Agnieszka Czachor – Skóra świata

0
39

Zygmunt Haupt pojawił się na mojej półce za sprawą Wydawnictwa Czarnego, bo w jego księgarni kupiłam opasłe tomisko tekstów pisarza ze wstępem Andrzeja Stasiuka. Nie potrafię już dzisiaj powiedzieć, co mnie skłoniło do tego zakupu, bo Haupta wcześniej nie znałam i żaden człowiek z kręgów literackich o nim mi nie wspominał. Zwykły, ślepy traf. Teraz się okazuje, że wielu Haupta zna albo znało, jeśli już nie żyją. I jest to jedna z tych perełek, którą znajduje się po omacku, a później okazuje się, że „oni”, ci wielcy także ją odkryli. Dlatego kolejny raz odczuwa się fascynację, że literatura nas łączy, mimo upływającego czasu i kończących się żyć, to nadal możemy się spotkać nad jedną książką jakby nie istniały epoki, wojny czy tragedie. Nadal możemy czytać o tym, co dobre i piękne, wartościowe i cenne.

Jedna ze znawczyń jego twórczości, sposób opowiadania świata przez Haupta nazwała tworzeniem „skóry świata”. Te słowa padają w reportażu emitowanym na kanale „Filmowy Kanon Literatury”. „Skóry świata” czyli swoją opowieść budował z zapachów, smaków, wyglądu, dokładnej topografii miejsca, gwary, dialektów. Galicja i Beskid Niski czy dawna Ukraina to przede wszystkim wielokulturowość: Żydzi, Huculi, Polacy, Ukraińcy. Nie sposób tych nacji od siebie oddzielić, bo one tworzyły również tę tytułową skórę.

Pochodzę z Kolbuszowej, miasteczka, które leży na terenach dawnej Galicji i które było głównie miasteczkiem żydowskim. Na herbie mamy dwie dłonie w uścisku czyli witające się. Dłoń polską i dłoń żydowską. Opowieść o tym herbie wbijano do głowy już przedszkolakom. Chodziło o zgodę, o pokój, o zaufanie. W związku z tym, że mój rodowód wywodzi się z Galicji, to opowieści Haupta mnie oczarowały. Stało się tak dlatego, że mimo, iż Galicja Haupta to inne tereny, to klimat i nastrój tamtejszego czasu doskonale rozumiem. Wychowałam się na opowieściach starych ludzi, na ich zabobonach i wspomnieniach, które mieszały się z mitami i legendami.

Opowieści galicyjskie Stasiuka mnie nie zauroczyły. Być może dlatego, że są jakieś takie „kanciaste” pozbawione melodii, specyficznego zaśpiewu, plastyczności. Które to cechy odnajduję właśnie u Haupta. Specyficzny urok, umiejętność ułożenia słów w taki sposób, że człowieka zachwycają niczym piękna muzyka albo rączy koń, tyle że należy pamiętać, że ten koń, jak i te opowieści są równocześnie „dzikie”. Trzeba im dać przestrzeń i swobodę.

Haupt to wielka indywidualność. Trudno go było nagiąć do jakichś kanonów czy zaszufladkować, co lubimy robić z pisarzami. Na emigracji,  już jako mąż i ojciec, był bardzo samotny. Ożenił się z Amerykanką i w Ameryce osiedlił. Samotny w tym kontekście, że pozbawiony został środowiska literackiego, pozbawiony czytelników polskich, bo debiutował przed wojną, jak i równocześnie pozbawiony możliwości publikowania swoich tekstów. Co prawda kilka tekstów udało się mu opublikować w ówczesnych znaczących czasopismach, tyle że jego angielszczyzna musiała być poprawiana przez redaktorów. Sam Giedroyć na początku ich znajomości odrzucił jego teksty, dopiero wiele później Haupt zaczął być publikowany w Paryskiej Kulturze.

Haupt malował i pisał, ale nie przynosił do domu pieniędzy, co frustrowało jego rodzinę. Dopiero, kiedy zaczął pracować w Głosie Ameryki, w radio, to sytuacja finansowa się im poprawiła, chociaż podobno nie lubił tej pracy.

Pierścień z papieru to tekst, którego tytuł zwykle pojawia się w wypowiedziach literatów, kiedy zostają zapytani o Haupta. Należy pamiętać, że Haupt to nie pisarz szalenie popularny w czasach swojego życia. Haupt był raczej człowiekiem pracujących bez przerwy, piszącym mimo wszystko, ale człowiekiem, któremu to pisanie wtedy nie przynosiło żadnej gratyfikacji. A sukces, jak wiemy, to ma być widać. Ma być głośno, ma być splendor i fajerwerki, a nie człowiek każdego dnia pochylony nad kartką papieru.

Borges wspominał, że kiedy nie pisze to ma wyrzuty sumienia. Czyli nie pisał po coś, a pomimo wszystko, z potrzeby, ale nie tej finansowej. To już na swoją odpowiedzialność „mówię”, bo tak mi się wydaje, że Haupt pisał, bo potrzebował tego pisania. Zaryzykuję i przywołam jeszcze Vincenza. To nie było tworzenie na zasadzie realizacji intratnego projektu, za który mieliby już w umowie wpisaną porządną kwotę wynagrodzenia. Pisanie jest błądzeniem dziecka we mgle, że sparafrazuję Boya. Nigdy się nie wie, czy nasz tekst zostanie zauważony albo przyjęty to publikacji.

Nim wrócę do Haupta powiem jeszcze, że ciągle mi tłuką się w głowie słowa red. Mazurka, który razu pewnego wpadł do nas na zajęcia i od progu zawołał: „ kto jest pisarzem niech da sobie spokój z dziennikarstwem”.

Różne są sytuacje w życiu, dlatego też w różny sposób próbujemy sobie z nimi radzić. Szukamy również z podobnego powodu własnego miejsca. Także w literaturze. Słowa p. Mazurka mnie wtedy zmroziły, aż się schowałam pod ławkę, jednak w tej opowieści nie chodzi o mnie, a o to jak sobie radzą pisarze, literaci z funkcjonowaniem w niebycie, bo taka sytuacja w tym zawodzie niestety się zdarza nieraz. I wówczas jak Haupt czy inni mimo wszystko się pisze. Wielu zapyta: dlaczego i po co?

Nie chcę tutaj pisać o „wenie” i oczekiwaniu na nią, bo to nie ten etap pracy. Wspominam o czymś czego wielu nie potrafi wytłumaczyć. Nikt nie stoi z batem nad człowiekiem, a mimo tego on pisze. Dlatego zdaje mi się, że w pewnym sensie rozumiem Haupta, „w pewnym sensie”, bo tylko się mogę domyślać, co nim powodowało, ale pewności nie mam.

Później mi mówiono, że przecież Hemingway zaczynał od bycia korespondentem, że przecież to się da pogodzić. Może tak, a może nie. Salinger już nie potrafił być dziennikarzem, mimo że mógł prosto z frontu pisać raporty. Wolał opowiadania, które publikowano głównie dlatego, że go podziwiano jako żołnierza. Trochę też się nad nim litowano.

Dlatego być może nasz redaktor ma rację. Dziennikarstwo to coś innego niż pisarstwo, mimo że niedaleko od siebie się sytuują te dwa zajęcia. Haupt nigdy nie uprawiał dziennikarstwa. Po prostu opowiadał. Opowiadać trzeba umieć. Zwłaszcza opowiadać o miejscach ze wspomnień, które niejako się  uaktywniają się w jego amerykańskiej rzeczywistości, bo nie zamykał się na nią. Był jej ciekawy. Tęsknił do tego, co było i już nie wróci, a jednocześnie to nowe próbował oswoić.

Niektórzy nazywają Haupta pisarzem drogi albo literackim cyganem, bo opowiadał Amerykę patrząc na nią przez okno samochodu, a jednocześnie w swoją opowieść wtykał skrawki polskości polskich miejsc.

O czym jest Pierścień z papieru?

Różnie by mówić. Celowo trochę wprowadzam gwarę. Różnie by mówić, bo z jednej strony głównie o plotce, z innej o patrzeniu na ojcowiznę, a jeszcze innej o koniach. O wołyńskich koniach, o stadninach z Chorstowa, Czarnokoniec, Albigowej, ale i o Sławucie – nazywanej legendą polskiego jeździectwa.

Zatrzymam się na chwilę przy Sławucie, gdyż żyjące tam konie podczas rewolucji spłonęły żywcem. Księgi także spłonęły, a stadnina była sławna na cały świat. Właścicielem był książę Sanguszko, który wówczas również zginął.

Haupt urodził się na kresach. Wielokulturowość nie była mu obca. Jednak teraz nie o nią tutaj chodzi. Opowieści Haupta to mini fotografie, opisy miejsc już nie istniejących. Opisy ludzi, potraw i zapachów, których już nie dostrzegamy albo nawet nie znamy.

„A my teraz stępa przez dąbrowę, twarde pożółkle z jesieni trawy – miotły sztywne w styczniowym powietrzu. Lśnią wpośród grzywy mego konia, szumiącej grzywy, odświętnie wplecione w nią złote krążki, jak cekiny – w warkocz Cyganki. Jest już siny zimowy wieczór i las przechodzi w granat. Dobrze jest być blisko domu. Śmiało można patrzeć w czeluść świata, głęboko wciągać mroźne powietrze, nastawić mu policzek.” [Zygmunt Haupt, Baskijski diabeł, s.426]

Jest w tym opisie tak dużo życia, że aż zapiera on dech. Być może nie każdemu, być może trzeba pamiętać jeszcze koński zapach, niepokój  czy woń mroźnego wieczoru. Być może trzeba poczuć ochotę do galopu przed siebie, bo mróz szczypie w oczy i nozdrza, ale dom jest blisko. Dlatego można się odważyć, bo jakby coś…to pomoc na wyciagnięcie ręki.

Galicja, to kraina Haupta. Galicja była rozległa, nie wystarczy powiedzieć Galicja, aby wiedzieć o czym opowiada Haupt, chociaż czasem wystarczy się wczytać w jego słowa. Nie jest to proza z „popkultury”, nie jest to też kilku stronnicowy opis ogródka u Orzeszkowej. Jest to opis podobny do tego, jaki wielu z nas pamięta. Wieczór, opadająca rosa, muczenie krów, kot ocierający się wokół łydek, zapach co tylko udojonego mleka. Opis świata, którego już nie ma. A do którego się tęskni.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko