Strona główna Eseje Tadej Karabowicz – Prolegomeny i tajemnice

Tadej Karabowicz – Prolegomeny i tajemnice

0
181
Autor eseju z Andrzejem Strumiłłą. Maćkowa Ruda 2018

O twórczości artysty plastyka Andrzeja Strumiłły (1927-2020) pisałem wiele razy. Interesowało mnie nie tylko jego malarstwo, ale także poezja oraz notatki prozatorskie. Ostatnio znowu przejrzałem mój esej „Namioty Święta Sukkot” dotyczący albumu „Nepal” z 1987 roku i wydawnictwa „Wiersze ostatnie / Czesław Miłosz. Rysunki / Andrzej Strumiłło” z 2011 roku. Wydawało mi się bowiem, że ten esej miał wąską treść, a jednak  napisałem go w szerszym kontekście.

Wiele razy odwiedziłem Strumiłłę w Maćkowej Rudzie. Byłem we wszystkich pomieszczeniach domu, który artysta wybudował na planie już istniejącego mniejszego budynku mieszkalnego. Widywaliśmy się w Ośrodku „Pogranicze” w Sejnach, Krasnogrudzie, Warszawie, Lublinie oraz w klasztorze na Wigrach. Posiadam fotografie z Andrzejem Strumiłłą i poetką Janiną Osewską w jego pracowni. Cenię sobie, że spotkania z Mistrzem były dłuższe, bądź przelotne, przy herbacie, czasami przy lampce wina, ale zawsze serdecznie i świadczące o szacunku pana Andrzeja do ludzi. Eseje i wspomnienia o Strumille pisałem z perspektywy prywatnej, więc nie zawierają one wiedzy obiektywnej, a są na wskroś subiektywne. O moich publikacjach na Pisarze.pl powiadamiałem osoby z najbliższego otoczenia artysty. Zrobiłem to także wobec córki Anny Strumiłło, gdy po śmierci ojca zamieszkała w Maćkowej Rudzie i stara się sakralizować jego dzieło, nawet poprzez kontynuację autorskiego Facebooka. To ważne dla świeżej pamięci o wielkim malarzu, myślicielu i filozofie, bo czas zaciera ostrość jego dokonań w sztuce, rzeźbie, poezji, podróżach, czy tego co stworzył w dziedzinie myślenia filozoficznego.

Pisałem o Andrzeju Strumille w sposób subiektywny, dlatego moje szkice o nim mogą zawierać nieścisłości. Wynika to z faktu, że tylko osoba o której piszemy, wie o sobie najwięcej. Będąc „onego czasu” w Maćkowej Rudzie z poetą i malarzem wrocławskim Zbigniewem Ikoną Kresowatym oraz czeskim  tłumaczem i teoretykiem literatury Františkiem Všetičką, nie wspomnę jaki to był rok, zaskoczyłem malarza złożonym, ale i spontanicznym rozumowaniem. On nam pokazywał swój ogród, gdzie niektóre drzewa miały między konarami umieszczone kamienie. Zbigniew Ikona Kresowaty zapytał; „Panie Profesorze, skąd wzięły się te kamienie w konarach drzew!?”. Ja wówczas uprzedziłem odpowiedź Strumiłły i powiedziałem: „Chyba z Przestworzy!?”. Ta sekwencja spodobała się Andrzejowi Strumille i przytakując – wskazał ręką na niebo, jakby miał na myśli rejony, które w tradycji wschodniej noszą nazwę „Wsielennaja” – czyli Wszechświat (Uniwersum). Podniesiona ręka, uduchowiona twarz zwrócona ku niebu, były rodzajem pantomimicznego gestu. To było takie tylko Strumiłły, bowiem tęsknił za nieskończonością, za formą plazmy z której można ulepić, jak z gliny wyższą świadomość istnienia. Po prezentacji ogrodu, artysta zaprowadził nas do pracowni, gdzie zaczął pokazywać swoje świeże jeszcze obrazy. Tworzył je o świcie, przez wiele miesięcy, w zupełnej samotności, gdy przez niebo przetaczały się obłoki i odbijały się w przejrzystych wodach Czarnej Hańczy. Wówczas artysta skonstatował, że w o twórczości wyrażał przedproże tęsknoty za nieznanym. 

Andrzej Strumiłło wybudował swój dom w Maćkowej Rudzie, bo nie mieścił się w formacie wielkomiejskim, chociaż jego życie związane było z miastem. Świadczy o tym pobyt w Nowym Jorku, gdzie stworzył niepowtarzalne fotografie Manhattanu, tak ważne w jego twórczości. Zadziwia zwłaszcza łapczywość z jaką uwieczniał strzelistość słynnych budowli Midtown, przypomnianych po 40 latach w albumie „Manhattan” z 2017 roku. Maćkowa Ruda to było prywatne Pustkowie Andrzeja Strumiłły. Napisałem słowo Pustkowie z wielkiej litery, bo rzeczywiście tak było. Zakole rzeki tworzyło w tym miejscu flankę obszaru obronnego, jakąś magiczną przestrzeń nie do zdobycia. To było miejsce, wybrane nieprzypadkowo. Atutem stała się dziewicza przyroda i lekko pofałdowany teren z dalekim widokiem na wieże kościoła klasztornego w Wigrach. Miejsce to, położone w pewnym oddaleniu od głównego traktu, stało się przestrzenią autonomiczną. Andrzej Strumiłło wiedział o tym, dlatego cenił oddalenie od cywilizacji. Trakt prowadzący do jego posesji wysadził drzewami, podkreślając tym samym, że lokalizacja ta należy tylko do niego. Jednocześnie od prawej strony domu wybudował kamienny parkan, tworząc pewne zacisze dla drzew i całej działki. Stworzył także przestrzeń gospodarczą, gdzie hodował konie oraz dodatkowe pomieszczenia mieszkalne. W czasie moich przyjazdów do Maćkowej Rudy, mieszkał tutaj syn artysty, Rafał Strumiłło wraz z rodziną. Tę część oddzielała duża pracownia, którą twórca zaprojektował już w bardzo sędziwym wieku. Strumiłło zażartował nawet, że spieszy się z budową, bo czasu ma niewiele i rzeczywiście gdy gościłem tutaj ostatni raz z Janiną Osewską, byliśmy świadkami jej ukończenia. Artysta przyjął nas w sposób symboliczny, czekał na nasz przyjazd malując w tej nowej pracowni. Chciał byśmy zobaczyli jak maluje i jak po przestrzennym pomieszczeniu, rozchodzi się zapach farby.

Fotografując Manhattan Strumiłło odwoływał się do doskonałości z jaką architekci stworzyli Nowy Jork, wcielając w jego bryłę symbol wolności wobec ograniczeń i restrykcji jakie narzuca planowanie przestrzenne. Zdawało by się, że w alogizmie i wyzwoleniu, z jakom budowano Manhattan, zatraci się dyscyplina architektury i jej doskonałość. A okazało się, że nie, co widać na fotografiach Strumiłły umieszczonych w albumie i co potwierdził sam autor. Powiedział, że odkrył to poprzez parabolę Nowego Jorku i swojej Maćkowej Rudy. Przygotowując album i patrząc na własne zdjęcia wieżowców Midtown, które wykonał przed laty, widział dom który zbudował, jego okna, ganek i całe obejście od strony rzeki, przytulone do mijającego czasu. W obu przypadkach, miał na myśli architekturę z jej funkcję i przeznaczeniem. Andrzej Strumiłło powiedział wówczas, że człowiek wymyślił pierwotne jaskinie, zamki warowne, świątynie, wieżowce i własne kąty w blokach mieszkalnych wielkich miast. W tym nawarstwianiu się dziedzictwa architektonicznego, najważniejsze wydawało się zacisze. Mówił to na podstawie podróży do Azji, gdzie wiele dni spędził w pociągu, leżąc na wąskiej kuszetce w przedziale.

Andrzej Strumiłło, gdy dzwoniłem do niego, że chcę przyjechać, zapraszał do siebie. Tak było po raz ostatni w 2018 roku, gdy wizytę umawiała poetka Janina Osewska. Przyjechałem do Augustowa i gościłem u Janiny kilka dni. W jej poetyckim domu czytaliśmy wiersze i zastanawialiśmy się nad kondycją współczesnej literatury. Trafiłem wówczas na targi staroci odbywające się na Rynku augustowskim. Wypatrzyłem nawet niewielki obraz lwowskiego malarza Erno Erba. Gdy powiedziałem o tym Strumille wykrzyknął „Trzeba było kupić!”. Artysta zaczął opowiadać, jak w jego karierze kolekcjonerskiej trafiały się obrazy Erno Erba i chociaż ich nie kupował, zawsze podziwiał je za bogatą fakturę grubo kładzionej farby. Powiedział, że cenił prace Erba za ich jasną paletę barw, rozświetloną dodatkowymi efektami światłocieni, mówiącymi o indywidualnym charakterze warsztatu malarskiego. Ja natomiast podziwiałem obrazy Andrzeja Strumułły, pełne tajemniczej treści i przemyśleń. Wówczas, gdy z Janiną Osewską gościliśmy u Strumiłły – w pracowni było dużo obrazów, malowanych jakby jeden za drugim, w pośpiechu, ale z wielką uwagą i skupieniem. To był twórczy okres dla artysty. Nad Maćkową Rudą trwała październikowa jesień, niezbyt pogodna, dlatego Strumiłłę  odwiedzało niewiele osób, więc miał czas tylko dla siebie. Malował w kurtce, bo w pracowni było chłodno. Ale gdy zabrał nas do domu, w dużym pomieszczeniu po lewej stronie od ganku było ciepło i przytulnie, a w kominku paliły się brzozowe polana pokaźnej wielkości. Siedzieliśmy długo, bo Janina przywiozła pączki z różą („Pani Janino, jaka rozpusta, pączki!”, „Tak Panie Profesorze, smażyłam je całą noc!”). Piliśmy herbatę, rozmawiając o przenikaniu się malarstwa i poezji w jego twórczości. Towarzyszyła nam Mariola Mitros z Ośrodka „Pogranicze” w Sejnach, która pomagała Strumille porządkować jego archiwum. Siedziała przy oknie i pracowała na komputerze. Była autorką historycznych już zdjęć z malarzem i poetką Janiną Osewską. To wnętrze, gdzie toczyła się nasza rozmowa, urzekło mnie. Było przestrzenne, pełne ładnych przedmiotów i oczywiście obrazów, które oglądaliśmy z uwagą. Ale najdłużej kontemplowaliśmy mandale, wykonane na dobrym czerpanym papierze, czarnym tuszem, minimalnie podkolorowane. Strumiłło pokazywał je powoli, przekładając jedna za drugą. To był pokaz, z obszernym komentarzem samego autora. Skupieni podziwialiśmy każdą pracę, bo rzeczywiście nie wierzyło się, że stworzył je tak sędziwy twórca.

Pod koniec grudnia 2018 roku Andrzej Strumiłło przysłał na mój adres autorskie życzenia noworoczne. Były one wykonane przez niego i drukowane w niewielkim nakładzie. Faktyczne te życzenia należałoby traktować jako oryginalne dzieło artystyczne. Uwagę skupiała koperta, bo na niej był napisany odręcznie finezyjnym ozdobnym pismem adresat i adres. W dobie życzeń esemesowych, to była mityczna forma pozdrowień. Napominała ona, że nie wszystkie formy międzyludzkiej komunikacji opanowane zostały przez internet. Andrzej Strumiło doskonale czuł się w roli bycia malarzem, grafikiem, rzeźbiarzem, poetą, czy po prostu człowiekiem szeroko pojmowanej kultury artystycznej i duchowej. Pamiętam, gdy czytał wiersze z tomu „Jak” z 1983 roku, czynił to w sposób wyjątkowy, a jego donośny głos niósł się po rozległym pomieszczeniu, gdzie siedzieliśmy skupieni i zasłuchani w jego utwory. 

Chciałbym jeszcze nawiązać do autorskiego albumu „Nepal” z 1987 roku. Wieńczył on zainteresowania autora Azją oraz hinduizmem. Ukazywał, z jaką pasją Strumiłło kolekcjonował sztukę Nepalu, którą troskliwie przechowywał. Przywoził ją z wypraw i częściowo umieszczał w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie, a częściowo w Maćkowej Rudzie. W jednym z naszych spotkań, pokazał kolekcją rzeźb nepalskich, znajdujących się w jego bibliotece. Eksponował je na stole pośrodku pokoju, a wokół piętrzyły się książki i wydawnictwa albumowe. Oglądanie kolekcji, spowodowało rozmowę o materialnym i duchowym dziedzictwie hinduizmu nepalskiego oraz o innych sferach, które zostały opisane w albumie. Zwróciłem wówczas uwagę, że album ten czeka ponowne odkrycie, z czym Strumiłło zgodził się. Gdy weszliśmy w sferę odczuwania czasu i jego bezwzględnej arytmetyki przemijania, malarz podał przykład czasu z jakim spotkał się w Nepalu. Był to czas hinduistyczny, dzielący się na cztery ery, czyli jugi: Kritajugę (zwaną też Satjajugą), Tretajugę, Dwaparajugę i Kalijugę, które od wieków wyznaczały życie mieszkańców Nepalu. Andrzej Strumiłło powiedział, że fizyczne podlegał miejscowemu czasowi, zwłaszcza w  dolinie Kathmandu, gdzie w Swayambunath fotografował miejsca kultu, biało-złotą stupę na szczycie Swajambhu i małpy w klasztorze ze szkołą kagju. Obecna wówczas ze mną poetka Janina Osewska powiedziała, że w kulturze klasztornej zwierzęta odgrywały i odgrywają ważną rolę, przykładem czego jest chociażby miejsce kotów w klasztorach greckich. Na tę uwagę  nasz rozmówca odpowiedział, że  koty nie mają w życiu klasztorów greckich jakiegoś specjalnego znaczenia, tak jak i małpy w  Swayambhunath, ale są  źródłem szalenie pozytywnych emocji. Jak można było nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, gdy na podwórku w Maćkowej Rudzie, mimo obecności psów, hasały koty i stały miski z karmą. Strumiłło zauważył, że przecież fotografowie z całego świata, jeżdżą do Swayambhunath, głównie po to – by uwieczniać sympatyczne klasztorne małpki. Na tym tle ważny wydawał się świat ludzi tamtych rejonów, zatrzymany w kadrze oraz na zdjęciach.

Album „Nepal” odegrał ważną rolę w twórczości Andrzeja Strumiłły. Otwierał przed czytelnikiem nieznane dziedziny zainteresowań artysty. Zadziwiała zwłaszcza jego pasja poznawania odległych kultur, samokształcenia i chęci zgłębienia filozofii nieznanych ludów. Bo przecież, Strumiłło jest rozpoznawalny w drugiej połowie XX wieku, nie tylko z podróży do Nepalu, ale także do Mongolii, Chin, na Syberię i do Wietnamu. Być może przyszła historiografia nada mu tytuł wielkiego podróżnika. Wszędzie tam gdzie przebywał, próbował zrozumieć mentalność kulturowo-religijną oraz cywilizacyjną, a pomocnym w tym był aparat fotograficzny i notatki autorskie.

Andrzej Strumiłło był także autorem ilustracji w różnego rodzaju antologiach poetyckich, w książkach oraz albumach. Dla przykładu książka „Poezja gruzińska: antologia” (Łódź 1985) w wyborze Igora Sikiryckiego, ze wstępem Floriana Nieuważnego, ilustrowana była jego rysunkami. Gdy wspomniałem przy spotkaniu o tej antologii, artysta przywołał fakt, że ilustracje do niej wykonywał na szarym papierze przywiezionym z Wietnamu. Twórcę urzekła wówczas zgrzebna faktura pakowego papieru. W zestawieniu z kompozycjami wykonywanymi czarnym tuszem, dała ona korzystne efekty graficzne, tworzonych specjalnie do antologii rysunków. Trzymając w ręku tę antologię Andrzej Strumiłło, po latch nadał jej swój komentarz. Powiedział, że jego wyjazdom po świecie – towarzyszyły wystawy w różnych galeriach w kraju, spotkania  z ludźmi i opowieści o podróżach. Malarz z pewną nutką tajemniczości stwierdził nawet, że w 1987 roku zorganizował w Galerii Nusantara w Muzeum Azji i Pacyfiku wystawę ceramiki ludowej Uzbekistanu i Tadżykistanu z własnej kolekcji przywiezionej z Azji i pokaz picia herbaty w domach tadżyckich i uzbeckich. Ceramika ta wiązała się z rytuałem smakowania herbaty w specjalnych filiżankach „czarkach”, które trzymało się w ręku od dołu.

W internecie znalazłem wypowiedź blogerki Eweliny Cenarskiej. Dotyczy ona wydanego w 2020 roku tomu poetyckiego Andrzeja Strumiłły „Powidoki. Wiersze i zapiski z lat 1947-2019”. Tom ten, to podsumowanie twórczości autora i wyjście ku słowu artysty: „Poezja Andrzeja Strumiłły oscyluje wokół tematu przemijania, śmierci, starości. To próba uchwycenia kondycji ludzkiej zawieszonej między dobrem a złem, zmieniającą jedynie wrogów i broń wojną a podróżą do serca życia – odnalezieniem osobistego szczęścia, zrzuceniem z barków ciężaru grzechów. Pełna refleksyjnych utworów porusza głębią przemyśleń bardziej niż prostą formą. Odwołuje się do Biblii, mitologii, kultury wschodu, natury. Przepełniona spokojem, melancholią, swoistym stoicyzmem doprowadza czytelnika do wniosku, że w konfrontacji ze śmiercią, pozostają jedynie drgające obrazy, jak zaznacza we wstępie do tomiku Andrzej Franaszek. Delikatne, ledwo uchwytne migawki, których nie można być do końca pewnym, gdyż pamięć potrafi płatać z wiekiem figle. A jednak „Ćwierć barwy i półtony/ Formy płynne jak lawa” (Powidoki, s. 102) zdają się być tym, co zachowamy z bogactw świata. Wspomnieniami o tym, co zyskaliśmy w wędrówce od kołyski po trumnę. I będą to rzeczy najbliższe sercu, gdyż tylko one mają zdolność zapełnienia pustki, nadania sensu temu co nosi miano życia. „Powidoki” są książką, do której warto wracać, by przypomnieć sobie, co jest najważniejsze i co ma prawdziwą wartość. Jednocześnie można je ciągle odczytywać na nowo”.

Wypowiedź Eweliny Cenarskiej skupia się na wartościach eschatologicznych, które były ważne w życiu Andrzeja Strumiłły. Przemijanie, śmierć, starość to wartości, zawsze obecne w jego twórczości. Można je rozumieć jako wyznacznik doktryny artystycznej. Ale w twórczym dyskursie wielkiego Samotnika z Maćkowej Rudy, istotne miejsce zajmowała także historiozofia. Mówiła ona o istnieniu refleksji nad sensem dziejów, rozumianych jako ogół uporządkowanych zmian zachodzących w czasie. Piszę o tym, by zilustrować tę wypowiedź szczególnym elementem twórczym Andrzeja Strumiłły. Przy mojej ostatniej wizycie, wydarzyło coś niezwykłego. Wiem, że Janina Osewska jeździła jeszcze do Mistrza po tym wydarzeniu sama i ze znajomymi. A mianowicie, Andrzej Strumiło pokazał nam niskonakładową „Księgę Wielkiego Księstwa Litewskiego” wydaną przez Ośrodek „Pogranicze” w Sejnach w 2008 roku. Wyjął księgę ze stosu albumów i uroczyście podniósł w geście artystycznym do góry. Następnie położył na stole i otworzył na stronie tytułowej, gdzie jak na starym manuskrypcie widniał tytuł w czterech językach: polskim, białoruskim, litewskim i angielskim. Widać było, że liternictwo zastosowane w tytule jest autorstwa samego Mistrza. Wtedy powiedział, że zawsze pojmował historię w tym rejonie świata – polifonicznie, dlatego zamieszkał tutaj, by być bliżej swojego miejsca urodzenia. Należy dodać, że artysta związany był z Maćkową Rudą od 1984 roku. Marzył, by być autorem księgi o pograniczu. Poparli go w tym polski noblista Czesław Miłosz i litewski poeta Tomas Venclova. To było ważne dla niego, chociaż nie była to deklaracja, czy stanowisko wobec obiektywnej historii dziejów.

Lublin, styczeń 2025

Poprzedni artykułWacław Holewiński – Mebluję głowę książkami
Następny artykułStanisława Górki poetyckie widzenie świata

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko