Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
125

Literacki róg obfitości Carlosa Fuentesa

Deja vu z dawnych lat, z dawnych lektur literatury iberoamerykańskiej. Już nie ten dreszcz jak w czasach młodzieńczych, debiutanckich lektur, ale znów ta wspaniała literacka logorea, strumień świadomości, jak litania loretańska, jak nurt Amazonki, jak narracyjna lawina bez szczelin, brawurowe, malownicze zdania, z których każde jest mikroświatem, róg literackiej obfitości. Co godne odnotowania – „Kraina najczystszego powietrza” Carlosa  Fuentesa, to debiut powieściowy tego pisarza opublikowany w 1954 roku. Cóż za wczesna dojrzałość literacka. Do tego ten debiut okazał się czymś nawet więcej niż jednym ze szczytowych osiągnięć literatury – okazał się uwerturą, dał początek zjawisku boomu prozy hispanoamerykańskiej, którą sam Fuentes nazwał „nową powieścią hispanoamerykańską”. Wyrosła ona na żyznej, acz tradycyjnej glebie narodowej literatury meksykańskiej. „Kraina najczystszego powietrza, to „niesamowity fresk rozpisany na chór postaci, których losy układają się w wielobarwną i głęboką opowieść o mieście, świecie, historii i człowieku – napisał w posłowiu Tomasz Pindel. Jest to powieść o okrutnym mieście Meksyk, o mieście pojmowanym jako kumulacja historii, jej synteza i streszczenie. Krytyk José Emilio Pacheco zdefiniował powieść Fuentesa jako jednocześnie powieść: „realistyczną, historyczną, idei, poetycką, biograficzną, ezoteryczną, satyryczną, hybrydyczną, eksperymentalną, jako „triumfalną epopeję porażki i upokorzenia”. To powieść totalna, kompozycyjny majstersztyk, podróż przez gąszcz zdarzeń, scen i obrazów, przez piekło i labirynt, powieść arcymeksykańska i jednocześnie uniwersalna, niesamowicie energetyczna, jakby zbudowana na wulkanie, wielopoziomowa. To wszystko, całe to bogactwo hiszpańszczyzny Fuentesa, Teresa Marzyńska przełożyła na polszczyznę kongenialnie, to się czuje przez skórę, nawet tylko bardzo naskórkowo znając język hiszpański. Wielka, monumentalna feeria literacka, gigantyczny gejzer, jakich współczesna literatura już nie tworzy. Wielka, po wielokroć wielka literatura. Dawno nie doznałem takich mocnych czytelniczych wrażeń, być może po raz pierwszy od czasu lektury „Stu lat samotności” Marqueza czy prozy Alejo Carpentiera.

Carlos Fuentes – „Kraina najczystszego powietrza”, przełożyła Terasa Marzyńska, posłowie Tomasz Pindel, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 549, ISBN 978-83-06-03458-5

„Przekrój” – salon inteligencji pracującej PRL

Mam z „Przekrojem” wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Co tydzień jego kolejny egzemplarz pojawiał się w moim domu rodzinnym. Nie studiowałem go rzecz jasna ani uważnie, ani ze zrozumieniem, ale krateczkowe minikomiksy na ostatniej stronie, z profesorem Filutkiem i jego pieskiem nie tylko oglądałem ale także wycinałem i zbierałem, a psa Fafika, „Przez okulary Sławomira Mrożka” czy opowiastki Ludwika Jerzego Kerna zapamiętałem z tytułów, podobnie jak jednookie, nieco niesamowite głowy z rysunków Daniela Mroza. Zapamiętałem też charakterystyczne, niedoskonale rozprowadzone barwy „przekrojowych” fotografii, z dzisiejszego punktu widzenia słabych technicznie, ale emanujących przez to specyficznym urokiem. Słynnym fotografiom „kociaków” pomieszczanych na okładce nie ujmowało to uroku.

Lata temu przeczytałem „Życie w „Przekroju”, opowieść o legendarnym tygodniku autorstwa Andrzeja Klominka, jednego z redaktorów pisma, które przez kilka dziesięcioleci PRL wpływało na kształtowanie estetyki i poglądów sporej części społeczeństwa, tej którą można by określić jako aspirującą do  pozycji „socjalistycznej klasy średniej” lub w jakimś ograniczonym wymiarze i niewielkiej liczbie ją tworzącą. Jednak punkt widzenia  Klominka był subiektywny, jednostkowy i wewnątrzredakcyjny.  W wydanej nakładem „Iskier” opowieści „Marian Eile. Poczciwy cynik z „Przekroju”, Maciej Urbanek napisał o piśmie i o jego twórcy opowieść mającą cechy monografii. O „Przekroju”, jego historii i roli jaką odegrał w popularnej kulturze i prasie polskiej napisano już wiele artykułów (spora ich część została wymieniona w dołączonej do książki bibliografii, która ułatwia poszerzenie wiedzy o zjawisku, jakim był „Przekrój”). Pismo Eilego przybliżało czytelnikom tematykę, która była deficytowa w oficjalnej prasie. Jako jedyny bezpartyjny redaktor naczelny pisma koncernu RSW „Prasa” Eile pokazywał czytelnikom m.in. malarstwo Pabla Picassa, Salvadora Dali i innych abstrakcjonistów, prozę Franza Kafki,  muzykę jazzową, czarny humor rysunków Rolanda Topora, purnonsens wypowiedzi psa Fafika, porady savoir-vivre’owe „Jana Kamyczka” czy przygody poczciwego profesora Filutka i jego pieska rysowane przez Zbigniewa Lengrena, kapitalne rysunki o niezwykłej kresce Daniela Mroza czy racjonalistyczne powiastki „Przez okulary Sławomira Mrożka”,  a także zwięzłe recenzje teatralne i filmowe oraz n.p. reportaże z Hollywood. Był to rodzaj estetyki, formy i myślenia, który bardzo odbiegał od  siermiężnego realizmu generalnie dominującego w literaturze i sztuce dostępnej w PRL (choć nie bez przestrzeni wyjątków). W warstwie dominującej, odnoszącej się do postaci Mariana Eile autor opowieści odwołuje się do jego przedwojennego rodowodu dziennikarskiego, związanego z „Wiadomościami Literackimi” Mieczysława Grydzewskiego, opisuje okupacyjne i powojenne perypetie życiowe Eilego, jego politykę redakcyjną, grę z władzą, SB i cenzurą. Z dołączonego do książki wywiadu z krakowskim działaczem lewicy i wydawcą Andrzejem Kurzem wynika, że swoje trwanie „Przekrój” zawdzięcza opiece premiera Józefa Cyrankiewicza, który wykorzystywał swoje wpływy by uchronić pismo, które odpowiadało jego gustom i kulturowym przeświadczeniom. Piękna opowieść z pradziejów polskiej prasy, okazja do sentymentalnego powrotu do rzeczywistości dziś już zasnutej grubym woalem czarującego anachronizmu.  

Mariusz Urbanek – „Marian Eile. Poczciwy cynik z „Przekroju”, „Iskry”, Warszawa 2023, str. 408, ISBN 978-83-244-1153-5

Bułhakow – fatalne jaja i Molier

Największym dziełem Michaiła Bułhakowa jest oczywiście „Mistrz i Małgorzata”, powieść obszerna i kultowa, choć wydaje się, że pisarz ten był nade wszystko mistrzem krótkiej formy opowiadania czy noweli. Jego trzy inne, tym razem niewielkie powieści, to „Psie serce”, „Fatalne jaja”, „Diaboliada. Powieść o tym, jak bliźniacy zgubili referenta” oraz „Życie pana Moliera”. „Fatalne jaja” to dystopijna satyra na światopogląd naukowy, fantasmagoria jakby rodem z Lema lub innych autorów fantastyki naukowej, tyle że sparodiowanych. Ze swoim absurdalnym humorem i rozmachem, uderzają swoją dynamiką, z brawurowym błazeństwem, kalejdoskopową narracją mieści się ona w ramach bułhakowowskiej stylistyki i wyobraźni.

Z kolei „Życie pana Moliera” odbiega od klasycznych cech prozy Bułhakowa, jako rodzaj biograficznej opowieści o Molierze, niemal wyzbytej bułhakowskiego, charakterystycznego humoru. Wynikało to zapewne z tego, że Molier był pisarzem bardzo bliskim Bułhakowowi, odczuwał z nim pokrewieństwo artystycznie w aspekcie satyrycznego, prześmiewczego, sarkastycznego spojrzenia na świat, ale także w wymiarze jego relacji z władzą polityczną. W losie Moliera, poddanego presji życia w absolutystycznej, katolickiej monarchii Ludwika XIV widział pewne podobieństwo do swojego losu w reżimie radzieckim, co zresztą potwierdza choćby fakt, że opowieść o Molierze dotarła do czytelników dopiero 22 lata po śmierci pisarza. „W „Życiu pana Moliera” Michaił Bułhakow przedstawia pełną upokorzeń i rozczarowań egzystencję twórcy, którego współcześni nie doceniają, gdyż swym geniuszem przerasta otoczenie o całe epoki, a jego losy zależą od kaprysu tyrana (…)”

Michaił Bułhakow – „Fatalne jaja. Diaboliada”, przekład Edmund Jezierski, Wydawnictwo MG, str. 153, Warszawa 2021, ISBN 978-83-7779-626-9

Michaił Bułhakow – „Życie pana Moliera”, przekład Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski, Wydawnictwo MG, Warszawa 2021, str. 222, ISBN 978-83-7779-666-5

Dla mnie: Sopot

„Sopoty” Tomasza Słomczyńskiego wydane przez wydawnictwo Czarne to ani przewodnik po Sopocie ani jego historia, lecz rodzaj subiektywnej opowieści o mieście współczesnym, autorstwa gdańszczanina-sopocianina z elementami reportażu i historycznymi wstawkami. Spędziłem w Sopocie szereg wakacji, a pierwsze w 1971 roku, z kuzynami,  w wynajętym pokoju przy placu Rybaków i pamiętam poranne wędrówki na plażę w upalne poranki, wielogodzinne leżenie na rozgrzanym piasku lub na kocu, przetykane częstymi kąpielami w wodzie mało falistej, jak to w zatoce, za to cieplejszej niż poza zatoką, spożywanie przygotowanych kanapek zagryzanych ogórkami i pomidorami, popołudniowe obiady w prywatnej jadłodajni, wieczorne spacery po Monte Cassino z obowiązkowymi lodami „u Włocha”. Kilka lat później kilka pobytów w Sopocie w gronie szkolnych kolegów, przedpołudniowe i wczesnopopołudniowe plażowanie, wieczorne wałęsanie się po Monciaku, picie wódki na kwaterze prywatne i conocne dyskoteki w Non Stopie, Marago, czy, z rzadka, w Kamiennym Potoku wieńczone wczesnoporannymi powrotami z baczeniem, by nie zostać „wyhaczonym” przez Milicję Obywatelską, która urządzała polowania na wychodzącą z dyskotek zawianą młodzież czyli takich jak my.  Niektóre pobyty zbiegły sę z festiwalami piosenki w Operze Leśnej, n.p. w 1979 roku, kiedy gwiazdą był Demis Russos. Stąd porównywanie Sopotu do San Remo (też morze, plaża i festiwal piosenki). Nie interesowałem się wtedy historią czy kulturą Sopotu nawet w najmniejszym stopniu, do mojej świadomości nie docierał nawet niemiecki kształt architektoniczny Sopotu. Słomczyński ten Sopot historyczny ciekawie przybliża, ten dawny lakonicznie, za to dość drobiazgowo Sopot powojenny, naznaczony walką polityczną i to także tą zbrojną. Jako dla sopocianina, dla autora najciekawszy jest nie oblegany przez turystów Monciak, molo czy teren spacerowy wokół Grand Hotelu, ale boczne uliczki, domy z werandami, bloki i blokowiska, okoliczne ośrodki sportowe i wypoczynkowe, wzgórza i lasy. Tam zachowały się ślady dawnego życia, niemieckiego, polskiego, kaszubskiego, żydowskiego. Książkę Słomczyńskiego wypełnia nie „wylaszczony”, kurortowy, snobistyczny Sopot kawiarń, restauracji i klubów (choćby SPATiF), Sopot także celebrytów, na których można się natknąć na Monciaku, lecz Sopot codzienności, lokalności, Sopot zwyczajny, handlowy, sklepowy, szkolny, sąsiedzki, łobuzerski, tak inny zarówno od sąsiadującej z nim Gdyni, jak i Gdańska. Każdy kto lubi Sopot obecny lub ma z nim związane sentymentalne, wakacyjne wspomnienia powinien po „Sopoty” Słomczyńskiego koniecznie sięgnąć.

Tomasz Słomczyński – „Sopoty”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, str. 382, ISBN 978-83-8191-654-7

Historia KSAP

Historia powstania i funkcjonowania Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (tzw. KSAP) nie jest lekturą „do poduszki” i przeznaczoną do czytelniczej przyjemności, ale pouczającym wykładem o działaniu instytucji publicznych, niezbędnych dla działania demokratycznego państwa. Książka Marii Gintowt-Jankowicz jest też analizą wydarzeń towarzyszących budowie państwowości polskiej. Są także nawiązania do podobnych tradycji w polskiej historii jak n.p. do szkoły Rycerskiej Collegium Nobilium.

Maria Gintowt-Jakowicz – „Apolityczność stosowana. Moje lata ze służbą cywilną”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 416, ISBN 978-83-8196-569-9

Polityka i kryminały

Zanim przystąpiłem do lektury wydanego przez „Bookplan” „Nowego Państwa” Krzysztofa Gawkowskiego, wiceprzewodniczącego Nowej Lewicy i szefa jej klubu poselskiego, swoim zwyczajem ustaliłem „współrzędne” książki, wykonałem wstępny „rekonesans” po jej zawartości i od razu czegoś się nowego o autorze dowiedziałem. Po pierwsze, że ma już na koncie autorstwo kilku książek (m.in. „Cyberkolonializmu”(2018), w tym trzech powieści kryminalnych: „Piętna prawdy” (2010), „Cienia przeszłości” (2018) i „Odnowy” (2021). Coś z ich promocją było chyba nie w porządku, bo choć w miarę uważnie, na ile to możliwe, śledzę rynek książki, ani razu o nich niczego nie przeczytałem. I podczas tego „rekonesansu”  uderzyło mnie pierwsze zdanie pierwszej, po wstępie, części książki („W pułapce neoliberalizmu”):  „Doskonale pamiętam 4 czerwca 1989 roku. Tamte nadzieje i entuzjazm, tę wiarę, że wreszcie przychodzi coś nowego i dobrego, że Polska nareszcie się zmieni”. Rzuciłem okiem na skrzydełko egzemplarza, z krótką notką o autorze, ale daty urodzenia w niej nie ma. Sprawdziłem w internecie. Urodził się w kwietniu 1980 roku czyli w czerwcu 1989 miał 9 lat. Nic, tylko pogratulować pamięci, bystrości umysłu i chłonności chłopcu w wieku wczesnoszkolnym. Nic dziwnego, że został ważnym politykiem, ma na koncie doktorat nauk humanistycznych i autorstwo kilku książek. Ja pamiętam marzec 1968 z perspektywy 11-latka, ale żadnych podobnie dojrzałych emocji nie przeżywałem. W 1989 roku miałem już 32 lata, a gdy  Gawkowski przyszedł na świat, byłem na trzecim roku studiów. Mimo to jego uwagi o 4 czerwca 1989 wywołały we mnie reminiscencje z tamtego czasu. Zagłosowałem wtedy na kandydatów „solidarnościowych”, ale po tym co nastąpiło po uformowaniu we wrześniu 1989 roku tzw. rządu „solidarnościowego”, zwanego na ogół „pierwszym niekomunistycznym rządem polskim” po demontażu PRL, a który w rzeczywistości okazał się rządem neoliberałów, już nigdy później nie głosowałem na tę formację. W 1991 roku zagłosowałem na Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej, a później już konsekwentnie na Sojusz Lewicy Demokratycznej i kolejne organizacyjne mutacje lewicy. W rozdziale „W pułapce neoliberalizmu” Gawkowski dokonał rekapitulacji głównych procesów jakie nastąpiły w Polsce po przełomie 1989 roku. Kolejno w sferach: gospodarki (gdzie miała miejsce barbarzyńska, nie licząca się z ludźmi transformacja  w ramach planu Balcerowicza, szczególnie okrutna wobec PGR-owskiej wsi), a także w ramach ideologii, zasobów ludzkich oraz w historii, w tym w zakresie roli ludzi tzw. formacji solidarnościowej. „Liberałowie podzielili nas nie tylko, jeśli chodzi o ilość złotówek w portfelu. Narzucili nam też swoją wiarę. I przez długie lata poddawali nas indoktrynacji – za pośrednictwem gazet, telewizji i kształtowanej pod ich dyktando debaty publicznej. Jednym z dogmatów tej wiary było to, że w Polsce nastąpił koniec historii.  Że to właśnie im się należy władza i pozycja, a każdy kto się z nimi i nie zgadza, jest albo reliktem dawnego ustroju, albo osobą nierozumną. I że nic w tym względzie już nigdy nie ma prawa się zmienić”. Dobrze to Gawkowski ujął, a potwierdzam to jako przeszło już wtedy trzydziestoletni człowiek, którego zewsząd otaczali ludzie o tak sformatowanych poglądach, istne klony „Gazety Wyborczej”, która naówczas była koroną tego środowiska i codziennie wyznaczała azymut myślenia osób tego pokroju. I to właśnie oni po latach, swoją krańcowo egoistyczną, darwinowską ideologią społeczną wyhodowali „jajo węża” czyli PiS i zwalili je nam na kark. A równocześnie, choć sami często byli agnostykami i sceptykami religijnymi, wydali społeczeństwo na pastwę Kościoła katolickiego i otworzyli wrota jego agresywnej inwazji w życie publiczne, jego arogancji i jego materialnej chciwości. To wtedy, gdy Adam Michnik pisał na łamach swojej gazety uduchowione i patetyczne eseje, jeden z ich wiodących wtedy publicystów, Lech Mażewski nazywał politykę „handlem rybami” i wzywał do zaoferowania Kościołowi zakazu aborcji w zamian za poparcie” dla ich darwinistycznej polityki gospodarczej i społecznej”. W podrozdziale o „Historii”, w rozważaniach  zakreślonych ramami dat 1918-2023, upomina się Gawkowski m.in. o uczciwą ocenę PRL i jej lewicowego rodowodu, o zakłamywaniu historii. Zarysowuje też główne wektory obecnej sceny politycznej. W rozdziale „W zaklętym kręgu kryzysów” przywołuje m.in. czas pandemii covid-19, zapaść w ochronie zdrowia i edukacji, wojnę na Ukrainie i kwestię obronności. W części „Stawiając na wolność” spuentowanej cytatem z  Robespierre’a („Sekret wolności polega na kształceniu ludzi, podczas gdy tajemnica tyranii polega na utrzymywaniu ich w ignorancji”) przypomina Gawkowski, że polska współczesna wolność limitowana jest przez ideologiczne uroszczenia prawicy i klerykalne uroszczenia Kościoła katolickiego, co wyraża się m.in. w radykalnym ograniczeniu praw kobiet oraz osób LGBT. Upomina się też o realny rozdział Kościoła od Państwa i – z innej beczki – o legalizację medycznej marihuany. W części „Europejska rodzina” jednoznacznie stawia na przynależność Polski do Unii Europejskiej, która bardzo przyczyniła się do wydobycia Polski z zacofania i piętnuje postawy PiS, Andrzeja Dudy i innych, którzy ciągle podkopują sens przynależności Polski do tej twórczej, choć nie pozbawionej słabości wspólnoty. Upomina się też o ekologiczny kurs Polski, europejską solidarność energetyczną a także o Europejską Kartę Praw Kobiet oraz o prawa zwierząt. W części ostatniej („Idzie przyszłość, będą zmiany”) widzi potrzebę poprawienia sprawności administracji państwa, jego wielosektorowość, deglomerację oraz postuluje „Cyfrowe państwo”. Puentując swoje rozważania podkreśla, że „wybór jest zerojedynkowy: albo Polska zostanie w tym miejscu, w którym jest, jako peryferie zachodniej Europy, jako pas oddzielający Rosję od Niemiec i rezerwuar taniej siły roboczej, albo coś zmienimy”. Postuluje też rozpoczęcie powyborczych zmian od „likwidacji patologii państwa stworzonego przez PiS, zmiany podatkowe, uchwalenie ustaw nadających państwu prawdziwie świecki charakter oraz racjonalne państwo opiekuńcze („redystrybucja – tak, rozdawnictwo – nie”). „Gdy piszę o zmianie, którą trzeba w Polsce przeprowadzić, nie mogę zapomnieć o konieczności oczyszczenia dotychczasowej atmosfery dławiącej życie publiczne”. Widzi wiele przyczyn tego stanu rzeczy, a między innymi tę, że „polska polityka jest prowadzona przez tych samych ludzi od 20-30 lat. Oni toczą ze sobą te same bitwy, ich horyzont zatrzymał się w latach 90. ubiegłego stulecia. I wciągają w to wszystko cały kraj. To musi się zmienić. Trzeba dokonać wielkiej pokoleniowej zmiany. Po Polsce Ludowej, po Polsce solidarnościowej przychodzi czas na Polskę XXI wieku, Polskę kolejnych pokoleń, dla których tamte dylematy są historią. (…) Czas na nowe państwo”

Książkę wieńczy bibliografia ważnych dla Gawkowskiego książek. To sensowny ruch, w kontrze do powszechnego przekonania, że politycy nie czytają, co unieruchamia ich w prowincjonalizmie myślenia. A jeśli ktoś zada rytualne pytanie o program wyborczy Nowej Lewicy, należy go odesłać do „Nowego Państwa” Krzysztofa Gawkowskiego. On tam jest.

Krzysztof Gawkowski – „Nowe Państwo”, wyd. Bookplan, Łódź 2023, str. 311, ISBN 978-83-960681-2-5

Wygasa działanie religiolu

W ostatnią niedzielę maja zatrzymałem się przy bazylice w mazowieckiej Kobyłce, żeby obejrzeć sławny, odnotowywany w syntezach historii sztuki, wybujały barok wnętrza tej świątyni. Były Zielone Świątki i odświętnie odstrzelony tłum na mszy, wewnątrz i przed kościołem, pomnożony przez biało przystrojonych „komunistów”, czyli dzieci (głównie dziewczynki) po pierwszej Komunii Świętej. Gdyby z tego obrazka wnioskować o kondycji Kościoła katolickiego w Polsce, można by powiedzieć, że kwitnie jak za dawnych lat. Tak się jednak składa, że nazajutrz przeczytałem wydane przez krakowskie Wydawnictwo Literackie „Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła” Tomasza Terlikowskiego.

Na stronie 118 natrafiłem na taki oto passus: „Strumień, a może lepiej powiedzieć potok laicyzacji długo płynący pod ziemią, wybił z całą mocą podczas protestów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Ów „antyklerykalny karnawał” ujawnił wiele prawdy o naszym społeczeństwie. Chodzi nie tylko o dość oczywisty i znany od dawna fakt, że jesteśmy jednym z najbardziej antyklerykalnych społeczeństw Europy, ale także o coś o wiele bardziej istotnego. Otóż zerwana została transmisja wiary. I to nie w pewnej grupie, ale w całym społeczeństwie. Nasze dzieci, grupowo, niezależnie od tego, w co wierzymy lub w co nie wierzymy my sami, utraciły wiarę. Katecheci już dawno mówili o tym, że w liceach na lekcje religii uczęszcza garstka, a bardziej przytomni księża ostrzegali, że sakramentem pożegnania z Kościołem nie jest już bierzmowanie, ale Pierwsza Komunia Święta. Teraz zobaczyliśmy to na własne oczy. Na protesty (…) nieodmiennie deklarując niechęć do Kościoła, pognała większość uczennic liceów. Jednostki zostały w domu albo zdecydowały się na jawny sprzeciw. Studentki (i studenci zresztą też) zachowały się podobnie, a na kierunkach humanistycznych czy społecznych sprzeciw wobec protestów graniczył z heroizmem. Dlaczego tak się stało? Istnieją liczne powody obiektywne. Polska weszła na drogę szybkiego rozwoju, staje się (…) społeczeństwem dostatnim, konsumpcyjnym i otwartym na globalną popkulturę. W całej Europie oznaczało to zawsze przyspieszoną laicyzację i wszystko wskazuje na to, że Polska także weszła na tę drogę. Jest też cała grupa przyczyn, które można uznać za efekt błędów i zaniedbań. Najprościej (…) przypisać to brakowi  strategii duszpasterskiej koniecznej do ewangelizacji pokoleń, dla których głównym narzędziem komunikacji nie jest już ani słowo pisane, ani telewizja, ale internet, ze wszystkimi tego skutkami dla myślenia i odczuwania” – brzmi może nieco przydługi cytat z rozpaczliwej tyrady Tomasza Terlikowskiego. Jeszcze kilkanaście czy nawet kilka lat temu ten radykalny publicysta katolicki epatował w mediach, z ogniem w oczach, swoim katolickim fundamentalizmem. Zanim Terlikowski wykrzyczał swój ból, oddał się sentymentalnym wspomnieniom z czasów prosperity Kościoła katolickiego w Polsce, począwszy od lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, czasów kardynała-prymasa Stefana Wyszyńskiego, aż po pierwsze „rysy na fasadzie”, które zaczynały się pojawiać często dość niepostrzeżenie, a coraz wyraźniej od pierwszej dekady. 

„Katolickie imaginarium umarło” – to zdanie brzmi jak najlepsza puenta jego wywodu. Nie tylko Terlikowski widzi co się dzieje. Przytacza on treść listu skierowanego do wiernych przez grono księży: „Kończy się czas Kościoła – przynajmniej w Polsce – do którego się przyzwyczailiśmy, w którym zadomowiliśmy się na dobre”. Tu pojawia się bogata litania katolickich rytuałów, odbywających się w ramach roku liturgicznego, od bożonarodzeniowej szopki, jasełek, figurki Dzieciątka Jezus poprzez święcenie tornistrów w szkołach, po odpusty, chrzty, procesje i rocznice narodowe. „I nagle wszystko prysło… Nie ma rekolekcji, kolędy, jasełek, opłatków katechez, wyjazdów wakacyjnych z młodzieżą. Opustoszały kościoły, owce zniknęły lub zaszyły się w swoich domach. Co teraz będzie? Tęsknimy za wami, wasi księża”. Wśród innych przyczyn „wygasania” tradycyjnego Kościoła wymienia Terlikowski ukształtowanie się nowego modelu rodziny, „niechciany dar wolności”, który zwalił się Kościołowi na głowę, bo choć opowiadał się on za wolnością, ale „prawdziwą” (jak prawdziwy Polak), a także „niechciane owoce katechezy”, czyli efekt w postaci nadania nauce religii w szkole charakteru nudnego i utrapionego przekazu oficjalnej doktryny państwowej, co w końcu zniechęciło do niej adresatów, czyli większość szkolnej młodzieży. Najnowszą konsekwencją tych procesów stało się „odjaniepawlenie” świadomości młodego pokolenia, dla którego główny idol KK w Polsce stał się internetową „rzułtą mordą”, bohaterem kpiarskich memów. W końcowym rozdziale „Wygasania” („nie przemogą”) Terlikowski wyraża co prawda nadzieję na odrodzenie się znaczenia Kościoła, ale to raczej rodzaj oficjalnego optymizmu wbrew faktom i przez łzy.

Zaraz po „Wygasaniu” sięgnąłem po zgoła inną książkę, napisaną z kompletnie przeciwnej pozycji światopoglądowej, po (wydanego przez katowicki STAPIS) „Religiola” Richarda Dawkinsa , być może najgłośniejszego ateisty współczesności. Dawkins nie rozpoczyna od nostalgicznych wspomnień z czasów świetności, ani od okrzyków rozpaczy zawiedzionej nadziei, lecz od okrutnie brzmiącej frazy: „Religiol jest silnym narkotykiem oddziaływującym bezpośrednio na ośrodkowy układ nerwowy. Nawet w niewielkich dawkach wywoływać może poważne zaburzenia zachowania, mające często charakter socjopatyczny lub autodestrukcyjny”. Zdefiniowawszy religiol, Dawkins stawia pytanie: „Jaki jest pożytek z religii?” i odpowiada: „Tym, co w religii zdumiewa mnie najbardziej, jest jej marnotrawstwo, jej ekstrawagancka, barokowa bezużyteczność. Przyroda jest skąpym księgowym, żałującym grosza, karzącym za najmniejszą rozrzutność. (…) Przyrody nie stać na frywolne zabawy. Króluje w niej bezwzględny utylitaryzm”. (…) Religijne zachowania zajmują człowiekowatym dużo czasu i pochłaniają olbrzymie zasoby energii. (…) Dlaczego właściwie modlimy się i oddajemy praktykom, które pochłaniają tyle naszego czasu i pieniędzy? Do czego ludziom potrzebna jest religia?” Próbom odpowiedzi na tak postawione pytania poświęcone są pozostałe eseje „o rozumie i nierozumie” składające się na „Religiola”, w tym „fenomenowi Boga urojonego”, „nieprawdopodobieństwu (istnienia?) Boga”, nauce Darwina o ewolucji, absurdom i szaleństwom uprawianym przez amerykańskich kreacjonistów i fanatycznych prolajferów, wykorzystywaniu dzieci przez religię, „teologii tsunami”, religii Einsteina. Przypomina się też przy okazji słynna, odnosząca się głównie do fenomenu religii, formuła Wilhelma Ockhama: „Entia non sunt multiplicanda praeter necessitum” („Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę”) i formuła Karola Marksa o „religii – opium ludu”. Tym, którzy mimo wszystko wierzą w Boga, można podsunąć oświadczenie Friedricha Nietzschego z 1881 roku, że „Bóg umarł”. Niechętnym religii w sposób hardcorowy może przysłużyć się formuła o chrześcijaństwie i katolicyzmie jako o religii makabryczno-ludożerczej, w której lud boży pije krew i żre ciało swojego Boga.

Tomasz Terlikowski – „Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła”, Wydawnictwo Literackie Kraków 2023, str. 308, ISBN 978-83-08-08086-3

Richard Dawkins – „Religiol i inne eseje o rozumie i nierozumie”, przełożyli : Małgorzata Koraszewska, Andrzej Dominiczak, Dariusz Jamrozowicz, wybór i opracowanie Andrzej Dominiczak, Wydawnictwo STAPIS, Katowice 2023, str. 154, ISBN 978-83-7967-266-0

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko