Strona główna Rok 2025 Nr 579 Rekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

Rekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

0
92

Wacław Holewiński
Proza iberoamerykańska nie umarła!

Pamiętam boom z lat siedemdziesiątych ubiegłego weku na prozę iberoamerykańską. Cortazar, Marquez, Borges, Llosa. Zabijaliśmy się aby zdobyć ich książki. Nie, „Rok, w którym narodził się diabeł” Peruwiańczyka Santiago Roncagliolo, w znakomitym przekładzie Tomasza Pindela, nie osiągnie takich sukcesów jak tamci. Nie sprzeda się w kilkudziesięciu tysiącach. Ale przecież to powieść, nie waham się użyć tego określenia, znakomita!

Rok 1623, wicekrólestwo Peru, Święta Inkwizycja, zbrodnie, święta, maroni, intrygi, grzech. I stosunkowo młody człowiek, popychany przez matkę do kariery. W Trybunale, na dworze, spinający nitki rozpusty w kobiecym klasztorze, szukający swoich korzeni. Jakas tajemnica odjeżdżającej karocy. Miasto otoczone przez złoczyńców. Czarnoskóra mniszka. Pożądanie. Do tego jeszcze piraci jako zagrożenie hiszpańskiej kolonii, którzy odpływają dzięki cudowi. Miasto i święta biczująca skrwawione plecy.

I jeszcze język jakim napisana jest powieść. Precyzyjny, malowniczy, wciągający.

Świetna, świetna proza!!! Trudno się od niej oderwać, a po skończeniu zadajesz sobie pytanie: ale to już? Już koniec…?

Santiago Roncagliolo – Rok, w którym narodził się diabeł, przekład Tomasz Pindel, Artrage, Warszawa 2025, str. 544.

Piotr Müldner-Nieckowski
Przemysław Dakowicz: Wyrzygnąć

Tom zawiera przede wszystkim wiersze i poematy metafizyczno-katatoniczne. Metafizyczne, a więc sięgające może do Arystotelesa albo i jeszcze głębiej, a na pewno badające byt jako taki i penetrujące pojęcia, które mu istotnie przysługują. Katatoniczne, bo (to moje ograniczenie sensu tego słowa, uważam, że odpowiednie do rzeczy i chyba nieuszczuplające niczego) ze wzmożonym napięciem mięśniowo-umysłowym, takim, które z mierzwy wydobywa to, co naprawdę ważne i kreujące świat, życie, myśl, dobro i zło jako uszczuplanie dobra.

Tom ponadto między wierszami pokazuje obrazy świadczące o tym, że sztuka, świat i my sami jesteśmy w stałym nawrocie, że się powtarzamy, tylko za każdym razem trochę inaczej, lepiej, gorzej, ciekawiej, głupiej, ale zawsze do sprawdzenia, jak to jest naprawdę. Świadczą o tym zamieszczone przykłady historycznych powtórek w sztuce w postaci interesujących zestawień fragmentów obrazów słynnych malarzy. Łatwo się domyślić, że to zabieg autora wierszy, a nie kogoś z zewnątrz. (Pytanie: jak on, ten Dakowicz do tego doszedł i jak to znalazł?). To każe zastanowić – zatrzymać – uszczypnąć się: co jest, do diabła (lub do anioła)?

Bohaterem jest tu nie kto inny jak Vincent van Gogh, traktowany za życia niczym wariat (bo też rzeczywiście miewał okresy patologii), którego dzieła dziś kosztują miliony (dolarów) i ponadto mamy dzisiejsze odważne spojrzenie na jego postawę twórczą. Jednak nadal, mimo upływu widzi to samo co my wszyscy, tylko jednak trochę inaczej. Po swojemu interpretuje, przetwarza i pokazuje. Wszyscy mamy prawo do wzlotów i obsunięć psychicznych, a jak jest wzlot, to patrzcie, ludzie, co to jest, bo może zniknąć. Czas, który upłynął od śmierci malarza, 135 lat, pokazuje, że tak jest rzeczywiście, że najważniejsze były wzloty, a upadki mogą bawić i cieszyć persony złe. Ponadto mamy prawo być inni, bo natura o to zadbała, ale musimy o ten przywilej walczyć, by przetrzymać niewidomych przeciwników.

O co chodzi więcej w tomie, zarówno w samej poezji, jak i w jej otoczeniu, autor pokazuje niekiedy jak palcem krowie w oborze: tu jest paśnik, tu legowisko, tu okienko z widokiem na pole… Chwilami można to odczytywać jako akt sprzeciwu wobec obrońców zastałej nędzy poetyckiej, która dominuje w naszym czasie. Nędzy polegającej na masowych (wręcz nadinternetowym) świetnym pisaniu o niczym, na znęcaniu się na czytelnikach rozprawkami o banałach, które wszyscy mają wyuczone od kołyski, a które się ukrywają między słowami i wierszami w ciekawostkowych metaforach, w ładnie brzmiącym pustosłowiu realizowanym słowami wielomównymi, zatem w pisaniu pozornie atrakcyjnym, ale jednak piekielnie nudnym, podającym strawę męczącą, taką do snu.

Przychylam się do tej diagnozy, tym bardziej że mam przed sobą przeciwieństwo tego, Dakowicz pisze bowiem w sposób atrakcyjny, posuwający czucie i myślenie naprzód, odświeżający poezję, której reprezentanci jako docenieni mistrzowie tej dziedziny sztuki zdążyli autora tomu odsądzić od czci i wiary. W tej księdze wszystko jest bowiem trochę inaczej, obok wierszy i ilustracji inne są też (para)blurby, czyli cytaty opinii na czwartej stronie okładki, w zwykłych książkach mające zachęcać do czytania dzieł, a tu jednak odwrotnie. Autor pokazał cztery najbardziej charakterystyczne akty zwalczania Dakowicza, a właściwie jego twórczości. Niestety charakterystyczne dla dziejów literatury, zdumiewająco nietrafne. Bez wyczucia z czym i kim mamy do czynienia w Przemysławie Dakowiczu jako poecie.

Cytuję fragmenty.

Justyna Sobolewska: „Teraz jednak zmarli okazują się bardziej żywi niż my i zmuszają nas, abyśmy uczestniczyli w ich śmierci”.

Piotr Śliwiński: „Przemysław Dakowicz – urzędniczym kolanem (wepchnięty) do kanonów i podręczników” (tu Dakowicz protestuje, bo jak dotąd żaden jego tekst nie znalazł się w lekturach ani podręcznikach szkolnych).

Wojciech Wencel: „Dakowicz błądzi (…) gdy naiwnie deklaruje pragnienie odnalezienia «nowego» języka, który pozwoliłby mówić w (…) sposób atrakcyjny”.

Zbigniew Jazienicki: „Praktyka Dakowicza byłaby w tym sensie egzemplarycznie «paranoidalna», czyli ukierunkowana na regulację, porządek, organizację (…) O ile schizofreniczne byłoby związane z deregulacją, uruchamianiem nowych możliwości, «linii wyjścia», u Dakowicza okazuje się ono jedynie warunkiem i paliwem jego obsesyjnego, paranoicznego w istocie porządkowania”.

I tak dalej. No, no, smutne. Oni naprawdę tkwią w bańce swego dawnego czasu. Nie rozumieją tych tekstów! Boją się ich? Rozumiem niepojmowanie nowości naukowych, z tym się stykałem lata temu, kiedy dziwacznie kwestionowano moje badania, wyniki i rozwiązania w zakresie językoznawstwa (i już dawno się na te ongi nowości, a dziś starocie nawrócono), ale w odniesieniu do poezji? Zazdrość, zawiść, zła wola, niezdolność myślenia, brak czucia, niechęć z założenia, niegramotność czy brak uważności… trudno ocenić, ale oby to ostatnie!

Ci, którzy mieli szansę zaimponować jakąś choćby minimalną wrażliwością na nowość, przegrali niejako na starcie i teraz bluzgają przeciw temu, co się komuś nie tyle udało, ile najzwyczajniej mocno stworzyło i już będzie istniało na zawsze. Alergiczne wypowiedzi zostały też wypunktowane przez tytuł książki i zawartego wewnątrz poematu: Wyrzygnąć!

Pytanie, jak można było dać na okładce coś takiego jak brzydkie (choć na szczęście niewulgarne) słowo nazywające zwracanie zawartości żołądka. Toż to prowokacja. Też tak początkowo sądziłem, ale teraz, po przeczytaniu całości, widzę, że to raczej protest.

Moim zdaniem w swojej sytuacji poeta zachował się właśnie jak prawdziwy poeta i autor czegoś nowego. Tego nie umieli lub nie chcieli dawać dawni poeci, którzy byli brutalnie z buta atakowani przez znanych ówczesnych krytyków i dziennikarzy. Tylko, jak Norwid, w ciszy i ukryciu płakali w mankiet, szli do knajpy i pili na umór. Może uważali, że wykrzykiwanie mocnych słów jest niezbyt eleganckie, a protestowanie przeciwko niesprawiedliwej krytyce mało skuteczne.

Ale żyjemy w innych czasach, kiedy szefowie rządów oświadczają, że będą traktować prawo tak, jak oni sobie je wyobrażają. Poeta ma prawo tupnąć nogą, i to tak żeby się zatrzęsło.

A same wiersze? Fascynujące. Nieprzegadane. Pozbawione banału. Odświeżające myślenie czytelnika. Pomysłowe językowo. Nowe, nowe, nowe. Takie pisanie jest bardzo trudne, ale dzięki temu czytanie łatwe, trzeba tylko chcieć. I pod warunkiem otwarcia oczu. A wtedy otwiera okiennice zaparte, zabetonowane, zabite gwoździami przez klasyków dawnych i obecnych.

I to oni zostali tam w stęchliźnie, w tych dusznych salkach z poprzewracanymi mebelkami dla dzieci. Czegoś się nauczyli, ale już dalej nie chcą? Już im to wystarcza?

Wiersze Dakowicza mają szeroki horyzont. Sięgają wieki wstecz, ale i szukają czegoś, co będzie przed nami. Atakują i pokazują dlaczego tak jest, a mimo to nie są publicystyczne. Punktują tych, którzy nauczeni logiki, łamią jej zasady, a swoim zachowaniem przeczą faktom i sensom rzeczywistości. Nie stronią od cieniutko sygnalizowanych negatywnych ocen, a kiedy (z punktu widzenia autora) należy, chwalą, odkrywając to, co na pochwałę rzeczywiście zasługuje i nie jest ogólnikowym dobrem ani lalkowatym pięknem. Są tam na przykład takie utwory jak „Neurotyczna osobowość naszych czasów” (między innymi o tych, którzy mają kłopoty z głową i sobą) i poemat „Wyrzygnąć. Traktat o całości” (w którym padają nie tylko oceny, ale i proste rady, choćby z czasów Odrodzenia Jana Kochanowskiego, o których zastani dziś a zapieczeni w stołkach poeci zdążyli zapomnieć: wkrocz w Apeiron, daj się ponieść fali słów, nie ma nic poza językiem, bądź dorosły, mów, co masz do powiedzenia, a nie tylko dla chwały, a więc jedynie po to, aby namówić innych, aby docenili… ciebie!).

Komentarze autorskie do wierszy i obrazów to lektura osobna. Mogłaby wystąpić także w innej książce, ale dobrze, że towarzyszy tym wierszom, że są pod ręką. Pełne wiedzy, którą warto poznać, ale i myśli, które dobrze by było przetrawić.

Chwała więc Przemysławowi Dakowiczowi, który od dawna coraz bardziej wysuwa się na czoło literackiego peletonu. Chwała Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu za wydanie, w którym zręcznie oddano autorowi inicjatywę w przełamywaniu stereotypów.

Piotr Müldner-Nieckowski

_______________________

Przemysław Dakowicz, Wyrzygnąć. Wiersze i poematy metafizyczno-katatoniczne. Forma i kształt Komentarzy do wierszy i poematów jest dziełem autora. Doboru obrazów dokonał autor. Wydanie pierwsze. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024. Książka jest dostępna w księgarniach, ale też jako e-book, księgarnia internetowa: www.piw.pl. Stron 216. ISBN 978-83-8196-824-9.

Zbigniew Zbikowski
Sierpień, niebezpieczna pora

Ta książka jest do niczego. Trzeba ją zniszczyć. Dokładnie takie słowa miał wypowiedzieć Gabriel García Márquez, odnosząc je do swojej ostatniej, nieukończonej powieści, pisanej u schyłku życia. Miała ona składać się z trzech części, w zasadzie oddzielnych fabuł, spojonych postacią wspólnej bohaterki. Skończyło się na jednej części, nieledwie minipowieści, noweli nawet. I to ona miała zostać usunięta z pamięci komputerów na zawsze. Jednakże synowie kolumbijskiego noblisty, Rodrigo i Gonzalo, nie byli na tyle nierozsądni, żeby wykonać wolę ojca, bo to tak, jakby spalić w pierwszym roku portfel wypchany dziesięcioletnimi obligacjami skarbowymi. Wiadomo bowiem, że „niespodziewane odkrycia” czy juwenilia wybitnych twórców sprzedają się po latach nie gorzej niż ich najlepsze dzieła.

Rzeczywiście, co za banał! – może zakrzyknąć po pierwszych osiemdziesięciu stronach miłośnik iberoamerykańskiej prozy, Garcíi Márqueza w szczególności, gdy przyrówna ją do Stu lat samotności czy choćby do Rzeczy o mych smutnych dziwkach – ostatniej z jego pełnych powieści. Oto Ana Magdalena Bach, kobieta w piątej dekadzie życia i pełna dojrzałego powabu, każdego roku, w kolejną rocznicę  śmierci matki, przybywa na karaibską przybrzeżną wyspę, by na jej grobie złożyć wiązankę gladioli i zdać relację z wydarzeń ostatnich dwunastu miesięcy. „Te krótkie, raptem dwudniowe wyjazdy, przeistaczają się od pewnego momentu w miłosne eskapady. Każdy pobyt na wyspie to kolejna szalona noc z przygodnym i za każdym razem innym mężczyzną” – zdradza w okładkowym blurbie zarys fabuły tłumacz dziełka Carlos Marrodán Casas.  Aż nagle, pod sam koniec (tekst nie liczy nawet stu stron), pojawia się błysk, który przenosi akcję w inny wymiar, tak charakterystyczny dla prozy tego obszaru. W rezultacie „Gdy Ana Magdalena Bach opuszczała cmentarz, była już całkiem inna kobietą. Trzęsła się cała i kierowca musiał jej pomóc przy wsiadaniu do taksówki, bo nie była w stanie opanować drżenia”.

Może jednak ten jeden traumatyczny moment i jego niespodziewany skutek nie jest dość silny, by wynieść całość dzieła na poziom „meta”, może autor to czuł i nie chciał go w tej postaci pokazywać światu? Stało się inaczej. Ostatniego wielkiego dzieła kolumbijskiego pisarza jako czytelnicy więc nie otrzymaliśmy, ale możliwość obcowania z jego nieznaną dotąd prozą, pisaną znanym z innych powieści charakterystycznym i cenionym językiem, będzie dostateczną nagrodą dla tych, którzy jednak zdecydują się po książkę sięgnąć. Bo to jednak wielki García Márquez napisał.

Gabriel García Márquez: Widzimy się w sierpniu, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2024, przekład: Carlos Marrodán Casas, ISBN: 978-83-287-3013-7.

Poprzedni artykułSUBIEKTYWNE KALENDARIUM ARTYSTYCZNE ANNY ŁYCZEWSKIEJ
Następny artykułAgnieszka Czachor – Męczyciel farb, męczybuła, ślepowron

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko