem Lolek przyszedł mnie uczyć, ale nic z tego… Wewnętrznie rozwibrowana nie byłam w stanie przystąpić do korepetycji. Wściekł się na mnie, mówiąc, że zachowuję się jak siusiumajtka. Czułam się poniżona. Starałam się opanować. Bezskutecznie. On też starał się zmusić mnie do nauki, ale nie dał rady…
Ostatniego dnia stycznia – bal prasy u dziennikarzy, gdzie byliśmy na sylwestra. Zanim tu dotarliśmy, przebrnęliśmy przez zimowe piekło komunikacji miejskiej, która została sparaliżowana. O taksówce można było pomarzyć. Czekając na przystankach, trzęśliśmy się z zimna na dwudziestostopniowym mrozie. Dla podniesienia temperatury kłóciliśmy się, jak zwykle.
W hallu długo odtajaliśmy. Wkroczyliśmy na salę, niczym hollywoodzka para. Wszyscy nas obserwowali. Na obcasach byłam od niego wyższa o pół głowy, znosił to godnie, ja zwyczajnie. Jednak duma rozpierała mnie. Przy barze Leopold tłumaczył:
– Tu obowiązuje snobizm. Prawidłowy, nie forsowany.
– Mam być od niego wolna?
Chyba go zaskoczyłam, bo chwilę się zastanawiał.
– Snobizm dotyczy wszystkich. Nikt nie jest od niego wolny.
– Nawet ci w klasztorach?
Spojrzał na mnie z lekkim niedowierzaniem.
Gdy odchodziliśmy od kontuaru, usłyszałam czyjś szept: „To ta śliczna dziewczyna, którą on wychowuje…”.
Tańczyłam dwa razy z wysokim i przystojnym Jankiem Moesem, który przyszedł z Andrzejem Miłoszem. Potem Lolkowi zrobiłam awanturę, bo przytulał się w tańcu do Teresy.
– Gdy ty z Jankiem wirowałaś na parkiecie, nie robiłem ci wymówek – bronił się.
– Janek to taka ładna rzecz… – odrzekłam wymijająco. – A do niego się nie przytulałam.
Luty
Zaczęliśmy na ostro przygotowania do matury. Leopold dusi mnie nie tylko z polaka, ale i z matmy. Mówi, że się na niej za bardzo nie zna, ale widzę, że rozumie badanie przebiegu zmienności funkcji i inne rzeczy, które są dla mnie czarną magią. Twierdzi też, że mam potencjał, tylko muszę go wydobyć.
Marzec
Moje imieniny. Pierwszy przyszedł Witold, świeżo upieczony lekarz, który jest we mnie zakochany do szaleństwa. Praktykuje w Brzezinach pod Łodzią. Dał mi wielki bukiet czerwonych róż. W czasie wojny był w Mathausen, ledwo przeżył. Kwadrans po nim pojawił się Leopold. Znaleźli wspólny język, bo Lolek też był w obozie, ale gdzieś w Norwegii. Dopiero teraz się o tym dowiedziałam. Ich rozmowa to była walka kogutów o mnie. Nie czułam żadnej satysfakcji, raczej zażenowanie. Lolek był złośliwy. Mając ogromną wiedzę i nieprzeciętną inteligencję miażdżył konkurenta. W końcu go przepłoszył. Witold wyszedł przed podaniem tortu. Dla mnie też był nieprzyjemny, mówił na przykład: „Nie lubisz myśleć, chociaż masz instynkt”. I to w dniu moich imienin! Bezczelny. Nie wiem, co mu siadło na nos. Kiedy pojawili się koledzy i koleżanki, zmył się do pokoju rodziców.
Rozpoczęły się tańce. Gdy z radia Luxemburg popłynęły rytmy boogie-woogie, nikt nie wiedział, jak to się tańczy. Nagle pojawił się Lolek. Kazał zwinąć dywan, po czym na parkiecie zaprezentował amerykańskie wygibasy. Młodzież otoczyła go kręgiem i rytmicznie klaskała. On szalał, jak w transie. Znał wszystkie kroki. Ma dryg. Z początku opanował mnie wstyd, bo moi pryszczaci koledzy wiedzieli, że jestem ze starym facetem. Po chwili, gdy wszyscy gapili się w niego z nieskrywanym podziwem, wstyd mnie opuścił. Byłam z niego dumna; nie dość, że bystrzak, to i kapitalny tancerz.
Obiad w stołówce literatów. Potem w restauracji na kawie w towarzystwie jego znajomych. Jedliśmy bezy. Okazało się, że spód ciastka był twardy jak podeszwa. Niejadalne resztki zsunęłam pod stół. Lolek kazał mi je sprzątnąć. Sprzeciwiłam się. Prosił przez zaciśnięte zęby, abym nie robiła mu wstydu. Ani myślałam zebrać ich z podłogi. Podniósł głos:
– Jesteś geniuszem nieporządku i zuchwalstwa.
– Śmieci nie będę zbierać! – wydarłam się jeszcze głośniej.
Goście siedzący przy sąsiednich stolikach przyglądali się nam. Znajomi przy naszym stoliku byli zakłopotani. Nie obchodzili mnie. Wstałam energicznie, aż zachwiało się krzesło. Patrzył na mnie z rozdziawioną buzią. Wyszłam demonstracyjnie. Wiem, że miał rację, ale uparłam się. Postawiłam na swoim. Choć narobiłam mu wstydu, byłam zadowolona, że go nie usłuchałam.
Kwiecień
Między nami trochę się uspokoiło. Rozmawialiśmy nawet sympatycznie.
– Znajomy dziennikarz przekonywał mnie, że uważam się za prześladowanego, bo nie chcę robić tego, co inni muszą robić – opowiadał mi. – Odpowiedziałem mu, że zgadzam się tylko z drugą częścią zdania, za męczennika się nie uważam.
– Wiem, że dużo piszesz, ale pamiętaj, że nie masz żadnej pracy – powiedziałam dobrze mu znaną oczywistość.
– I co z tego?
– Nie boisz się, że nie będziesz miał z czego żyć? – zapytałam jak jakaś stara ciotka.
– Zaskoczyłaś mnie – odparł ironicznie. – Jakbym słyszał swoją mamę. Bogusiu, nie boję się. Ten, kto się boi, robi to, co mu każą, a nie to, co chce.
Wbrew jego zapewnieniom czułam, że jednak się boi.
Wczoraj znowu spowiadali go w Pałacu Mostowskich.
1954
Maj
Sala odświętnie udekorowana. Matura. Egzamin dojrzałości. Śmiech mnie ogarnia, bo dojrzałam już dawno. Muszę podjąć ważną decyzję, która zadecyduje o mojej przyszłości. Na razie nie chcę o niej mówić.
Jestem już po pisemnym z polskiego. I po maturze. Siedziałam przy stoliku może godzinę, może dwie, by po raz kolejny zastanowić się nad sobą. Nie tylko nad sobą. W końcu wstałam i oddałam komisji puste kartki. Wychowawczyni pobiegła za mną, błagając, żebym wróciła. Nie zmieniłam zdania.
To moja zemsta na nim. Przelało mi się. Regularnie mi powtarzał, że musimy się rozstać, bo nasz związek nie ma przyszłości. Rozstać się, jak harcerze. Sam kopał dół, w który w końcu wpadł. Prowadził nieustanną grę, a ja nie chciałam grać, chciałam kochać. Poniżał mnie, ośmieszał, wpędzał w kompleksy. Nie lubiłam też jego męczącej pedanterii, której naruszenie urastało do rangi katastrofy, jak na przykład wylana na parkiet woda z nawilżacza wiszącego na kaloryferze. Owszem wierzgałam, ale to była moja obrona. Broniłam się, jak umiałam. Nie traktował mnie, jak równą sobie. Wiadomo, że nie mogłam mu w niczym dorównać, ale mógł przynajmniej sprawiać pozory partnerstwa. I mógł być delikatniejszy. Nie mam matury, nie będzie więc ślubu. Jestem wolna.
Sierpień
Od maja nie kontaktowałam się z nim. Nie dzwonił, był pewny, że zdałam, bo przecież dobrze mnie przygotował. O starych nie chcę gadać na temat mojej matury-nie-matury, zresztą nie mam z nimi żadnego porozumienia. Mama trochę się mnie boi, najbardziej wtedy, gdy wydrę się nieprzyjemnie. Ojciec nigdy nie miał dla mnie czasu.
W czerwcu i lipcu byłam pod namiotem w Gawrych Rudzie koło Wigier. Z Krzysiem. To mój nowy chłopak. Bardzo we mnie zakochany. Lolek dowiedział się od staruszków, gdzie jestem. Przysłał do mnie list na adres gospodarzy, u których mieliśmy na łące rozbity namiot. Napisał: „Kocham cię, przyjeżdżam w niedzielę, chcę się z Tobą ożenić”. Idiota. Takie rzeczy się mówi, nie pisze. Pojawił się koło południa. Zobaczył mnie przed namiotem z Krzysiem. Przywitał się oficjalnie, co wypadło sztucznie.
– To mój chłopak – przedstawiłam Krzysztofa.
Zbaraniał. Widziałam, jak uszło z niego powietrze.
– Więc… – bąknął i zatkało go. – Odprowadzisz mnie na przystanek? – zaproponował.
– Tak. Odprowadzimy cię z Krzysiem – powiedziałam.
– Wiesz, rozmyśliłem się. Pójdę sam.
Zachował się, jak sobie wyprorokował: odszedł ode mnie jak przykładny harcerz. Szedł łąką, po czym zniknął za pagórkiem. Tak oto zakończyła się nasza miłość. Romantyczna? Durna? Na pewno nietypowa.
1956
Luty
Leopold niespodziewanie pojawił się u nas. W przedpokoju powiedział mi tylko „Dzień dobry” i poszedł z rodzicami do salonu. Ojcu wręczył swoją nową książkę Zły, którą wydał w grudniu. W dedykacji napisał „P. Józefowi Szymańskiemu – w dowód uznania i sympatii”. Kiedy wtargnęłam do salonu, zmieszał się. Usiadłam obok mamy. Po chwili wziął książkę leżącą na stole przed ojcem, spojrzał na mnie i w dedykacji za nazwiskiem taty dopisał „i Rodzinie”, co wyglądało dość dziwacznie. Pamiętam, że gdy czasem grzebałam w jego papierach, widziałam notatki do tej książki. Powiedział, że dobrze się sprzedaje. Pochwalił się, że w kwietniu zeszłego roku ożenił się ze studentką ASP. Nie pogratulowałam mu, bo niby czego? Ożenić się z jakąś dziewuchą kilka miesięcy po naszej szalonej i długiej miłości… Nie dałabym głowy, że uczynił to z powodu wielkiego uczucia. Ale to jego sprawa. Jego gra. Wciąż mi mówił, że bycie z kimś, to nieustanna gra. Powtarzam się, ale ja nie grałam. On znowu podjął grę, tym razem ze studentką. O sobie nic nie powiedziałam i mam nadzieję, że rodziców o mnie nie wypytywał.
1958
Maj
Nie napisałam, że wyszłam za mąż. Mam córeczkę. W połowie miesiąca zadzwonił, chwaląc się, że za honoraria Złego kupił sobie nowy samochód i chciałby mnie przewieźć.
– Nie wiem… – wahałam się. – Nie lubię prosić mamy do dziecka, jeśli nie jestem zmuszona.
– Zrób mi tę przyjemność – nalegał, prawie błagał.
– Ale pod warunkiem, że będę z koleżanką.
Podjechał pod dom punktualnie. Gdy z Elą Waschko zamierzałyśmy już wsiąść, powstrzymał nas, udzielając instrukcji, żebyśmy wsiadły z tyłu, aby ciężar równo się rozłożył. Głupi pedant. Wrażeń z jazdy nie pamiętam, bo była dla mnie obojętna. Po zakończonej wycieczce wysadził Elę w centrum. Mnie poprosił, abym usiadła z przodu. Zanim ruszył, uśmiechnął się szarmancko, jak tylko on potrafi, po czym zaproponował:
– Zapraszam cię do hotelu.
Zdenerwowałam się. Wycieczkę wymyślił po to, by zaciągnąć mnie do łóżka. Poniżające! Wiedział, że mam już rodzinę. O jego żonie nie wspomnę. Chyba chciał też sprawdzić, czy coś jeszcze zostało z mojego uczucia do niego. Bezczelny.
– Zawieź mnie do domu! – zażądałam stanowczo.
Nie ponowił propozycji. Całą drogę milczeliśmy. Wysiadłam na Nowogrodzkiej. Znowu naruszyłam jego dumę, podobnie, jak cztery lata temu, gdy go rzuciłam. Wtedy jednak zadałam mu nieporównanie większy cios.
Patrząc z perspektywy lat muszę stwierdzić bezstronnie, że mimo różnych przykrych rzeczy, których od niego doświadczyłam, nie był dla mnie zły, nie mogę też przekreślić naszego uczucia. Przy nim dojrzałam, nauczył mnie mnóstwa mądrych rzeczy. A ja z kolei karmiłam go zwariowaną młodością i beztroską.
Muszę coś zrobić z tym dzienniczkiem, bo podsłuchałam rozmowę starych; mama chce go spalić.
Franciszek Czekierda





