Julia Rybicka – Znaki są wśród nas

0
443
Autor zdjęcia: Beata Rybicka

Czy zwykły spacer ,pierwszą lepszą ulicą miasta, może stanowić przyczynek do sięgnięcia po makabryczną księgę, zwiastującą koniec świata doczesnego? W mizantropijnej czaszce potrafią zrodzić się cierpkie i zarazem słone spostrzeżenia o marności rodzaju ludzkiego, który podobny do pełznącego robaka zawsze musi zostawiać po sobie lepki, cuchnący śluz własnej egzystencji.

             Z każdym małym krokiem twoje źrenice są atakowane tęsknotą przestrzeni za utraconą dziewiczością, którą to teraz wypełnia blask, neonowych banerów z nachalnie, brzmiącymi hasłami. Dosyć! Nie chodzi o to, jak usłyszeć śpiew słowika w gwarze powtarzających się idiotyzmów tylko, jak usłyszeć swoje własne myśli. Dopada cię mimowolna melancholia i przytłumienie. To znak, że dusza zaczyna płowieć. Zakładasz słuchawki w desperackiej próbie ratowania swoich kolorów. Idziesz przed siebie. Im dalej tym gorzej.

            Nagle zauważasz, że coś szeleści pod twoimi stopami. To nie jesienne liście, lecz pożółkłe strony książki. Podnosisz zwilgotniałe resztki papieru, usiłując odczytać, kto jest autorem dzieła, ale zabrudzenia są tak rozległe, że właściwie może to być zwykły harlequin. Naturalnie dopadają cię wątpliwości, wgryzają się w twoje myślenie, jak parszywe pchły na tułowiu bezdomnego kota. W końcu chowasz egzemplarz do kieszeni płaszcza. Nie wiesz, dlaczego. Bo tak. Bo książka to relikt chwalebnej intelektualnie przeszłości. Należy jej się odpowiedni szacunek. Poniekąd dochodzisz do wniosku, że jeśli od wielu dni widziała jedynie podeszwę buta, to nie może przedstawiać sobą wartości, która jest obecnie pożądana na rynku, a więc musi to być wielkie dzieło.

            W zasadzie jesteś podobny do Dantego, który przemierza kolejne kręgi piekła, chociaż brakuje ci mądrego przewodnika, bo ten wydłubał sobie oczy i wskoczył pod jadący tramwaj. Co widzisz? Na razie pewnie nic, ale już za chwilę pewien dzieciak uderzy cię ramieniem. Obejrzysz się, ale on nie. Zauważysz jedynie, że cię nie zauważył, ponieważ zaczarował go jakiś internetowy bożek z wstawionymi zębami za milion dolarów. Pomyśleć, że w istotach ludzkich tkwi pierwotna potrzebna oddawania czci, to za mało. W istotach ludzkich tkwi potrzeba oddawania czci bylejakości, którą uznajemy za wartą naszego czasu. Strąciliśmy bogów z Parnasu tylko po to, by w atawistycznym odruchu na ich miejsce, wprowadzić śmiertelne pokraki w koronach zdobiących wyjedzone mózgowie. Piękne ukoronowanie niecnoty. Kochanowski zaiste miast pisać o Urszulce, rychło dołączyłby do niej, gdyby to, co jest zarazą naszych czasów, było i jego doświadczeniem.

            Cóż, kontynuujesz podróż. Zatrzymuje cię ostrzegawcza, czerwona barwa. Obok ciebie stoi dziewczyna. Nigdy byś nie zwrócił na nią uwagi. Nigdy. Gdyby nie wydęte, jak różowe pośladki pawiana usta, z pod których wydobywają się dźwięki znacznie gorsze niż pierdnięcia owego pawiana. Kobiecość zamieniona w karpia. Głośno przełykasz ślinę z obietnicą, że nigdy już nie tkniesz ryby, a tym bardziej nie wybierzesz się do zoo. Z opresji ratuje cię zielona barwa. Czym prędzej wyswobadzasz się z obecności nowego wzorca estetycznego. Starożytni pewnie na jej widok drapaliby się tak intensywnie po głowie, że straciliby wszystkie włosy. Lepiej, że tego nie widzą. My przestaliśmy czuć smak, a niesmak jest nam zachowawczo nieznany. Ma to swoje uzasadnienie, w tym, że ilość czynników wywoławczych jest tak duża, że mogłoby nas to doprowadzić do konwulsji.

            Zaschło ci w gardle, więc kierujesz się do pobliskiego sklepu spożywczego. Przed tobą stoi elegancka kobieta z dzieckiem, liczącym sobie, co najwyżej osiem lat. Mógłbyś tak po prostu poczekać i podelektować się prozaicznością sytuacji, lecz z marazmu rozmyślań wyrywa cię krzyk dziecka, tupanie małą nogą i złośliwe miny. Dziecko w jednej chwili przestaje być słodkim stworzonkiem i ulega, jakiejś potwornej metamorfozie w zielonkawego gnoma z zapasem ostrych zębów, gotowych na pożarcie matki, sklepowej, a także ciebie. Strzeż się. Jednak jeszcze bardziej zdumiewa cię spokój, jaki maluje się na twarzy kobiety; patrzy na swoją pociechę, jakby patrzyła na eksplozję cudowności, która wykracza poza wszystko to, co do tej pory wielcy filozofowie mówili o istocie prawdziwego piękna. Przyjmuje kaprys dziecka z chorobliwą emfazą, podobnie zresztą, jak jego kopniaki. Jej twarz wykrzywia się w spazmatycznym orgazmie: ,, Kop mocniej! Mocniej!’’. Sklepowa lekko strwożona sięga po paczkę ciastek, a ręce trzęsą jej się, jakby zamiast ciastek sprzedawała broń atomową. Prawdę mówiąc, dla ciebie opcja z bronią brzmi zbawienniej. Dziecko stopniowo zaczyna się uspokajać. Zielonkawy gnom z powrotem metamorfuje w niewinną fizyczność, która to ostatecznie przybiera formę małej istotki. Jedyny ślad tych dziwacznych transformacji osadza się w małych, zielonych oczkach. Uroczo, ziejących nienawiścią.

            Wychodzisz i już dotyka cię pokrętna ręka losu. Fortuna jest boginią odwieczną, jedynym bóstwem, które nie straciło swojego statusu ontologicznego. Odwraca twoją głowę w stronę pohańbionej Wenus, rozdającej autografy grupie mężczyzn. Kobieta ( w dawnym tego słowa znaczeniu pejoratywnym ) w niczym nie przypomina bohaterki Marty Orzeszkowej. Zrzuciła godność swojego ciała i cisnęła nią w kąt, jak bezużyteczną szmatą. Przybrana w nagość podrzuca się męskiej sforze, jak oskubana z piór kura; jest tylko jadłem, za które dużo się płaci, alkoholem zamkniętym w kryształowym kielichu, do którego każdy może przykładać swoje brudne usta. Te same usta, które szepczą do swoich żon słowa:,, Kocham cię’’. Metanol i podli pijacy. Małżeństwo idealne, ale nie sakramentalne.

            Z rozczarowaniem przyjmujesz do świadomości, że i ty należysz do gatunku homo sapiens sapiens. A właściwie – pytasz – Jaki będzie kolejny krok ewolucyjny ludzkości? Czy w ogóle możemy się czegokolwiek spodziewać? Może, jednak zbliżamy się do krawędzi istnienia, a dalej…Dalej tak naprawdę nic nie ma. Kosmiczny bezład, anarchia cząstek międzygalaktycznych, a kto wie, być może z nowego chaosu wyłoni się nowy początek? Gdy rozglądasz się i wyławiasz wszystkie zjawiska naszej codzienności, nie możesz uwolnić się od przekonania, a może przeczucia, że Święty Jan nie majaczył, a jedynie okiełznał fakty, których my możemy być w niedługim czasie świadkami.

Julia Rybicka – (ur. 2000 w Kole) – studentka III roku filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim oraz członek Koła Pasjonatów Sztuki i Literatury XIX wieku. Publikowała wiersze w ,,Akancie’’, ,, Helikopterze’’,, Migotaniach’’ ,  magazynie ,,Brak słów’’ ,,Bezkresie’’, ,,Wyspie’’, ,,Histerii’’, ,,Pisarze.pl’’, ,,Mojej przestrzeni kultury’’ oraz ,,Afroncie’’. Zwyciężczyni konkursu ,,Twórcze zaniemówienie’’ w kategorii poezja organizowanego przez pismo ,,Brak Słów’’. Pasjonatka trójboju siłowego i muzyki rockowej. Uwielbia podróże i spędzanie czasu na łonie natury.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko