Andrzej Wołosewicz – Patriotyzm językowy

2
61

Na początku przepraszam purystów językowych, którzy twierdzą, że patriotyzm jest sobą po prostu, że jest bezprzymiotnikowy. Mam swoje ważne powody, aby upierać się przy moim pomyśle patriotyzmu językowego. Postaram się je wyłuszczyć najsprawniej, jak potrafię.

Skąd wziął się ten pomysł? Jest on wynikiem mojej wieloletniej obserwacji tego, co dzieje się z językiem polskim na styku szkoły podstawowej i średniej, czyli w pokoleniu 14-15-latków. Pracuję na tym styku już 20 lat, w warszawskich szkołach, i tych topowych i tych z dalszych miejsc rankingu, mam więc nieliche spektrum doświadczeń. Wzbierały we mnie te doświadczenia, wzbierały, konfrontowałem je z pomysłami (a czasami i ich realizacją) kolejnych politycznych ekip „reformujących” oświatę i wreszcie miarka się przebrała: muszę to z siebie wyrzucić.

Mam na uwadze tylko dwie kwestie: a) listę lektur i b) jakość nauczania języka polskiego. Obie te sprawy łączą się – według mnie – w dziwny węzeł gordyjski naszej edukacji. Muszę go po kolei opisać.

Zacznę od listy lektur. Nie sądzę, aby była to sprawa priorytetowa, chociaż jest bardzo medialna. Wystarczy prosty test: kto z państwa (poza polonistami) jest w stanie dziś, teraz, czytając ten tekst, wymienić dowolnych pięć lektur ze starego i z nowego zestawu? A dwie? No właśnie. Zatem nie jakie lektury, ale co się z nimi robi jest ważniesze. Powiem brutalnie: przeczytanie nawet nudnego tekstu Andrzeja Jawienia jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Marksiście nie zrobi krzywdy czytanie Biblii a katolik nie umrze przy czytaniu „Kapitału”. Nawet wydaje się, że czytanie lektur, które są nam nie w smak, jest ciekawsze i stanowi większe wyzwanie intelektualne. Ale mnie chodzi o coś innego, o to, co z tego czytania wynika. Czy buduje ono umiejętność pracy językowej? Obecnie nie buduje. Dostaję coraz gorzej przygotowanych uczniów po 8 latach nauki języka polskiego w szkole podstawowej! Nie potrafią operować w miarę poprawną polszczyzną, w ogóle nie przywiązują do tego wagi! Dziwią się, że ktoś wymaga poprawności nie na języku polskim tylko – tak jak ja – na ilozofii! Tak jakby pisanie poprawną polszczyzną dotyczyło tylko lekcji języka polskiego. Nie dziwi to Państwa? Mnie to nie dziwi, mnie to bulwersuje! Nie wiem, na czym polegają egzaminy ośmioklasisty, ale moi uczniowie jakoś je zdali, i to często na 80-90%, tyle, że na pewno nie z umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną. To jest dramat. Umiejętność napisania w miarę poprawnej wypowiedzi przekraczającej pojemność ekranu smartfonu budzi lęk, niechęć i opór. Z czegoś musi to wynikać. Według znajomych polonistów z braku umiejętności. Pisanie staje się wtedy „karą”, grozi „kompromitacją”, najlepiej więc od niego uciekać. Ucieczką jest stwierdzana nagminnie dysgrafia i dysleksja. Obserwujemy w szkołach  dziwny wysyp tych dysfunkcji np. przed maturami. Nie ćwiczona umiejętność zanika. Umiejętność pisania zanika z roku na rok. Dlatego postuluję wprowadzeni terminu patriotyzmu  językowego. Uczyńmy z umiejętności posługiwania swoim (nie obcym przecież) językiem) ważną wartość. Mogę tylko w tym miejscu przypomnieć fragment z „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego:

„Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:
A czasem był jak piorun jasny, prędki,
A czasem smutny jako pieśń stepowa,

A czasem jako skarga nimfy miętki,
A czasem piękny jak aniołów mowa…
Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem.
Strofa być winna taktem, nie wędzidłem.”

            Jak to widzę w praktyce? Przede wszystkim postuluję powrót do pisania: pisać, pisać i pisać! Kiedyś pisaliśmy. Niektórzy z Państwa jeszcze zapewne pamiętają maturę polegającą na napisaniu – według posiadanej wiedzy i umiejętności – dłuższego wypracowania. Wydaje się, że dzieci (klasy 1-3 szkoły podstawowej)  uczone są literek, wyrazów i zdań (inaczej nie potrafiłyby czytać), ale potem już nie używają tej umiejętności w wystarczający sposób, nie ćwiczą po prostu, bo nie muszą. Kiedyś z czytanych lektur trzeba było (także w młodszych klasach) się rozliczyć prowadząc osobny zeszyt,  w którym był tytuł, autor, jakiś rysunek i spójna, krótka (odpowiednia do wieku) opowieść o lekturze, jej treści napisana własnymi słowami. Oczywiście widzę już jak dzisiejsi uczniowie „odwalają” taką robotę na zasadzie „kopiuj-wklej” korzystając ze wszelkiego rodzaju bryków (bryk? – do matury – 1977 – nie wiedziałem, co to jest bryk!; ale to było w małym powiatowym Grajewie); niechby i tak, ale już samo przepisywanie, ręczne przepisywanie uruchamia cały proces widzenia tekstu, zapamiętywania „wyglądu” tekstu, ćwiczenia w poprawności gramatycznej, składniowej, ortograficznej, czego maszynowe, „klawiaturowe” przepisywanie nie uruchamia w takim stopniu. To jeden ze sposobów powrotu do  źródeł poprawności językowej.

Jeżeli niemal  dwa wieki temu mogło poecie chodzić o dobrą polszczyznę, to nam nie może? Wtedy, w ciemnym okresie zaborów język ewidentnie wiązał się z patriotyzmem, to teraz nie może? Ja w każdym razie wobec swoich milusińskich, z którymi w szkole pracuję używam sformułowania: patriotyzm językowy. I bardzo proszę o wsparcie w tym zakresie, gdziekolwiek i kiedykolwiek tylko trafi się Państwu sposobność. Róbmy to każdy na swój sposób i w miarę swoich możliwości, których jest dużo – wszak używamy języka ciągle, nieprawdaż?

Poprzedni artykułPaweł Krupka – Po kolędzie
Następny artykułMichał Piętniewicz – Lektury z biblioteki osiedlowej

2 KOMENTARZE

  1. Święte słowa Andrzeju, tylko co z tego. Co z tego skoro dziś, jak wszystko, tak i ten „problem” owija się w bawełnę pojęciową i mydli nam oczy ściemnianiem. Nie nazywa się rzeczy po imieniu. To nie żadne „dys” tylko czysty i coraz bardziej żywy … analfabetyzm. Rosną nam mutacje analfabetów. I dopóki tego nie nazwiemy tak jak należy, dopóki nie odwrócimy tendencji uspokajania sumień i udawania Greka to nic się nie zmieni. Proponuję teraz rozważyć do czego z kolei doprowadzi nas jako społeczeństwo ów wtórny analfabetyzm? To jest ciekawe zagadnienie. Ja przypuszczam, że do agresji i złości, które z kolei doprowadzą do tępej przemocy człowieka nad człowiekiem, ale to jedynie teza, oby nierealna…

  2. Ja widzę to czarno. W czasie zaborów (akurat z wnukiem, II klasa liceum, czytam romantyków, „Dziady”, więc jestem na bieżąco) nie było państwowości, ale Polskość, Polska przetrwała w języku, teraz – obawiam się – że może formalnie nie stracimy państwowości, ale stracimy język narodowy – a to wszak forma głębokiego wynarodowienia. Trzeba „grzebać na swoim” podwórku i – jak śpiewał Wojciech Młynarski robić swoje – może to coś da, kto wie. Tylko tyle, albo aż tyle. Pozdrawiam< Imienniku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko