Krystyna Konecka – Z GOETHEM W LUKSEMBURGU

0
157
Goethe w Kampanii. Johannn Heinrich Wilhelm Tischbein – 1787 r. Domena publiczna

     „W tym leży fatalność a zarazem urok podróży, że dzięki niej stają się dla ciebie określone i dostępne teraz miejsca, które dawniej kryły się gdzieś w nieokreśloności i niedostępności…”. To Johann Wolfgang von Goethe. Myśl o spotkaniu po wielu latach z Luksemburgiem, stolicą Wielkiego Księstwa (Grand Duchy) Luksemburg sama w sobie powodowała napięcie emocjonalne, bo czy na pewno wszystko jest tam jak było? I co zobaczę nowego? Co odkryję tam, gdzie kiedyś nie mogłam, czy nie wiedziałam, jak  dotrzeć? Właśnie. Fatalność a zarazem urok podróży, jak to zdefiniował ten twórca mnóstwa innych celnych sformułowań, o którym wiem, że w jego biografii zapisany jest także epizod luksemburski, ale dopiero muszę odnaleźć zachowane ślady…

     Goethe, autor nieśmiertelnych Cierpień młodego Wertera i Fausta. Pisarz i poeta niemiecki, wszechstronnie wykształcony erudyta. Twórcze dokonania, aktywność w wielu dziedzinach życia i nauki, sprawiły, iż doczekał się uznania jako najwybitniejszy i najbardziej wpływowy pisarz niemieckojęzyczny, literacki autorytet w kręgu zachodniej humanistyki od wieku XVIII po współczesność. Wielu najbardziej znaczących ludzi pióra zdradza duchową więź z Goethem odniesieniami w swojej twórczości, frazą wiersza, słowem.

     Mickiewicz. Jeden z pierwszych polskich poetów, który w 1829 roku pielgrzymował (z listem polecającym od pianistki Marii Szymanowskiej) do Weimaru, spotykał się z sędziwym już „bóstwem olimpijskim” (jak go określił Jacek Łukasiewicz), otrzymał od mistrza wiersz z autografem i używane przez niego gęsie pióro.

     Krzysztof Masłoń w książce Nie uciec nam od losu cytuje autora Literatury Greków i Rzymian, Zygmunta Kubiaka, który we wstępie do niej pisze: „Wenecję literacką tworzyli najwięksi: Szekspir, Byron, Goethe”.

     Zbigniew Herbert zaczyna swój wiersz „Rovigo” frazą: „STACJA ROVIGO. Niejasne skojarzenia. Dramat Goethego/ albo coś z Byrona…”

     Melchior Wańkowicz w Karafce La Fontaine’a definiuje sukces twórczy poety z Weimaru: „Biografia literacka Goethego jest przykładem sprzyjających okoliczności, jakie rzadko bywają w tym stopniu udziałem pisarskich losów. Staranne wykształcenie, nieprzerwany dostatek, pobudzająca atmosfera umysłowa środowiska, wreszcie prawdziwy triumf od razu na progu twórczości pisarskiej (Cierpienia młodego Wertera 1774) – wszystko to od samego początku ukształtowało losy Goethego tak, że uchodzić może za przysłowiowego wybrańca bogów”.

Luksemburg, stolica. Fortyfikacje I kościół św. Jana nad rzeką Alzette jak za czasów autora „Fausta”. Fot. K. Konecka

     W swoim dziele biograficznym pt. Herman Hesse. Wędrowiec i jego cień Gunnar Decker wielokrotnie przywołuje znaczące powiązania twórczości tego laureata nagrody Nobla (1946)  z autorem Fausta, podkreślając, iż „Bez odnawianych regularnie spotkań z Goethem nie byłoby Gry szklanych paciorków. Goethe jest gwiazdą przewodnią Hessego…”.

     Z kolei autor Śniadania mistrzów i Rzeźni numer 5, amerykański pisarz Kurt Vonnegut w jednym z pierwszych opowiadań przytoczył sentencję z Goethego, jaka znajdowała się w gabinecie jego ojca, w ramce pod szkłem: „Bogowie wieczni wszystko dają swym wybrańcom, wszystkie radości wieczne, wszystkie cierpienia wieczne – wszystko”… Trudne? Trudne…

     To Johann Wolfgang von Goethe podkreślał: „Podróżuje się nie po to, aby dotrzeć do celu, ale po to, żeby być w podróży”. Bywam. Jestem. I to: „Kto chce zrozumieć poetę, powinien udać się do jego kraju”. Nie było możliwości być we Frankfurcie nad Menem, gdzie urodził się autor tych słów. Ani w Weimarze, w którym stworzył za życia centrum kultury niemieckiej, promieniujące na Europę. Ani w Neapolu, jednym z najważniejszych miejsc jego niemal dwuletniej włoskiej podróży. Ale jest Luksemburg na trasie tegorocznej wakacyjnej podróży. Jest chociaż Luksemburg… 

     Teraz, w sierpniu, odwiedzę zatem stolicę kilka razy, przyjeżdżając tu pociągiem z Mertert, przytulnej miejscowości położonej pośród wzgórz, nad graniczną rzeką Mozelą, za którą już Niemcy i nieodległe najstarsze miasto Trier (Trewir). Po drodze do stolicy księstwa – zachwycające sielskie pejzaże z krówkami na łąkach, pomiędzy estetycznie zabudowanymi wioskami, spośród których pociąg wyjeżdża nagle na wysoko zawieszony kamienny most. Pod nim rozpościera się prawdziwe miasto otoczone skalnymi ścianami, właściwie zabudowany park, nad zwiniętą w pętlę rzeką. Ale za chwilę miasto jest też na poziomie mostu, i jadąc tu po raz pierwszy nie można było pojąć jak w tym jednym miejscu  zaistniało „tak wiele wielkości połączonej z wdziękiem” (przekład Michał Bukowski), co tylko Goethe mógł zdefiniować równie trafnie. Właściwie jest to część średniowiecznej fortecy, ulokowanej na skalnej ścianie wznoszącej się wysoko, niemal sto metrów powyżej nurtu rzeki Alzette, płynącej odwiecznie przez kamienną dolinę.

Pałac Wielkiego Księcia Luksemburga i współczesne centrum narodowych instytucji prawniczych.
Fot. K. Konecka

     Uczę się historii tej ziemi z folderów o niewielkim pałacu Wielkiego Księcia (teraz jest nim książę Henryk z dynastii Burbonów), z biografii niezapomnianej Wielkiej Księżnej Charlotty, z dzieł architekta i artysty (liczne budowle w centrum, tysiące akwareli miasta i kraju) Sosthene Weisa, którego 150 rocznicę urodzin celebrowano w ubiegłym roku. Ze skrawka mozaiki rzymskiej w Passage du Palais z wizerunkami pływających ryb – to dalekie echa antycznej epoki, kiedy terytorium zostało skolonizowane przez Rzymian. Potem, w V wieku byli tu Frankowie i dopiero hrabia Sigefroi (Zygfryd) wywalczył niepodległość tego skrawka Europy w czasach równoległych niemal Mieszkowi I, bo w roku 963. Tu wzniósł swój zamek Licilinburhuc. Później panoszyły się tu Burgundia, Hiszpania, Francja i Austria. Dopiero w roku 1915 podczas Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku zostało ustanowione Wielkie Księstwo Luksemburg, które przyznano Wilhelmowi I, królowi Holandii. Wieczysta neutralność, zagwarantowana pół wieku później przez europejskie mocarstwa, została dwukrotnie złamana przez Niemcy podczas obydwu wojen światowych. W roku 1948 ta neutralność przestała obowiązywać, a rok później malutkie Wielkie Księstwo zostało członkiem NATO. Będzie czas na to, żeby odwiedzić północną, nowoczesną  dzielnicę stolicy, gdzie ma swoje miejsce  m.in. Europejski Trybunał Sprawiedliwości  oraz Europejski Bank Inwestycyjny. Narodowe instytucje prawnicze ulokowane są w bajecznym obiekcie w starym centrum. Z Denise i Adamem oglądamy informacje o zakończonej dawno aukcji przedziwnej publikacji z gotycką czcionką, z roku 1925: Philologische und historische Analyse: Goethe in Luxemburg 1792. Autor, dr Nikolaus Hein. I kopię wydanego tu znaczka pocztowego z wizerunkiem młodego poety. Tylko tyle… Pójdziemy własnym tropem, do istniejących śladów pobytu Johanna Wolfganga von Goethe w Luksemburgu. 

     Dojechawszy darmowym tramwajem, bez numeru, spod dworca kolejowego do centrum Luksemburga, zwiedziwszy świątynie, uliczki pełne kawiarni i sklepów z pamiątkami, remontowane stare budynki z ogromny portretem Sosthene Weisa, akwarelisty miasta, herbowe bramy na zapleczu pałacu Wielkiego Księcia, wchodzimy do Passage du Palais w sercu Fishmarkt. To najstarsza, XII-wieczna część stolicy, pamiętająca czasy rzymskie, chociażby przez zachowany układ połączenia dwóch dróg, pochodzących z tamtego okresu. Tutaj skupiał się cały miejski handel produktami rolniczymi i rybami. Ich blaszane wizerunki zdobią reklamy restauracji po obydwu stronach pasażu.

     Wchodzimy trochę dookoła, od strony rue de La Loge, uliczki na rozwidleniu z drugą. Ta „nasza” wznosi się, ta druga opada stromo w dół, i można schodzić nią coraz niżej, aż do poziomu domów nad rzeką Alzette (chociaż my po spacerach zjedziemy na poziom rzeki windą). Ale teraz chcemy wyżej, mijając jedną z najstarszych, średniowiecznych, kruszących się kamieniczek z owalnym wybrzuszeniem wieżyczki czy wykusza na piętrze, który zdobi archaiczne hasło – deklaracja w rdzennym języku letzebuergesch: „Chcemy pozostać takimi jakimi jesteśmy”. Dużo tu też francuskiego i niemieckiego. Wyjście z pasażu prowadzi, w kierunku książęcego pałacu, na rue deL’Eau. To już nieco inna epoka. Ale wyjdziemy tu oszołomieni zupełnie niespodziewaną architekturą – a raczej kompilacją elementów z różnych porządków…

     Kamienne grube mury, przejścia, uskoki, miniaturowe dziedzińce, bramy, schody prowadzące w różne strony i na różnych wysokościach do pomieszczeń z okienkami różnej wielkości, gdzie niegdyś były sklepiki. Wszystko to tworzy jakby przypadkowy zlepek pomieszczeń.  Wysoko nad ciasnym dziedzińcem zawieszony splot schodów – w żelaznym szkielecie zbutwiałe drewniane stopnie rozsypałyby się, gdyby nie trzymały ich przerdzewiałe obramowania. Gotowa scenografia do filmu z gatunku science fiction.

     Po wejściu z uliczki ogarnia nas półmrok. Same przywołują się słowa Goethego „więcej światła” (chociaż kontekst tego zawołania towarzyszył jego chwilom ostatecznym…). Zaczynamy rozróżniać dziedzińce, schodki, mury, od dawna wystygłe palenisko z zawieszonym wysoko rusztem, jaskrawe barwy ścian, wybrzuszone ramy kruchych okienek spoglądających na siebie nawzajem.

Tajemnicze refleksy z różnych stron i poziomów odsłaniają scenografię spektaklu z przeszłości. Teraz w tym wnętrzach są kawiarnie, restauracje i sklepiki sprzedające lokalne przysmaki, rękodzieło i pamiątki. Obok łukowatego przejścia z dziedzińca w nieznane jeszcze labirynty, pomiędzy dwoma wewnętrznymi oknami – metalowa tablica, a na niej cytaty w języku niemieckim, z których wynika, że tutaj, na Fischmarkt, wynajmował pokój Goethe w dniach 13 – 20 października 1792 roku. Już po powrocie z wojaży, otrzymam przekład tej inskrypcji od zaprzyjaźnionego poety z Wiednia, Michała Bukowskiego. Oto on:


     Bardzo mile zaskoczeni jechaliśmy z Arlon do Luksemburga najlepszą sztuczną drogą i do tej skądinąd tak ważnej i dobrze strzeżonej twierdzy zostaliśmy wpuszczeni jak do zwykłej wioski, czy do jakiegokolwiek innego zakątka.

     Obrotny gospodarz załatwił mi ładny pokój, wychodzący na najwęższy dziedziniec, wąski niczym szyb wentylacyjny, ale że pokój miał bardzo wysokie  okna, to i światła była wystarczająca ilość. Wiedział, jak mnie tutaj dobrze ulokować z moim bagażem i innymi rzeczami, i jak zadbać o wszystkie moje potrzeby, zorientował mnie, kto w budynku mieszka i zapewnił, że w zamian za mały datek nie zostanę wyrzucony i będę dobrze traktowany.

     Moje ciche mieszkanie, odcięte od wszelkiego hałasu, zapewniało mi idealną przestrzeń do najspokojniejszych kontemplacji, niczym klasztorna cela, ale kiedy tylko stawiałem stopę za drzwiami frontowymi, znajdowałem się w najbardziej ożywionym zgiełku niczym wojny i mogłem wędrować do woli po tym najbardziej osobliwym miejscu, jakie można znaleźć na świecie.

     Wyjątki z listów, napisanych przez Goethego w Luxemburgu: 13-20.10.1792 

(przekład Michał Bukowski, Wiedeń)

     Jakie wydarzenia sprawiły, że poeta z Weimaru znalazł się w Luksemburgu? Otóż miało to związek z jego przyjacielem i mocodawcą, księciem Karolem Augustem von Sachsen-Weimar-Eisenach (1757-1828). Był to mecenas sztuk, społecznik, filantrop, żołnierz. Do roku 1775 rządy sprawowała jego matka Anna Amalia. Akurat osiągnął pełnoletniość, gdy poznał w podróży starszego o osiem lat Goethego, który już zasłynął w Europie jako autor powieści epistolarnej „Cierpienia  młodego Wertera” („inspirujących” młodych czytelników, wzorem bohatera, do popełniania samobójstw). Zostali przyjaciółmi na całe życie. Książę wstąpił do pruskiej służby wojskowej, dosłużył się stopnia generała, i w tej randze uczestniczył aktywnie w rozgrywających się na terenie Europy politycznych konfliktach oraz wojennych. Goethe towarzyszył mu m.in. w bitwie pod Valmy, a o tych wydarzeniach napisał w tomie 5 swojej autobiografii pt. Z mojego życia. Zmyślenie i prawda. 1811-1833 Kampania we Francji. Refleksje literackie z tego czasu znalazły swój wyraz także w II części Fausta. Pisarz był u boku księcia podczas działań pierwszej wojny koalicyjnej Prusaków i Austriaków przeciwko Francji. Spędził trzy miesiące pośród żołnierzy, doświadczając wraz z nimi grozy tej batalii i jej tragicznych skutków, także obserwując odwrót koalicjantów po zwycięstwie Francuzów.

     W drodze powrotnej do Weimaru zatrzymał się więc Goethe w stolicy Wielkiego Księstwa. Wybrał na miejsce krótkiego odpoczynku w podróży właśnie Passage du Palais w obrębie Fishmarkt, wynajmując jeden z zacisznych pokoi, znajdujących się pośród jarmarcznych sklepików. O tym właśnie napisał…

     Oto sama dzielnica położona w najstarszej części miasta, w pobliżu pałacu Wielkiego Księcia od strony zachodniej i cypla Bock od północnego wschodu. Skalne wzniesienie (263 m.n.p.m.) tworzy wraz z położoną niemal 100 metrów niżej częścią stolicy pejzaż oszałamiający każdego przybysza. Strome skalne ściany, stanowiące naturalną fortyfikację, były adaptowane na przestrzeni wieków do celów obronnych. Teraz, kiedy większość konstrukcji fortecy została zburzona w XVIII wieku, pasjonatów historii nadal wabią wykute w skałach pozostałości labiryntu kazamatów, a estetyków zachwyca połączenie przysłoniętych zielenią kamiennych ścian z płynącą swoim nurtem rzeką Alzette, w której przeglądają się liczne zabudowania, a wśród nich kościół św. Jana – Eglise Saint-Jean-du-Grund, wzniesiony na początku XVII wieku. Równie oryginalnie prezentują się wnętrza sąsiadującego z Passage du Palais, więc już na wzniesieniu ponad fortyfikacją – kościoła św. Michała, najstarszej świątyni Luksemburga, której ustępuje miejsca stołeczny kościół Notre Dame…   

Te miejsca pamiętają pobyt niemieckiego pisarza. Fot. K. Konecka

     Więc kim był wtedy – myślę teraz – ów zwracający uwagę czterdziestotrzylatek, kiedy zdrożony zawitał do Passage du Palais. Od kilkunastu już lat egzystujący przy dworze księcia Karola Augusta, dla ludzi pióra – twarz ruchu „Sturm und Drang” (burzy i naporu), wypełniał sprawnie powierzone mu zadania, korzystał ze sławy, którą przyniosła mu powieść  „Cierpienia młodego Wertera”, znakomita poezja ze słynną balladą „Król Olch”, „Ifigenia w Taurydzie” oraz „Elegie rzymskie” powstałe podczas niemal dwuletniej podróży po Włoszech. Tam zaprzyjaźnił się z niemieckim artystą malarzem, niemal rówieśnikiem, Johannem Heinrichem Wilhelmem Tischbeinem. To Tischbein uwiecznił Goethego w ekscentrycznym stroju i takiejż pozie na swoim płótnie w roku 1787 (obecnie najsłynniejszym) z Wezuwiuszem na horyzoncie. Czy wracając z pola bitewnego pod Valmy pisarz mógł prezentować się podobnie, czy zamienił malownicze ponczo na przyodziewek bardziej wojskowy?

     Miał też Goethe za sobą rodzaj stabilizacji emocjonalnej, po fali gwałtownych  porywów sercowych (których zresztą nie ustrzegł się także w wieku starczym). Z poznaną w roku 1788 uroczą kwiaciarką Christiane Vulpius, nie mogąc w stanie bezżennym być blisko dworu, przeniósł się do „domku myśliwskiego” przy Marienstrasse w Weimarze, gdzie pod koniec następnego roku przyszedł na świat syn August Walter, jedyne spośród kilkorga dzieci, które przeżyło. Zapewne spacerując po stromych uliczkach starego Luxemburga tęsknił do trzyletniego potomka, w małym domku. Nie wiedział jeszcze, że tuż po powrocie do Weimaru wróci do swojej rezydencji przy Frauenplatz. Nie mógł też wiedzieć, że książę generał Karol August, doceniając wierność przyjaciela podczas kampanii francuskiej w roku 1792 i następnym, odda mu ten dom na własność. I nie przypuszczał chyba Goethe, że pochodząca z gminu kobieta zostanie w roku 1806 jego żoną, a decyzję nagłą podjął w dniu bitwy pod Jeną, kiedy Francuzi napadli na jego dom, a Christiane uratowała mu życie. Romantyczny z natury, ojciec 16-latka, 57-letni Johann Wolfgang, biorąc ślub pięć dni po dramatycznych wydarzeniach, wymienił z żoną obrączki z ich wygrawerowaną datą: 14 października 1806…  Nie mógł mieć też Goethe  wyobrażenia, będąc w Luksemburgu, że przed nim jeszcze trzy dekady twórczego życia i takie dzieła jak „Lata nauki Wilhelma Meistra”, „Herman i Dorota”, publikacja części 1 „Fausta”, „Lata wędrówki Wilhelma Meistra” i dokończenie „Fausta” u kresu życia w roku 1832… Ot, takie dywagacje piszącej…

 Pojawił się w stolicy Grand Duchy 14 października 1792 roku. Nie zgadza się ta informacja z umieszczoną na tablicy datą pobytu w wynajętym pokoju w Pasażu Pałacowym, która zaczyna się od dnia 13 października. 20 września rozegrała się bitwa pod wioską Valmy, którą Goethe obserwował i opisał po latach w II części „Fausta”. Kroniki donoszą, iż Francuzi odnieśli zwycięstwo, bowiem bitne oddziały pruskie zdziesiątkowała… dyzenteria (pozbawieni dostaw żywności żołnierze zaspokajali głód niedojrzałymi winogronami z winnic). Przez region Lorraine, w ślad za wycofującymi się oddziałami, ściganymi przez Francuzów, szczęśliwie unikając konfrontacji, Goethe umykał w towarzystwie niejakiego Liseura, luksemburskiego huzara. To pisarz stwierdził, jako naoczny świadek bitwy pod Valmy, sympatyzujący z Francuzami, że „otworzy ona nową epokę w dziejach świata”.  Nie ona jednak w zapiskach wywarła na poecie największe wrażenie, a maszt wolności w Shengen, którego nie mógł nie zauważyć, kiedy, zmierzając do Weimaru przejeżdżał przez tę wioskę usytuowaną na pograniczu luksembursko-francusko-niemieckim. Maszt zwieńczony był symboliczną czapką frygijską a napis obok głosił: „Przechodniu – przechodź, ta ziemia jest wolna”. Goethe, który chętnie wypowiadał się też poprzez malarstwo, stworzył akwarelę z okolicznym pejzażem, przenosząc na papier także sam maszt wolności.

     Podczas kolejnych odwiedzin stolicy, wracamy z Adamem do Passage du Palais. Tym razem, żeby przyjrzeć się jednej z istniejących w tym miejscu restauracji o nazwie „Goethe STUFF” (co można przełożyć jako Goethe PRZYSMAKI). Trójwymiarowy szyld po obydwu stronach pasażu to właściwie autograf pisarza i pozłacany medalion z jego profilem. Kto z gości restauracji nie zagłębi się w plątaninę schodków, korytarzyków i dziedzińców, nie dowie się, dlaczego lokal nosi imię niemieckiego autora. Metalowe szyldy restauracji są widoczne też na zwietrzałej ścianie na pięterku lokalu, oraz tam, gdzie w żadnym wypadku nie należy wchodzić, a co oczywiście zrobiłam, wspinając się krętymi metalowymi schodami o zmurszałych drewnianych stopniach pod samo niebo Passage du Palais…  Ale wychodzimy wreszcie z tego, przecież uroczego zakątka, kierując się ku wąwozowi  rzeki  Alzette ze średniowieczną zabudową. Nad głowami znowu mamy kruszejący wykusz z napisem przywoływanym z dumą w miejscowym turystycznym folderze: „Mir welle bleiwe wat mir sin” – Chcemy pozostać tym czym jesteśmy”.  Za chwilę – nowe  niespodzianki.

     Z zaułka, rue Large (Wielka) prowadzi w kierunku rue Sigefroi (Zygfryda) z najstarszym kościołem św. Michała. Hrabia Sigefroi wzniósł pierwszą świątynię dla wiernych mieszkających wokół zamku. Musimy tutaj wejść, pomilczeć chwilę, by wyjść w tłum na Montee de Clausen i spojrzeć znowu na dawną zabudowę wąwozu rzeki Alzette. Teren ten zwany Grund znaczy po prostu – ziemia. Kilka budowli, w tym kościół św. Jana zachowało swój stan sprzed XVIII wieku. Tak je widział, i podziwiał, poeta z Weimaru. Ale jeszcze tu, po przeciwnej stronie kościoła św. Michała zwraca uwagę ponad dwumetrowa nieregularna skała. Ludzi tu mnóstwo, zresztą jak wszędzie w starym centrum, gdzie nie ma mowy o zdobyciu miejsca w kawiarence na powietrzu. Spokój, pogodny nastrój, żadnych rozmów o polityce czy wojnie na Ukrainie. Języka polskiego nie słychać. Lody, aperitif, przebieranie w ręcznie robionej biżuterii, fotografie, uściski…To nieco dalej. Tutaj – skała. Niektórzy zatrzymują się, żeby spojrzeć na medalion z grafitowym profilem Goethego. Na odwrotnej stronie można przeczytać tekst w języku niemieckim na metalowej płycie. Niezawodny Michał Bukowski przetłumaczy niebawem inskrypcję na język polski:

Skalny pomnik z tekstem Goethego, opiewającym Luksemburg. Fot. K. Konecka

Jest tu tak wiele wielkości połączonej z wdziękiem, tak wiele powagi z pięknem, że aż chciałoby się, żeby Poussin swój wspaniały talent w takich właśnie przestrzeniach był wykorzystał.

     Goethe o Luxemburgu, Kampania  we Francji,

     15.10.1792

(przekład Michał Bukowski, Wiedeń)

     To druga, ważniejsza forma upamiętnienia wizyty w Luksemburgu Johanna Wolfganga von Goethego, który najwyraźniej zachwycił się urodą stolicy Wielkiego Księstwa. Pomnik też ma swoje lata. Został uroczyście odsłonięty w roku 1935 dzięki staraniom miejscowego stowarzyszenia studentów „Assos”. Autorem dzieła był luksemburski rzeźbiarz Albert Kratzeuberg.

     W Luksemburgu można znaleźć, oczywiście, miejsca upamiętniające innych znanych obcokrajowców, którzy bywali w Wielkim Księstwie lub zasłużyli się dla jego rozwoju, jak francuski polityk Robert Schuman (1886-1963), nazywany ojcem Unii Europejskiej, Rady Europy i NATO. Tablica zdobiąca dom, gdzie mieszkał, informuje, że był on honorowym obywatelem miasta. Jak Sebastien Le Prestre de Vauban, wojskowy inżynier w służbie króla Francji, Ludwika XIV, konstruktor umocnień. Dotąd mocno trzymają się luksemburskiej fortecy nad Alzette i rzeką Petrusse zmyślne przejścia, wykonane według jego koncepcji. Zachowano pamięć o kilkakrotnych pobytach w Vianden, przy granicy niemieckiej, francuskiego pisarza Victora Hugo. Takim niezapomnianym obcokrajowcem pozostał Ernest Hemingway. Pamiątkowy kamień w Rodenbourg przypomina, że amerykański pisarz był na tej ziemi, kiedy miało się już ku końcowi II wojny światowej. W styczniu 1945 r. podczas bitwy w Ardenach wysyłał artykuły do pisma „Time & Life” opisujące walki Amerykanów z hitlerowcami wokół Echternach, Lauternborn czy Berdorf.

     Swoją drogą, jeden z takich malowniczych batalistycznych pejzaży mieliśmy okazję oglądać codziennie, pomieszkując na uroczym poddaszu u Denise i Kaia Svena w Mertert, miejscowości położonej na wzniesieniach tuż nad graniczną rzeką Mozelą. Po drugiej stronie, na zalesionym wzgórzu, jedno tylko miejsce jest odsłonięte: podłużne skalne bunkry ze strzelnicami. Stąd hitlerowcy atakowali żołnierzy amerykańskich jeszcze po zakończeniu działań wojennych. Zapamiętam na długo piękno tych skał zmieniających barwy o różnych porach dnia. A także – wyprawy z tej przytulnej miejscowości: pieszo na północ do sąsiedniej Wasserbillig oraz – na południe do stolicy pociągami, które, jak cała komunikacja zbiorowa w Luxemburgu, od czasów pandemii są darmowe, także dla obcokrajowców.

     Nie udało się natomiast ustalić, czy istnieje jakiś znak pamięci z napisem, że w luksemburskim klasztorze Saint Maurice de Clairvaux przebywał w latach 20. XX wieku pewien Islandczyk – Halldór Kiljan Laxness. Urodzony jako protestant, zbuntowany młodzieniec przeszedł na katolicyzm, i znalazł na krótko miejsce odosobnienia właśnie w Wielkim Księstwie. Życie monastyczne okazało się jednak zbyt trudne, Laxness zajął się podróżami i twórczością literacką, która przyniosła autorowi „Niezależnych” i trylogii historycznej „Dzwon Islandii” nagrodę Nobla jako pierwszemu, i jedynemu, jak dotąd Islandczykowi…

     Jest trochę tych śladów pamięci… Dla mnie najważniejsze pozostaną te odkryte ostatnio: poświęcone postaci Johanna Wolfganga von Goethe…

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko