Strona główna Eseje Agnieszka Czachor – Męczyciel farb, męczybuła, ślepowron

Agnieszka Czachor – Męczyciel farb, męczybuła, ślepowron

0
118

W roku 1852 przybył do szkoły na Wesołej niejaki Jan Matejko. Miał wówczas lat trzynaście. Kiedy zdawał egzamin do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie był najmłodszym chłopcem w grupie. Mieli namalować postać a on zdołał naszkicować jedynie kolano, ale to wystarczyło aby go przyjęto. Pojawił się tam na trzy lata przed śmiercią Mickiewicza i trzy lata po śmierci Słowackiego. Był wzrostu średniego, niechudy. Miał uderzająco krzywy nos, oczy ciemne, podobnie jak i włosy. Nosił granatowy, wytarty surducik i nie lepszą czapkę. W ubraniu przerobionym ze starszego brata, w butach z przyszczypkami – wyglądał mizernie. Udawał obojętnego, ale zerkał ciekawie dookoła. Był małomówny, a nawet mrukliwy. Z powodu krótkiego wzroku przykładał do jednego oka szkiełko powiększające, aby dostrzec wzór.

Od początku był najpilniejszy i najspokojniejszy z uczniów. Bardzo chciał dogonić kolegów, którym wolno już było tworzyć malowidła olejne z martwej natury. Jego pracowitość się opłacała, bo szybko go do tej grupy dopuszczono. Zabroniono mu tylko malowania aktu z żywym modelem.

Zatem przeskoczył etap pierwszy. Nie kazano mu malować jaja, ludzkiej piszczeli, cebuli czy orzecha a od razu wzory gipsowe: odlewy części ciała czy głowy z antyków. Bardzo go interesowały wykłady z anatomii i błyskawicznie je sobie przyswajał. Mieszał farby „po swojemu”, co nie podobało się profesorom. Uważali, że męczy farby. Chcieli aby mieszał je „jak Pan Bóg przykazał” czyli w sposób taki w jaki robiono to od dziesiątek lat na uczelni. Jednak uwagi profesorów spływały po nim, mimo że bywały złośliwe. Milczał zawzięcie, a kolory nadal łączył tak jak się mu podobało.Studenci uważali go za kujona.

Należy pamiętać, że to była szkoła artystyczna a (przynajmniej teoretycznie) nie trafiali i nie trafiają do takowej przypadkowe osoby, a ludzie utalentowani w tym kierunku. A skoro są utalentowani to oczywiste się wydaje, że nauka jest ich pasją zatem poświęcają jej cały swój czas, aby jak najwięcej się nauczyć. Jednak należy również zwrócić uwagę na coś o czym my, współcześni zapominamy. W czasach Matejki rysunku uczyli się wszyscy i większość młodzieży uważała, że rysować potrafi. Stąd dostrzec tam można było spory galimatias, bo z pośród przyjętych studentów profesorzy musieli wyselekcjonować tych prawdziwie zdolnych, a nie tylko wyuczonych. Zaś ci wyuczeni nie zawsze faktycznie byli zainteresowani swoim artystycznym rozwojem, zatem naukę traktowali jako stratę czasu.

Pierwsze prace Matejki były najbardziej bojaźliwe, ale i najlepiej wykończone – wymęczone. Stąd przezwiska jakimi go obrzucano: męczybuła, ślepowron, kujon, trusia, ambit, wspomina jego przyjaciel Izydor Pawłowicz Jabłoński, który studiował razem z nim. Na początku miał problem z odrysowaniem właściwej wielkości. Wzory były za małe albo za duże. Ten dyskomfort związany był z jego wadą wzroku, która spędzała mu sen z powiek. Jednak nie poddawał się.

Uczniowie zwykle byli ubodzy. Jeden z nich przychodził na lekcję z pieskiem jednego z poetów, którego, którego miał za zadanie pilnować, dzięki czemu odpracowywał możliwość mieszkania u niego „kątem”. Matejko potrafił rozdrażnić tego psa jedynie swoją mimiką twarzy. Wystarczyło, że wyszczerzył w jego stronę oczy, a pies dostawał białej gorączki.

Jana i jego rodzeństwo po śmierci ich matki wychowywała ciotka, siostra matki. Artysta miał dwóch braci i siostrę. Ojciec od początku był przeciwny zamiłowaniu syna do malarstwa. Uważał, że „To zabawka, a nie chleb”. Sam uczył damy gry na fortepianie i w taki sposób zarabiał. Rzecz jasna syn jego w stopniu doskonałym posiadł tę umiejętność, ale nie ciągnęło go do muzyki. Grał na fortepianie tylko ze względu na ojca, z szacunku do niego, ale nie łączył swojej przyszłości z tą dziedziną.

Słaby wzrok bardzo mu dokuczał stąd wspomniana już problemy z należytym ocenieniem wielkości malowanych przedmiotów. Kiedy w końcu przeszedł do malowania aktu akademickiego, siadał obok któregoś z kolegów, który miał dobry wzrok i malował ufając jego oczom.

W domu Jan przypominał Kopciuszka. Każdego dnia musiał pobierać lekcje gry na fortepianie, które dawał mu ojciec i takiej lekcji nie była w stanie przerwać czyjakolwiek wizyta. „Choćby się paliło i waliło” lekcja trwała nadal. Dopóki ojciec przebywał w domu chłopiec musiał grać, nawet wtedy, kiedy lekcja już się skończyła, on musiał grać nadal. Tylko pod jego nieobecność mógł malować.

Zdarzyło się Janowi uszkodzić na wystawie obraz należący do hr. Potockich, wypożyczony „spod Baranów”, bo tak bardzo podobała się mu świeżość karnacji na obrazie, że nie potrafił się powstrzymać i odłupał kawałeczek, żeby zobaczyć jakich farb i jakiego podkładu użył artysta. Towarzyszący mu koledzy mało nie zemdleli z przerażenia, widząc co zrobił. Pozostała im tylko ucieczka nim ktoś się zorientował.

Jednak w tym zachowaniu już widać ciekawość Jana i to jak ważne było dla niego to zajęcie. Można by rzec, że nic innego go nie interesowało, a podpatrywanie warsztatu innych twórców, to zachowanie oczywiste dla adeptów sztuki. Przecież szkoła nawet najlepsza zwykle uczy według wzoru, według utartego schematu, a prawdziwy twórca chce się rozwijać, zmieniać swój warsztat, eksperymentować i odchodzić od sztampy. Mnie zachowanie Matejki nie zaskoczyło. Zaskoczyło mnie to, że on jako jedyny z grupki studentów była tak bardzo zaciekawiony sztuką malowania dawnych artystów.

Autor tych wspomnień również był artystą, ale zajmował się malarstwem religijnym i odnawianiem ołtarzy. Z biegiem czasu Matejko prześcignął go i wyraźnie wybił się na czoło w swoim warsztacie.

Kiedy się słyszy, że tak wielki malarz od dzieciństwa musiał się borykać z dużą wadą wzroku, to człowiek popada w zadumę nad ludzkim losem. Dostałeś człowieku talent, ale równocześnie za krótki wzrok, ileż pracy musisz włożyć w to aby dostrzec to, co inni widzą bez wysiłku i to ich nie interesuje. To jak kpina. Podobnie jak u Beethovena. Muzyk, który traci słuch. Czy pisarz i bibliotekarz, który traci wzrok w momencie, kiedy jego marzenie o pracy wśród książek się spełnia. Mam na myśli Borgesa. 

Matejko wykazał się ogromną cierpliwością i determinacją, bo to zajęcie wymagało od niego nie lada wysiłku i samozaparcia. Niejeden rzuciłby je, rzuciłby szkołę i zająłby się czymś, co nie angażowało by w  tak dużym stopniu wzroku. Uczyć gry na fortepianie mógłby z pamięci.

Nie potrafił pływać. Raz się topił i kolega go ratował, dlatego od tamtego czasu już do wody nie wszedł a uczyć się pływać nie chciał. Grał na fortepianie i był miłośnikiem muzyki, ale nie stać go było na zakup biletu na koncert, dlatego czasem słuchał koncertów chowając się po krzewach w ogrodzie.

Po pewnym czasie nauki w Akademii jeden z profesorów wystawił mu rekomendację, dzięki czemu Jan dostał stypendium rządowe, dzięki któremu pojechał kształcić się do Monachium. Tam od razu pozyskał sobie szacunek kolegów i zachwyt wśród kadry nauczycielskiej. Pojechał tam, mimo że nie potrafił mówić w żadnym obcym języku. Nikogo tam również nie zrażało, że nie mówił po niemiecku, profesorzy w jakiś inny sposób się z nim komunikowali. Jego zdolności i umiejętności mówiły same za siebie. Myślę sobie, że żaden prawdziwy nauczyciel nie potrafiłby wyrzucić ze studiów utalentowanego studenta tylko dlatego, że ten nie zna języka. Jeżeli człowiek ma dobrą wolę to dogada się z każdym nawet na migi. Chociaż przytyki się zdarzały, niektórzy profesorzy sugerowali mu, żeby się cokolwiek niemieckiego poduczył. On jednak odpowiadał tak samo każdemu: „ ja się pilnie uczę języka sztuki a jak ten będę umiał doskonale, będę rozumiany przez wszystkich”.

Matejko nie lubił nowego budownictwa, cenił tylko zabytki architektury i często je szkicował. Cały czas pracował, tak na uczelni, jak i w mieszkaniu. Bardzo rzadko dawał się wyciągnąć przez kolegów na zwiedzanie miasta. Chciał jak najwięcej się nauczyć, jak najwięcej wycisnąć z każdej sekundy, którą mu darowano na uczelni.

Nie lubił piwa, wódkę czasem wypił, ale „jak na lekarstwo” i to zwykle wtedy, kiedy był zziębnięty. Jeśli wino to tylko słodkie, tytoniu wówczas nie znosił. Kiedy się rozchorował – być może była to choroba nabyta od gołębi, które siedziały u niego na parapecie albo z powodu złej wody, której pił za dużo – trafił z gorączką do szpitala. I tam w izolatce ciągle szkicował, robił to chociaż z trudnością utrzymywał węgiel w palcach. Okazało się, że był to tyfus.

Tego typu szkice były jego notatkami, czymś z czego później wielokrotnie korzystał. Kiedy wrócił do Krakowa, jego przyjaciel z którego wspomnień korzystam, stwierdził, że Jan poczynił wielkie postępy w warsztacie.

Matejko potrafił się obrażać, bywał też wybuchowy. Mimo tego miał wielu przyjaciół. I drzwi do jego pracowni na Krupniczej nie zamykały się. A to ktoś wpadł aby mu zagrać swój nowy utwór, inny aby wyciągnąć go do teatru, jeszcze inny by doradzić mu coś w sprawie malowanego akurat obrazu.

Pracował non stop codziennie po osiem godzin. W takim ciągu często dostawał gorączki i tracił apetyt, a przynoszony obiad zjadał służący. Przez większość dnia żywił się kawą. A, kiedy przyszło nieszczęśliwe zakochanie, zaczął niknąć w oczach. Wtedy zaniepokojeni znajomi robili dyżury, kto i kiedy ma Matejkę namówić na spacer czy rozmowę.

Pierwszym ważnym obrazem, który namalował w wieku dwudziestu czterech lat, był Stańczyk.

Jego wybranka na żonę, kiedy wręczył jej pierścionek zaręczynowy przypominający niebieską łzę, podobno rzuciła nim z takim impetem, że się potoczył aż do drugiego pokoju. Teodora Matejko urodziła artyście pięcioro dzieci i często pozowała mu do portretów Bony i Barbary Radziwiłłówny. Suknia panny młodej została wykonana przez bocheńskiego krawca według rysunku Jana Matejki.

Teodora krótko po ślubie zachorowała na cukrzycę, którą prawdopodobnie sama wywołała, bo nie potrafiła powstrzymać się od łakomstwa. Była szalenie zazdrosna, a słowo „szalenie” ma głębsze znaczenie. W efekcie popadła w chorobę psychiczną. Kiedy zmarła jej najmłodsza córka nie pojawiła się na pogrzebie. Robiła problemy przy zamążpójściu obydwu starszych córek. Nie chciała im dać błogosławieństwa, robiła sceny i wprowadzała niezdrową atmosferę w konsekwencji , której Matejko w końcu dostał wylewu.

W Matejce jako człowieku zachwyca mnie jego charakter. Cały czas miał swoje zdanie i potrafił wyczuć sytuację. Kiedy odnowiono Sukiennice w 1879 roku i oddano je do użytku, postanowiono w nich zorganizować Muzeum Narodowe i wielu malarzy zgłosiło swoje obrazy do Muzeum za darmo. Liczono na Matejkę, ale on Hołd Pruski przekazał do Muzeum na Wawelu, a tam ciągle stacjonowali austriaccy. Zatem powzięto decyzję, że odkupią od Matejki kolejny obraz. W 1882 artysta zaczął malować Sobieskiego pod Wiedniem. Zacierano już ręce, tym bardziej, że  Jan w 1883 roku przeniósł Sobieskiego ze swojej domowej pracowni do Sukiennic, aby tam go wykończyć, ale nagle artysta zdanie zmienił.

Postanowił go pokazać mieszkańcom monarchii austro-węgierskiej, ale nie bez powodu tak postanowił. Tego roku wiedeńczycy przygotowywali się do hucznych obchodów rocznicy uratowania ich miasta przed nawała turecką w 1687 roku [Fr. Ziejka, Podróże pisarzy]. Punktem kulminacyjnym miała być wielka wystawa historyczna, ale wiedeńczycy zapomnieli podczas planowania obchodów o Janie Sobieskim i zasługach Polaków w oswobodzeniu miasta. Ciekawe kogo wtedy gloryfikowali, siebie?

Dlatego Matejko błyskawicznie zmienił zdanie i postanowił tak wiedeńczykom jak i całej Europie przypomnieć o czynnym udziale Polaków. Dlatego w trybie pilnym wysłał swojego powiernika Mariana Gorzkowskiego z przykazem, aby wynajął salę (na koszt artysty). Udało się to zrobić. Została wynajęta sala w Ogrodzie Botanicznym. „12 września 1883 roku, tzn. w tym samym dniu, w którym w stolicy Austrii odbywały się uroczystości 200 rocznicy uwolnienia Wiednia od nawały tureckiej, w położonym niedaleko serca miasta Ogrodzie Botanicznym, w centralnie położonym w nim gmachu Gartenbaum, otwarto pokaz obrazu polskiego artysty”, pisze Franciszek Ziejka. Chcąc dotrzeć do jak największej ilości wiedeńczyków, aby im uświadomić zasługi Sobieskiego, Matejko zdecydował, że obraz Sobieski pod Wiedniem, będzie można oglądać bezpłatnie. Sukces był ogromny. Obraz zobaczyło tysiące mieszkańców Wiednia ze wszystkich sfer społecznych.

W tym samym roku przypadała rocznica 25. rocznica pracy twórczej Jana Matejki, dlatego zorganizowano uroczystości i w jednym z przemówień hr. Artur Potocki poprosił artystę, aby Sobieskiego przekazał do Sukiennic. Na co Jan odczytał oświadczenie, że obraz przekazuje na własność narodu polskiego, ale swoją darowiznę warunkuje życzeniem, aby dzieło to trafiło jako „dar narodu polskiego”  do Rzymu: do Ojca Świętego Leona XIII. Decyzja artysty wprawiła w konsternację uczestników uroczystości.

Jednak niedługo potem złożył obietnicę, że dla Muzeum w Sukiennicach namaluje obraz takiej samej wielkości, ale dotyczący Kościuszki. Obietnicy dotrzymał i w roku 1888, w kwietniu obraz zatytułowany Kościuszko pod Racławicami został przekazany do Sukiennic.

Patriotyzm Jana Matejki może dziwić, tym bardziej, że pochodził ze związku małżeńskiego Czecha ze szlachcianką pochodzącą z niemieckiej, spolonizowanej rodziny. Warto też wspomnieć, że Matejko wraz z Henrykiem Sienkiewiczem  pełnili wartę honorową przy trumnie Adama Mickiewicza, gdy jego szczątki sprowadzono do Krakowa. Każdy z nich swoją twórczością mocno oddziaływał na rzesze Polaków.

Odnoszę wrażenie, że stwierdzenie iż ktoś tworzył „ku pokrzepieniu serc” bywa współcześnie używane z pogardą, jakby się chciało umniejszyć wkład ówczesnych artystów w rozwój polskości. Jakby to, że zajmowali się historią Polski stawiało ich w cieniu wielkich ludzi. Tymczasem tak Mickiewicz, Sienkiewicz i Matejko byli znani na całym świecie. Myślę, że wielu nie uświadamia sobie nawet jak wielką popularnością się cieszyli. Za to chętnie się na nich prycha i nimi gardzi.

Czemu tak niewiele wiemy o wielkich Polakach? Albo może ważniejsze pytanie, czemu się nimi nie interesujemy? Bądź bardziej kontrowersyjne, czemu odbieramy Polakom możliwość bycia wielkimi, lekceważąc ich?

Poprzedni artykułRekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP
Następny artykułWiersze tygodnia – Jerzy Hajduga

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko