WOŁANIE W PUSTKĘ
Początek roku to czas rozliczeń z sobą i światem, czas wielkich planów, ale także czas wspomnień. Powracamy myślą do tych, którzy odeszli już dawno lub przed chwilą.
Wspominamy uśmiechy, które lekko wyblakły na pożółkłych zdjęciach, słowa, które zapadły nam głęboko w duszę i słowa, których nie zdążyliśmy komuś powiedzieć.
Dobrze, że te wspomnienia napływają, bo one sprawiają, że ludzie, którzy umarli, nie zapadają w pustkę, nie rozpływają się w nicości. Żyją tak długo, jak długo żyje pamięć o nich. Chciałabym więc przypomnieć, przywołać na chwilę niektórych z nich.
Dzisiaj przypominam Andrzeja Babińskiego
Andrzej Babiński urodził się 05.01.1938 w Białymstoku, w rodzinie Feliksa Babińskiego, inżyniera rolnika, i Leontyny z Pytlewskich, nauczycielki. Dzieciństwo, które przypadło na okres drugiej wojny światowej, spędził na wsi białostockiej. Jednak jego poetycki życiorys związany jest z Poznaniem. W 1955 zdał maturę w 1 LO, tak zwanym „Marcinku”. W latach 1957–1961 studiował filozofię na sekcji psychologicznej Wydziału Filozoficznego na KUL, lecz zrezygnował z nauki pod koniec pięcioletnich studiów magisterskich.
Zadebiutował w 1975 roku tomem poezji „Z całej siły”, za który rok później otrzymał Nagrodę „Peleryny” w gdańskim Konkursie „Czerwonej róży”. W 1977 został członkiem Koła Młodych Oddziału Poznańskiego ZLP, a w 1979 członkiem Oddziału Warszawskiego ZLP. Choroba psychiczna z którą zmagał się Babiński (schizofrenia paranoidalna) skutecznie uniemożliwiała mu swobodny rozwój kariery poetyckiej. Wielokrotnie tematem wierszy poety były wizje katastroficzne w których próbował zmierzyć się ze śmiercią, z odrzuceniem. Napisał właściwie niewiele – cztery tomiki. Dwa zostały wydane za jego życia, dwa po śmierci. Przyjaźnił się między innymi z Edwardem Stachurą, Ryszardem Milczewskim – Bruno, Jerzym Szatkowskim i Tadeuszem Różańskim.
Zmarł 14 maja1984 roku w Poznaniu.
Nie miałam okazji poznać Andrzeja Babińskiego, choć wiele lat mieszkał w Poznaniu. Nie znałam też wcześniej jego twórczości, słyszałam tylko plotki, opowieści o szalonym, aroganckim i nieobliczalnym poecie, wywołującym burdy na ulicach, zrywającym spotkania autorskie kolegów i włóczącym się bez celu po mieście. I który pewnego wieczoru pofrunął z Mostu Marchlewskiego ku śmierci…
Kiedyś otrzymałam od Jerzego Szatkowskiego tomik Babińskiego pt. „Uwierzenie moje”, wydany przez „Okolicę Poetów”, wraz z prośbą o napisanie jego recenzji..Jest to naprawdę trudna książka, zarówno do czytania, jak i do opisania. Początkowo zupełnie nie mogłam jej zrozumieć. Przeczytałam całość raz i drugi, odłożyłam na szafkę w sypialni, żeby codziennie na nią patrzeć i czytać fragmenty tekstów. Później zaczęłam nosić ją z sobą, z pokoju do pokoju (a nawet do kuchni), żeby mieć ją zawsze przed oczami i myśleć o niej. Wreszcie przyszedł moment, w którym nagle zrozumiałam, jak mam ją opisać. Usiadłam do komputera, położyłam książkę przed sobą i „jednym ciągiem” napisałam tę recenzję. A naprawdę nie było to łatwe. Książka jest zbiorem wierszy, listów i urywków z notatek zmarłego poety. Nierozumianego, zagubionego w swoim własnym, mrocznym świecie, odrzuconego przez środowisko literackie, zakochanego do utraty zmysłów, w niekochającej go kobiecie, balansującego wiele lat na krawędzi życia i śmierci.
Listy sprawiają wrażenie chaotycznych, a autor przechodzi w nich od zachwytu i miłosnych wyznań, do oskarżeń i pogróżek. Podobnie jest z notatkami – zdania często są niespójne, urywane, trudno się czasami zorientować, co właściwie opisują. Niełatwe jest także odczytanie wierszy, ale nie dlatego, że są niejasne, bo właśnie wiersze są czyste, wycyzelowane, o niezwykłym ładunku emocjonalnym i naprawdę piękne. Trudność polega na tym, że prawie każdy utwór przedstawiony jest w kilku wersjach. Poeta potrafił pisać jeden wiersz przez kilka lat, zmieniając poszczególne wersy, aż uznał go za skończony i doskonały.
Najwięcej jest odmian tytułowego „Uwierzenia Mojego”, a Jerzy Szatkowski twierdzi, że jest ich kilkadziesiąt! Poeta wyznaje w nim: Jesteś Uwierzenie Moje która niczego mi nie ziścisz/ Nic, co mógłbym od Ciebie przyjąć/ Czy Twoja wiara we mnie płynęła z jasnowidztwa/ Oblekało Cię onieśmielenie/ Czy byłem niegrzeczny mówiąc: proszę wstań z klęczenia/ Uwierzyć we mnie to to samo co wstąpić do klasztoru.(* * *), a zaraz potem: Jawisz się raz spotkana. Lustro odbija postać mej tęsknoty/ Poglądasz z cichością oczu czułych. Przemilczeć nie umiem/ choć chcę/ – Niczego mi nie ziścisz. Nic, co mógłbym od Ciebie przyjąć./ Czy wiara Twoja we mnie płynie z jasnowidztwa?/ Obleka Cię onieśmielenie. („Uwierzenie Moje”) i dalej: Jawisz się oczekiwaną postacią wytęskniły Cię luba lustra/ Ma użyczenie Twój tak namiętny miłości kształt, poglądasz/ w cichości oczu czułych./ Niczego mi nie ziścisz. Nic co mógłbym od Ciebie przyjąć./ Czy wiara Twoja we mnie płynie z jasnowidztwa? („Uwierzenie Moje”)
Każdy z tych wierszy jest dobry, ale gdy czyta się ich dwanaście po kolei, w różnych wersjach ( a tyle jest w omawianej książce), to naprawdę może się zakręcić w głowie. Zapewne jest to wiersz bardzo ważny dla poety, dedykowany największej miłości Babińskiego – Krystynie Orłow. Adresatka wielu jego utworów była jedną z nielicznych osób, które przeczuły od razu wielki talent Babińskiego i wierzyły w niego. Stąd pewnie tytuł „Uwierzenie Moje”. Autor poświęcił swej Muzie wiele pięknych liryków, subtelnych, delikatnych, w romantycznym stylu, jak na przykład: Ptaki w Twój ogród zlatują/ rosa na nasturcjach się stęcza/ a ty się pochylasz nad kwiatami uśmiechnięta/ w cichości oczu czułych/ …/ W rozłące ty jedna znasz mój adres/ a ja bez twego zdjęcia nie wyruszam w podróże/ Oczyma swoimi na niebie zapaliłaś wspólną nam gwiazdę/ I znów mam próg i klamkę i Ciebie na dłużej (* * *).
Ten wiersz też powtarza się wielokrotnie, poprawiany, zmieniany, co nie zawsze czyniło go lepszym. Te ciągłe zmiany w utworach mogły wynikać nie tylko z dążenia do doskonałości, ale również z choroby psychicznej autora (cierpiał na schizofrenię paranoidalną i wielokrotnie był leczony w ośrodkach psychiatrycznych). Schorzenie to powodowało u Babińskiego również obsesję śmierci, która pojawiała się nawet w lirykach miłosnych: A ona ukrada cieniowi ruch swych rąk/ budzi mnie jej gorąc wejrzenia w torebkę./ ginie mi jej oczu brylant/ jej cień nieodgadły, tajemny/ że ledwie cień jej za nią skinął/ w świecy płomyk musnął pobladły/… / wolę śmierci spojrzeć w oczy niż być u podnóża/ jej stóp („W Parku Botanicznym”) lub: Śmierci, w miłość wierzyłem cały czas – tej nie doczekałem / …/ chodzi o to żeby z niwy poetyckiej wytopić taki grosz aby móc/ zafundować sobie wielką miłość/ …/ Śmierci, jeszcze raz bym chciał zobaczyć tylko oczy tej/ którą młodzieńczą miłością wiecznie wielbiłem/ …/ Śmierci, te chwile siwienia włosów to moje męstwo/ i trybunał godności – nic się nie spełniło („Padam w grób”).
Nie tylko pisał o śmierci, lecz czuł się na pół martwy za życia. Chciał odejść: Każdą książkę z ręki odkładam/ W tęsknocie do innego niż ziemski, nieziemskiego już świata (* * *). Spodziewał się w każdej chwili ostatecznego końca Ziemi i jej mieszkańców, wciąż też czuł wokół siebie zapach cmentarza. W notatkach pisał: Czy tworzeniem uwolnię się od kompleksu, że Planetę dosięgnie zagłada? Nic mnie nie uwolni od tego największego kompleksu. Pragnę mieć pewność, że Ziemia po której stąpam, po której dane mi było stąpać, przetrwa. Przetrwa. Że życie nasze miało jakikolwiek sens. Spacerując po chodnikach miast, boję się poruszać. Planeta jest Wielkim Grobowcem rodziny ludzkiej. Otwartym Grobowcem, w którym zostało nam składanie wieńców na płycie pomników. Coraz częstszych zbiorowych grobów.
Był głęboko nieszczęśliwym człowiekiem. Nękany przez biedę, nieodwzajemnioną miłość, odrzucenie, coraz bardziej pogrążał się w piekle psychicznej choroby. Przekonany o swym talencie i wyjątkowości, zrażał do siebie ludzi, był coraz mniej akceptowany: Ale przecież od początku całe środowisko i publiczność a także i poetów zawsze miałem za dno i zero ( po pijanemu czy na trzeźwo)/… /- i tak pozostanę bożyszczem – zachować się mogę jak chcę i zechcę./… /Ktokolwiek z poetów opowie się przeciwko mnie, to na każdym wieczorze będę gnoił tego poetę. Prócz siebie nie widzę w Poznaniu poety, nikt nie jest godny być moim przeciwnikiem. ( Z listu do Krystyny Orłow). Zamknięty w klatce swego chorego umysłu coraz bardziej oddalał się od rzeczywistego świata. Nie posiadał własnego miejsca, szacunku przyjaciół, miłości kobiety… Nie miał właściwie nic, choć bardzo skromne były jego potrzeby: Nosi mnie, nosi/ nie mogę wędrować, chcę mieć stół papierosy i wino. I łazienkę.(z pamiętnika) Zazdrościł ptakom: szczęśliwy człowiek ma Ziemię po której stąpa/ gdy ja bez ziemi miejsca dramatu i widoku z okna/ a mój adres ile ptak zaćwierka-/ …/ Czemu ptak co ćwierka nie ma dokumentów/ a ma miejsce. Czas tu obecny./ czemu skała przy której siedzę ma miejsce a nie mam/ ja który przy niej siedzę. (wiersz z listu) Podziw czytelników był mu niezbędny do tego, by pisać: Niech się zjawi mój jeden Wielbiciel abym odnalazł zbrakły do pisania stół – czytamy w szkicach, których sporo znajdziemy w tym tomie.
Przez kilka ostatnich lat ziemskiej egzystencji nie pisał nic nowego, zmieniał tylko w starych wierszach kilka wersów, dawał im nowe tytuły i tworzył wrażenie, że nie wypalił się jeszcze. A bez pisania żyć nie mógł: Muszę pisać, mogę żyć bez jedzenia lecz nie bez pisania.-pisze do Krystyny Orłow.
Wiersze i zapiski Andrzeja Babińskiego są jękiem bólu: Jestem jak przepadły za wymurowaną ścianą, przywalony kamieniami gruzów swego sumienia. I przerażająco żywy (z notatek); są krzykiem rozpaczy, wołaniem o pomoc. Pełne cierpienia i bezradności: Niewarta ziemio jesteś kroku mego/ jednego spojrzenia we wnękę czy ścianę/ (ktoś „precz odkopnął spodloną Planetę”)/ A samotność tak boli że ściana/ i asfalty klękają/ …/ Jaskółka wyfrunęła ze szpitala/ i nie ma domu, chora, przepastna/ w szczelinie/ Jaskółko/ niosę nad głową mękę, niosę cały/ szpital konających pod schron/ (bezdomność, bezdomność i bunt) („Jaskółka”). Nie doczekawszy pomocy, rozpostarł skrzydła jak jaskółka i odleciał…. Skończyły się jego cierpienia. Jeśli Cię z Twoich domów każdy dom przekreślił/ A wśród bandy złodziei dość masz bycia dłużej/ Glob majakiem staje czas widmem śmierci/ utwierdza w wyzwoleniu bruk (szkice).
Wyzwoliła go betonowa skarpa mostu. Jak czytamy w „Ty bądź”, który jest właściwie pożegnaniem: Piszę w największej ciemności. Planeta jest obok. Przepraszam./ Płaciłem najwyższą cenę, cenę życia i cenę artysty…/ po mnie jest przewlekły lot brzęczącej pszczoły…./ Mnie już nie ma. Cofnąłem się za Planetę. Zostawiłem po sobie kilka wierszy…/ Wszystkim kwiatom, które twarzą człowieczą patrzyły na mnie pospuszczałem powieki oczek na tę chwilę gdy swoje wreszcie powieki oczu zamykałem na zawsze.
Babiński nie do końca umarł. Pozostawił po sobie wiersze, do których coraz częściej zaglądają literaturoznawcy i krytycy. Wyciągają twórczość Babińskiego na światło, choć poeta zawsze od blasku słońca wolał „światłocień”. I przywracają go życiu. Szkoda, że tak późno poznano się na jego talencie. Gdyby doceniono go wcześniej, być może Babiński byłby jeszcze wśród nas.
————————————————————————-
Andrzej Babiński, „Uwierzenie Moje”, Wyadawnictwo: „Okolica Poetów”, Poznań 2000, s.58
Zdjęcie Andrzeja Babińskiego z artykułu Sebastiana Chosińskiego „Stracony dla świata”, internet.





