Strona główna Eseje Dariusz Pawlicki – Przeciw komentarzom

Dariusz Pawlicki – Przeciw komentarzom

0
30
Franciszek Suárez, komentarze i dyskusje na temat trzeciej części boskiego Tomasza (1590).

I

„[…] co to za filozofia, która potrzebuje objaśnień? Filozof ma być tym, który
tłumaczy «świat», a nie go zaciemnia”.

Czesław Karkowski, autor powyższych słów, w tym konkretnym przypadku, to znaczy w eseju „Parę uwag o dyskusji filozoficznej”*, ma na myśli przede wszystkim Martina Heideggera. A poglądy tego filozofa określa mianem mętniactwa (bez cudzysłowu). Przy czym owo mętniactwo ma przejawiać się w niejednoznacznym, nieklarownym języku. Czesław Karkowski w powyższym tekście przypomina „to, co wielu Heideggerowi zarzuca, a o co ja nieustannie go podejrzewam: za zasłoną hermetycznego słownictwa, ezoterycznej stylistyki, kryją się całkiem banalne, pospolite treści”. Powyższa opinia na temat – rzekomych – głębi Heideggerowskich, ucieszyła mnie: we dwóch – jednego znam z imienia i nazwiska, a drugim jestem ja – jest bowiem raźniej (słyszałem także o innych, a i autor przytoczonych słów o nich wspomina). Te niby „głębie” pominę. I napomknę o języku, którym zostały one wyrażone i, jakoby, unieśmiertelnione.


Wielbiciele, wręcz wyznawcy Heideggera twierdzą, że o niejednoznaczności, nieklarowności jego języka mogą mówić wyłącznie ci, którzy nie zadają sobie trudu, aby język ten rozszyfrować (ze swymi oponentami przynajmniej zgadzają się odnośnie jego nieprzystępności), aby móc poznać moc i nowatorstwo idei, jakie tym językiem zostały sformułowane. Odnoszę coś więcej niż wrażenie, że ci, którzy należą do sekty głoszącej wielkość Heideggera, są przekonani, że język autora m. in. Bycia i czasu odczytują właściwie, mówiąc wprost: rozumieją go. Niestety/stety do sekty tej – jak wspomniałem – nie przynależę. Odnoszę przy tym wrażenie, że jeśli Heideggera się krytykuje, to częściej dotyczy to jego języka, niż poglądów nim wyrażonych.

Moja teza dotycząca wyjaśniania poglądów filozoficznych – a liczba komentarzy wielokroć przewyższa liczbę komentowanych tekstów – jest jednoznaczna: nie należy objaśniać, czyli komentować. W tym miejscu przytoczę – aby uniknąć wątpliwości – definicję komentarza:

„Gatunek literatury użytkowej, w którym autor omawia, interpretuje i opatruje
szczegółowymi uwagami oraz wyjaśnieniami dzieło innego autora”.

W tej definicji tym, co szczególnie przyciąga moją uwagę, ze względu na poruszaną kwestię, jest to, że autor interpretuje („opatrywanie uwagami” miałoby dla mnie zdecydowanie mniej kontrowersyjny wydźwięk). A wśród znaczeń terminu „interpretacja” są i takie: 1/„wydobycie i wyjaśnienie sensu czegoś”, 2/ „przypisanie czemuś jakiegoś znaczenia”. W efekcie tego, komentator ma szerokie pole do popisu. Lecz – co jest najistotniejsze – pojęcie interpretacji zakłada, nie tyle możliwość, co istnienie wielu „rozumień”/„zrozumień”. To zaś tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, aby oryginał pozostawał w stanie, w jakim pozostawił go autor. Tak więc odczytanie tekstu niech będzie sprawą indywidualną, uczynioną dla potrzeb własnych; bez śladu nieposkromionej chęci podzielenia się swą interpretacją z innymi. I to jeszcze w postaci drukowanej.

Przekaz zawarty w komentarzu/interpretacji może mieć postać mniej zdecydowaną. Taką, w której raz po raz zostaje użyte sformułowanie w rodzaju: odnoszę wrażenie/ wydaje mi się, albo też formę zdecydowaną, ocierające się wręcz o pewność bądź nią będącą: jestem zdania/sądzę/uważam/nie mam wątpliwości.

*

Kwestia obecności przypisów, wprowadzeń/wstępów, czy w ogóle tzw. aparatu naukowego, będącego uzupełnieniem/dopełnieniem tekstów filozoficznych ma nieco inny, nie komentatorski, ale pomocniczy charakter. I częstokroć trudno bez niego się obejść.

*

Historia filozofii odnotowuje niezwykle wiele komentarzy: od przełomu V i IV w. przed Chrystusem, kiedy to napisano najstarsze, jakie znamy, było na to mnóstwo czasu; nie wszystkie dotrwały do początków XXI w. (niejednokrotnie przetrwały komentarze, a nie teksty komentowane). A są one – i tak je traktuję – interpretacjami, a może nawet nadinterpretacjami tekstów oryginalnych I tylko tym być mogą, skoro autor oryginału napisał, co miał do przekazania. Uczynił to nieprecyzyjnym językiem? Trudno, inaczej najwidoczniej nie umiał. Oryginał powinien/ma – co z naciskiem podkreślę – osobiście zabierać głos. Komentarze mogłyby, ewentualnie, pojawić się, w przypadku różnic w tłumaczeniach tego samego utworu. Z tego bowiem, co jest niepewne, a tym samym może być niezrozumiałe, wynikają, a przynajmniej mogą wynikać, różnice w (indywidualnym) odbiorze.

W tym miejscu przywołam pogląd Erica Donalda Hirscha, który uważał „że pierwotne znaczenie nadane tekstowi przez autora nigdy nie ulega zmianie. Zmienić może się doniosłość tekstu, ale nie jego znaczenie” (z Hermeneutyki teologicznej Wernera G. Jeanronda).

Ciekawym – wręcz klasycznym – przykładem rozpowszechnionego zjawiska, jakie stanowi „komentatorstwo”, jest Tomasz z Akwinu (skądinąd także filozof i to jeden z tych, których nie sposób pominąć ): nie dość, że sam z zapałem pisał komentarze, to jeszcze doczekał (się) niezmiernie licznych komentarzy swych… komentarzy.

Komentarz – co podkreślam – każdorazowo jest odbieraniem głosu autorowi, mówieniem za niego (i to bez jego upoważnienia). Choć on, tak naprawdę, mówienia nie zaprzestał: mówi bowiem za sprawa tego, co napisał. Zamilkłby tylko wtedy, gdyby unicestwieniu uległy wszystkie egzemplarze jego dzieła bądź zaprzestano by jego czytania (czy wtedy można by jeszcze mówić o dziele?). Z tym, że często, mimo tego, że istnieją i są czytane, to to, co mają do przekazania jest zakrzykiwane. Komentarz jest takim właśnie „zakrzykiem”. Może wręcz przerodzić się we wrzask; w zagłuszaniu oryginalnej myśli jeszcze skuteczniejszy. A przecież – co raz jeszcze podkreślę – autor, gdy jest czytany, nie milczy.

Owemu szeroko rozpowszechnionemu komentatorstwu, ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami, sprzyja także fakt rzadkiego obcowania współczesnej młodzieży akademickiej z tekstami oryginalnymi. Ponieważ wymagają one poświęcenia im uwagi przez czas dłuższy, a rozmiarów broszurek z zasady one nie mają, więc kontakt z nimi polega najczęściej na zaznajomieniu się z omówieniami mającymi charakter streszczenia (podobne zjawisko ma miejsce ze strony uczniów szkół podstawowych i średnich jeśli chodzi o utwory beletrystyczne i poetyckie). Te zaś są powszechnie dostępne w postaci książek, e-książek czy też tekstów obecnych w Internecie; zaznajomienie się z nimi nie jest żadnym problemem. To zjawisko uważa się – i słusznie – za wyjątkowo szkodliwe. Młodzi ludzie nie zapoznają się bowiem z utworami współtworzącymi dziedzictwo kulturowe. Zapoznają się natomiast z poglądami/przemyśleniami na ich temat autorów owych opracowań. Pisanie komentarzy do tekstów filozoficznych (i nie tylko do nich) ma podobny charakter: także chodzi o streszczenia, będące siłą rzeczy interpretacjami. Lecz tak się składa, że tym wypadku słów krytyki nie słychać.

*


Nie oprę się pokusie i właśnie w tym miejscu przywołam pogląd Pelagiusza z De natura:

„Wierzmy w to, co czytamy i nie dodawajmy do tego nic. Ta zasada odnosi
się do wszelkich wypowiedzi”.

Susan Sontag, piętnaście wieków po Pelagiuszu, w eseju „Przeciw interpretacji” wyraziła się tak:

„Interpretacja [komentarz też tym właśnie jest] to radykalna strategia
mająca na celu zachowanie starego tekstu – postrzeganego jako zbyt
cenny, by go odrzucić – w przetworzonej postaci. Chociaż interpretacja nie
usuwa ani nie przepisuje tekstu, to jednak go zmienia. Nie może się
wszakże do tego przyznać, twierdzi więc, że jedynie czyni go czytelnym,
odsłaniając jego ukryty sens”.

II

Skąd bierze się ta potrzeba/konieczność tłumaczenia innych?

Zaznajamiając się z czyimś poglądem filozoficznym, żeby już pozostać w tej dziedzinie, dokonuje się własnej, bardzo indywidualnej jego interpretacji. Ta zaś nie musi być tożsama z tezami zaprezentowanymi przez autora. Oczywiście to może skończyć się jedynie na podjęciu próby zaznajomienia się. Lecz nie zmienia to faktu, że to, co czytelnik wyniesie z lektury, z każdej lektury, będzie najważniejsze, najcenniejsze. Przede wszystkim dlatego, że będzie jego osobistym uzyskiem (jeśli niczego nie wyniesie, może to świadczyć o nim, ale równie dobrze – o książce, z którą się zaznajomił). Będzie jeszcze cenniejsze, jeśli posłuży do sformułowania wniosków – gdy już do tego dojdzie – które będą stały w sprzeczności z tymi, które sformułowali inni wcześniej; w tym, ewentualnie, on sam. Jednak z prezentowaniem własnych poglądów, a szczególnie z ich upublicznianiem, wiąże się, najzwyczajniejszy w świecie, lęk – że zostanie się poddanym krytyce: posądzonym o wtórność, brak nowatorstwa w przedstawionych przemyśleniach. I może to być krytyka wręcz miażdżąca. A nie każdy/każda jest w stanie takową znieść. W konsekwencji, swoboda w myśleniu i nieukrywanie swych poglądów cechuje niewielu ludzi. Ogromna większość własne poglądy zachowuje wyłącznie dla siebie bądź wybranych członków najbliższej rodziny i kręgu koleżeńskiego. Daje przy tym o sobie znać niewiara we własne zdolności.

Łatwość pisania komentarzy ‒ łatwiej bowiem pisać o czymś już istniejącym niż coś stworzyć ‒ w znacznym stopniu wynika z tego, że odnoszą się do tekstów, których autorzy przebywają już w innej rzeczywistości. I z tego względu mogą stanowić, i stanowią, „wdzięczny” obiekt do manipulowania. Tym bardziej, że nie istnieje ryzyko – przynajmniej dotąd tak było – aby z zaświatów, pod adresem interpretatora/komentatora popłynęły takie – na przykład – słowa: – Zmyślaczu, fantasto…! Tak, do ciebie mówię. Mylisz się. Miałem na myśli dokładnie to, co napisałem. Wiedziałem o czym piszę. Nie imputuj mi więc czegoś przeciwnego. Jeśli nie wyraziłem się jasno, cóż…

Faktem jest jednak, że w komentowaniu nie ma całkowitej swobody. Lecz tylko dlatego, że w grę wchodzą inni, nie tylko ewentualni, interpretatorzy tego samego tekstu. A istnienie przynajmniej dwóch komentarzy, może stać się źródłem kontrowersji.

*


Jeśli chodzi o moje lektury i indywidualne interpretacje będące ich konsekwencją, w przypadku natrafienia na problemy ze zrozumieniem, będę, tak jak dotąd, podejmował próby. Ewentualnie skorzystam z pomocy innych książek z tej dziedziny bądź wymienię poglądy z osobą interesującą się podobną tematyką. Próby te nie będę jednak trwały w nieskończoność: nie wszystkie książki zasługują na przeczytanie ich od deski do deski. Niejednokrotnie warto, a nawet należy zrezygnować z dalszego czytania, aby nie ponieść jeszcze większych szkód.


Komentatorom, którymi z reguły są nauczyciele akademiccy, najczęściej doskwiera brak własnych poglądów. W wyniku czego pozostaje im wyznawanie poglądów podanych do wierzenia przez innych. Ów brak doskwiera tym bardziej, gdy towarzyszy jemu przymus… pisania: muszą przecież publikować, aby się wykazać (przymus ten działa demoralizująco). Wtedy pisanie interpretacji jest wybawieniem: otwiera pole do działania. Tym bardziej, że ta ich działalność styka się z powszechnym przyzwoleniem. Mogą więc beztrosko hasać po komentatorskich łąkach. Nie usłyszą bowiem, ze strony swych współczesnych, zarzutów w rodzaju: nie zabieraj głosu za innych. Nie twierdź przy tym, że twoja interpretacja jest najbliższa zamierzeniom autora „tłumaczonego”/interpretowanego tekstu.

Zarzuty powyższe, jak też zbliżone do nich w swej wymowie, nie rozlegną się. Niewielu (zakładam, że jacyś są, ale nie znam ich; ewentualnie: nie pamiętam) widzi w tym jakikolwiek problem. Dominuje bowiem obojętność. A ci zainteresowani, sami już napisali komentarze, albo przemyśliwują nad tym. Pod adresem zinterpretowanego dzieła inni interpretatorzy mogą, i ma to niejednokrotnie miejsce, kierować konkretne uwagi. Ale sam fakt komentowania, jak wspomniałem, nie będzie komentowany, pozostanie bez komentarzy. Któż bowiem w sytuacjach, jak te zarysowane powyżej, podcinałby gałąź, na której sam, jeśli jeszcze nie siedzi, to będzie siedział, a nawet wręcz kurczowo jej się trzymał.

Gdy więc potrzeba działania, jak wspomniałem niejednokrotnie wymuszona, daje o sobie znać, pozostaje komentowanie przemyśleń innych. Tym bardziej, że mamy do czynienia z sytuacją, którą Kazimierz Pawluczuk scharakteryzował następująco:

„[…] po dzień dzisiejszy można zostać profesorem filozofii, jeśli się znalazło
jeszcze jeden nowy przypis do Platona. Ciągle piszą o Platonie i robią
profesury, wyjaśniając o co Platonowi chodziło. Dwa tysiące pięćset lat już
mija i ciągle naukowcy piszą teksty banalne i zostają profesorami. No cóż,
można pisać…”.

To także ze wspomnianego powodu Jerzy Zalewski uważa, że przydałby się „jakiś odgórny zakaz stosowania przypisów, by odżyła myśl oryginalna, czyli własna. Póki co żyjemy w epoce komentarza. Akademickie komentarze to książki, artykuły, prace doktorskie i habilitacyjne – wszystkie pasożytują na myśli prawdziwie twórczej, która nie przynosiła hierarchicznych zaszczytów” (z Ojca człowieka Andrzeja C. Leszczyńskiego).

W tym samym duchu Paweł Taranczewski w eseju „Nuta o ślebodzie” zabrał głos:

„Nie chodzi […] o to, czy Tischner poprawnie interpretuje Hegla, Kanta czy
Schelera, ale o to, co on sam ma do powiedzenia”.

III

Pisanie komentarzy/interpretowanie – jeśli już – mogłoby mieć miejsce tylko wtedy, i wtedy byłoby to uczciwe, gdyby wszelkie poglądy na temat książek – nie tylko tych o tematyce filozoficznej – były publikowane. Wówczas można by mówić o całościowym/ wszechstronnym/uwzględniającym wielość, podejściu do sprawy. Nie jest nim bowiem sytuacja, gdy druku doczekują się tylko komentarze powołane do życia przez nauczycieli akademickich. Bo to na ich usługach są wydawnictwa uczelniane (i uczelniane fundusze). W rezultacie czego, w przestrzeni publicznej funkcjonują wyłącznie ich kolejne interpretacje. Można więc odnieść wrażenie, że inne interpretacje nie istnieją; że nikt więcej, to znaczy tzw. zwykli ludzie nie noszący tytułów doktorskich czy profesorskich, nie formułują żadnych wniosków będących rezultatem przeczytania takiej czy publikacji filozoficznej. A przecież część spośród nich czyta nie tylko krótkie teksty dotyczące aktualnych zdarzeń – choćby – interwencji policyjnych.

Odwołując się powyżej do pisania komentarzy/interpretowania, powoływałem się zwłaszcza na przykład filozofii (przede wszystkim dlatego, że jej właśnie dotyczył cytat, który dał asumpt do snucia niniejszych rozważań). Ale idąc za – przysłowiowym – ciosem, mój sprzeciw wobec „komentatorstwa”/„interpretatorstwa” , czyli powoływania do istnienia swoistych wersji utworów, rozciągam – w formie jednak nie tak rygorystycznej – na komentowanie utworów beletrystycznych, jak też poetyckich. W tym wypadku wielość odczytań utworu takiego typu, jest jak najbardziej zrozumiała, a przez ich autorów niejednokrotnie nawet pożądana. Jest jednak wskazane, aby owa „wielość odczytań” urzeczywistniała się za sprawą czytelników czytających nie z obowiązku, ale z chęci sprawienia sobie przyjemności.

W wypowiedziach Iaina McGilchrista, psychiatry, neurologa, a także filozofa i literaturoznawcy (miłośnika poezji), kilkakrotnie zetknąłem się z jego krytycznym poglądem na temat… krytyki literackiej. Otóż uważał on 4o lat temu i uważa nadal, że tłumaczenie/opisywanie treści utworów literackich, szczególnie miał na względzie wiersze, jest jak opowiadanie żartów. Zabija, psuje je się w ten sposób. Czyniąc to, albo samemu dowcipowi wystawia się ocenę negatywną (trzeba go bowiem wspomóc), albo powątpiewa się w możliwości jego zrozumienia przez tych, do których jest on kierowany, jako – mniej bądź bardziej – niedorozwiniętych, a w najlepszym razie: mających problemy ze zrozumieniem. Nie to, co interpretatorzy…

Preferowanie indywidualnego odczytywania tekstów, nie od dziś jest mi bliskie. Skłaniający do zastanowienia, wspomniany powyżej pogląd McGilchrista, zapamiętałem. I, wręcz z przyjemnością, teraz wykorzystałem.

W przypadku zaś filozofii (i teologii) wspomniana jednoznaczność poglądów wyrażonych jasnym i klarownym językiem, jest nie tyle wskazana, co niezbędna (rezygnacja z użycia grypsery akademickiej bardzo może w tym pomóc). W pracach naukowych – tym bardziej.

_____________________________

* Czesław Karkowski, „Parę uwag o dyskusji filozoficznej”; ,,Migotania”, nr 3 (76) 2022.

Poprzedni artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 29.05-11.06
Następny artykułPiotr Müldner-Nieckowski – Jaki naprawdę jest nasz świat

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko