Andrzej Wołosewicz – O nieistniejącej eseistyce Krzysztofa Gąsiorowskiego – część I

0
180

Twórczością Krzysztofa zajmowałem się przez kilkanaście lat naszej znajomości a także po jego śmierci (2012r.) na studiach doktoranckich (w latach 2010-2016) pod okiem profesora Andrzeja Zieniewicza kontynuowałem swoją przygodę z jego poezją. Efektem tych zainteresowań i podjętych działań jest książka „Krzysztof Gąsiorowski – biografia sensu. Poezja poza interpretacyjnymi oczywistościami”, która czeka na wydanie. Zanim to nastąpi postanowiłem podzielić się na łamach portalu niektórymi jej fragmentami wybierając te – z historycznego i biograficznego punktu widzenia – najmniej oczywiste. Myślę tu o eseistyce Krzysztofa, którą zdecydowanie „przesłania” jego twórczość  poetycka, bo tak to już jest, że poeci   n a j p i e r w  i  p r z e d e   w s z y s t k i m   są poetami. I być może tak powinno pozostać. Jednak są wśród nich tacy, którzy bardzo dobrze odnaleźli się w robocie krytyczno-literackiej i nie myślę tu wcale o pracy stricte recenzenckiej, lecz o publikacjach o większym rozmachu i – jak twierdzę – większym ciężarze gatunkowym, recenzje wszak przemijają dość szybko, chyba jeszcze szybciej niż recenzowana poezja.

Dzielę ten tekst na części, aby był przyjemniejszy w lekturze. Będzie ich IV. Dziś prezentuję pierwszą.


Zacznijmy od przykładu.

Bardzo dobre kompendium „Kalendarium życia literackiego 1976-2000”[1] zawiera 6 odwołań do Gąsiorowskiego (wszystkie z lat 1976-1989): czterokrotnie do jego artykułów zamieszczanych w „Poezji”, raz pojawia się Gąsiorowski jako uczestnik dyskusji redakcyjnej (o młodej poezji) a raz wymieniony jest wśród uczestników zjazdu ZLP. W okresie, który obejmuje „Kalendarium” Gąsiorowski wydał 6 tomików i 3 książki eseistyczne. O jednej z nich, ”Trzecim człowieku” (1980), Andrzej Zieniewicz pisze, że to „najważniejsza dla Pokolenia 60 książka programowa”. (A dwa artykuły Gąsiorowskiego, pojawiające się w Kalendarium dotyczą polemiki Barańczaka z Orientacją!). Dla porównania w tymże „Kalendarium” poeta i tłumacz Piotr Sommer wymieniany jest dwudziestokrotnie, przywołuje się sześć jego książek czy trzy tomiki Bohdana Zadury.[2] (O „znikaniu” nazwiska Gąsiorowskiego z encyklopedii poświęconych literaturze, w których we wcześniejszych wydaniach był obecny, już pisałem.)[3]

Nieistnienie eseistyki w obiegu krytyczno-literackim i literaturoznawczym to brak dyskusji nad twórczością i tezami, jakie stawia Gąsiorowski w swoich książkach. Dla przykładu o Baczyńskim pisze jako o poecie zdecydowanie bardziej hermetycznym niż wskazuje na to jego szkolno-lekturowa popularność. Analizując Broniewskiego prowadzi bardzo interesujące rozważania o granicach krytyki zauważając krytyczno-literackie zbanalizowanie recepcji wybitnego poety oparte o odwołania do wyraźnego nacechowania ideologicznego poezji autora „Bagnetu na broń” spełniającej funkcje instrumentalne, polityczne. Gdy tymczasem, poza funkcją społeczną należy prześledzić – jak to nazywa Gąsiorowski – funkcję poetycką.  Funkcja społeczna kieruje nas na zewnątrz poezji Broniewskiego, jego wiersze w tej roli albo pełnią funkcje polityczne „albo odnoszą się do rzeczywistych doświadczeń autora, czyli są jakby zorientowane na zewnątrz siebie (gdy tzw. „funkcja poetycka” języka charakteryzuje się zwrotem przeciwnym). (…) Utwory te przekraczają porządek literacki  także dzięki specyfice artystycznej, swej szczególności językowej, swej zasadzie poezjotwórczej, a więc ze względu na  s p o s ó b, w jaki zostały na zewnątrz siebie (ale już w zgodzie z kierunkiem „funkcji poetyckiej”) nakierowane! Wbrew rozpowszechnionym mniemaniom, również e s t e t y k a – a nie tylko wydźwięk ideologiczny czy „tematyka” tych wierszy – sprawia, że uchylają się krytyce. Tu jednak sama kategoria literackości, poetyckości, wymaga uściślenia. Albowiem, zdaje się, poprzez tę twórczość przebiega – g r a n i c a  k r y t y k i! Nazwijmy ją jej granicą zewnętrzną. Na przekór współczesnym nawykom zakres stosowalności krytyki (jeśli chce ona pozostać krytyką literacką) wcale nie musi pokrywać się z zakresem literatury! Krytyka nie jest bowiem obiektywną, pozasytuacyjną koniecznością wszelkiej literatury. Należy przeto przypuszczać, że jednoczesne sprzeczne zarzuty stawiano Broniewskiemu nie tylko przez przypadkowe niezrozumienie, ale z zasadniczych powodów. Miedzy innymi zapewne chciano, aby on w którąś stronę ową granicę przekroczył i tym samym zlikwidował tajemniczy problem swej nieuchwytności. Inny kierunek rozwoju proponował mu zapewne Stande, inny Zawodziński. Broniewski umiał mieć własne zdanie. Granica krytyki przebiega dokładnie środkiem jego poezji.”[4] Przytoczyłem ten fragment, bo dobrze obrazuje on walory eseistyki Gąsiorowskiego (będę jeszcze o tym mówił).[5] Oczywiście można wytłumaczyć i usprawiedliwić pomijanie tekstów o autorach tak znanych jak Broniewski czy Baczyński choćby tym, że łatwo mogą zginąć w morzu tekstów już o nich napisanych.

Trudniej natomiast wyjaśnić ciszę nad esejami, które dotyczą istoty i sensu poezji, wprowadzają nowe terminy, starają się wyjaśnić poetycką rzeczywistość w przekonaniu, że ją inaczej i głębiej uchwytują. Tym bardziej, że poeci wcale tak chętnie nie teoretyzują. Dostrzegam dwa – uzupełniające się! – powody takiej sytuacji. Pierwszy dotyczy tego, że eseistyka Krzysztofa nie bardzo była po drodze środowisku literackiemu, bo nie pasowała do jego (środowiska) świadomości rozpiętej między kawiarnią a Zjazdami. Tu liczyła się wewnątrzśrodowiskowa rywalizacja i ew. możliwe jej także czytelnicze zdyskontowanie a nie namysł uciekający od wiersza w stronę jakiegoś teoretyzowania! Drugi dotyczy tego, że z kolei akademickie środowisko literaturoznawcze o ile zawsze chętnie patrzy w stronę literackiej praktyki (to ona przecież jest jego pożywką), o tyle równie chętnie (i skutecznie!) strzeże swego terytorium przed nie-akademikami. Wyjątek związany z osobą Andrzeja Zieniewicza, który sekundował Gąsiorowskiemu w jego poczynaniach, tylko potwierdza regułę: Zieniewicz zajmując się Orientacją raczej przechodził na nie-akademicką stronę poetyckiej mocy[6] niż udawało mu się stronie akademickiej zaszczepić zainteresowanie poezją Orientacji. A sami poeci na ogół nie mają aż takiego akademickiego zacięcia (tak z powodu inaczej ukierunkowanego twórczego temperamentu, jak i z powodu braku formalnych kwalifikacji właściwych karierze akademickiej). Trudno więc znaleźć miejsce dla tej eseistyki. Bracia-literaci traktowali ją z przymrużeniem oka, bo nie gustują w „wymądrzaniu się” (przerastającym większość z nich) i najczęściej mają zupełnie nie-teoretyczne priorytety. Literaturoznawcy akademiccy zza swoich okopów „Świętej Trójcy” niechętnie penetrują teren na zewnątrz.[7]

Spojrzę na eseistykę Gąsiorowskiego próbując wypunktować jej najistotniejsze cechy i koncepcje.

Zacznijmy od tekstu „Źródło, słowa, miejsce”[8] i zacytujmy: „Trzeba nieustannie powtarzać, że między postulatem teoretycznym a utworem artystycznym istnieje zasadnicza różnica jakościowa, nie ma przejścia, wije się głęboka nieprzekraczalna szczelina o rozmiarach co najmniej „skoku kreacyjnego” i w poezji zamiast racji liczą się jedynie i wyłącznie przykłady. Poezja bowiem jest odnajdywaniem, nie poszukiwaniem i dobry wiersz stanowi raczej początek niż efekt każdego poetyckiego problemu. Tylko utwór jest konieczną i dostateczną swoją formułą, swoją miarą, swoim uzasadnieniem i usprawiedliwieniem (podkreśl. moje).”[9] Wskazuje to na pierwszą ważną cechę eseistyki Gąsiorowskiego: 

1. na autonomiczność wiersza, na dominację tej autonomiczności we wszelkim do wiersza podejściu.

Przytoczenie drugie: „Opozycja poezja – teoria literatury jest fikcją wobec procesu twórczego, fikcją tym bardziej wartą zdemaskowania, że wewnątrz samej poezji toczy się wielki spór o istotę inspiracji. Logos czy imago? Prawo czy zjawisko? Suma czy różnica? Wyrażenie czy odsłonięcie? (…) W rozpędzonej epoce jedno tylko istnieje rozwiązanie. Obraz. Nieprzekraczalna, doprowadzona poza możliwość bezpośredniej analizy znaczeniowej, nie sprowadzalna do niej wersja świata. Przytem to wskazanie na świat, na nie-poezję jako fundament poezji nie zaprzecza pozorności bezpośrednich poza poetyckich inspiracji i twierdzeniu, że to nie poezja jest wewnątrz świata, ale świat wewnątrz poezji. Poezja nie może się dzisiaj wywodzić z literatury, z kultury tak zdezintegrowanej, wywodzi się bezpośrednio ze świata ale wywodzi się  s a m a; jest samowzbudna.(podkreśl. moje)”[10] 

Przyjrzyjmy się temu fragmentowi. Sytuacja jest nad wyraz skomplikowana: autonomiczna poezja zawiera w sobie świat, świat z którego się wywodzi i do którego się odwołuje, i którego jest częścią, co pozwala jej czerpać sama z siebie nie odwołując się do literatury! Celowo dokonałem tych przytoczeń, bo one wskazują bezpośrednio na drugą cechę charakterystyczną omawianej eseistyki:

2. Gąsiorowski od początku swoich poszukiwań jest intelektualnie dojrzały, bo od początku jest rozpięty między poezją i dociekliwością na jej temat, między niemożnością (jak już wiemy poezja jest a-dyskursywna i bywa niemożliwa!) a wysiłkiem mówienia o poezji, objaśniania jej (czy ktoś może to lepiej robić od kogoś zanurzonego w poezji do stopnia ostatecznego?).[11]

Nie musimy zgadzać się z każdym wnioskiem i sformułowaniem Gąsiorowskiego, ale mierzenie się z jego ustaleniami jest solidnym wyzwaniem intelektualnym i poznawczym. Docierając do tekstów eseistycznych Gąsiorowskiego zaskakuje ich dojrzałość i przenikliwość.[12] Gąsiorowski, jak niewielu z nas wówczas i niewielu teraz zwraca baczną uwagę na problemy wynikające z tego, że język służy, oczywiście, do opisu świata będąc jednocześnie elementem tego, co opisuje, elementem samowzbudnym (jak pamiętamy) i stara się to ontologiczno-epistemologiczne zapętlenie rozpoznać.

Trzeci cytat: „Pamiętając jednak, że człowiek skłonny jest nie dopuszczać do siebie, nie uświadamiać sobie, tłumić informacje, które nie wkomponują się w jakiś system, czyli informacje, których oczywistość (system samowystarczalności) nie zostaje natychmiast jak gdyby zanegowana, rozumiemy, dlaczego prawdziwe odczytanie wiersza nie jest sprawą prostą. Nie jest sprawą łatwą, albowiem żaden sposób sprawdzenia poezji poza naszą wrażliwością i odwagą nie istnieje.”[13] W ten sposób docieramy do kolejnej, trzeciej już cechy omawianej eseistyki, tej mianowicie, że

3. Gąsiorowski patrzy szeroko: w jego polu widzenia jest i sam proces twórczy („Jak piszę wiersz?”), jego geneza i społeczno-prywatne, ba, ontologiczno-egzystencjalne czy metafizyczne zakorzenienie i recepcja poezji.

To wszystko mamy w eksplozywnym, powiedziałbym więcej: wulkanicznym tekście poświęconym Ratoniowi – „De profundis”.[14] Tekstów o takiej temperaturze a jednocześnie daleko wykraczających poza klasyczne „pro memoriam” wiele w polskiej eseistyce nie ma.[15]

Społeczno-historyczne wątki widzimy w książce „Pod powierzchnią Pogody i Historii – w rocznicę Powstania Warszawskiego; wiersze i do-opisy” (2005). Przypominam, że jest ona wieloletnim spisywaniem indywidualnego i społecznego funkcjonowania autora, funkcjonowania zaczynającego się od obserwacji łun nad powstańczą Warszawą przez dziewięcioletniego wówczas chłopca.

Wróćmy na chwilę do tekstu „Jak piszę wiersz?” To z mego obcowania z poezją i eseistyką Krzysztofa Gąsiorowskiego wywiodłem sformułowanie, że wiersz jest jednostką rozrachunkową w rozmowie poety ze światem.[16] Ale Gąsiorowski patrzy na literaturę w sposób jeszcze bardziej PRYMARNY, wedle zasady wyłuszczanej wprost w wielu miejscach i rozmowach. „Wierszy nie pisze się. Wiersze powstają” czytamy w „Jak piszę wiersz?”. Inaczej mówiąc: wierszy się doświadcza, wiersz jest doświadczeniem. I tak odczytuję książkę Gąsiorowskiego „Norwid, wieszcz-sufler”. Jest to zapis doświadczenia będącego udziałem Gąsiorowskiego, gdy przenika on – chciałoby się powiedzieć budując 3-piętrową konstrukcję – doświadcza doświadczenia samego Norwida i w sposób efektywny wciąga w tą grę czytelnika. Bo ta książka nie jest sprawozdaniem z lektury, dysertacją literaturoznawczą na temat i to ją różni choćby od kanonicznego już opracowania Gomulickiego. To o tej książce pisał Zieniewicz – wspominałem o tym, ale chętnie powtórzę – że jest „może pierwszą nowoczesną (a ponowoczesną, jeśli badać będziemy ów tekst od strony kompozycji, swobody metodologicznej, dialogowości konstrukcji) książką poety o poecie, jaką mamy w naszej literaturze. Drugą, gdy policzyć Tymoteusza Karpowicza rzecz o Leśmianie. Inne bowiem pisania: Przybosia o Mickiewiczu, o tymże Jastruna, Miłosza o Oskarze Miłoszu, o Blake’u, znowu o Mickiewiczu („Ziemia Ulro”, oczywiście), J. M. Rymkiewicza o Fredrze i Słowackim, i znów o Mickiewiczu, Barańczaka o Herbercie, Ważyka o innych awangardzistach – powstawały z odmiennych potrzeb i zatrudnień. Z potrzeb historycznoliterackich i zatrudnień…. profesorskich, iż wszyscy wymienieni zarabiali lub zarabiają na życie jako wykładowcy, akademicy, redaktorzy i wypisywanie utworów o klasykach było lub jest ich zawodowym obowiązkiem. Nawet gdy są to, jak u Miłosza, obowiązki prywatne. Pisząc, wchodzą w rolę historyków literatury – natomiast K. Gąsiorowski pisze o Norwidzie, ponieważ Norwid, nie daje spokoju Gąsiorowskiemu. Nie daje spokoju tak bardzo, że przez lata zmusza do notowania; wciąż jest obecny, stoi przed oczami i bez przesady rzec można, że spora część książki Gąsiorowskiego „odreagowuje” Norwida jako egzystencjalne, traumatyczne przeżycie.”[17] Już w tym krótkim przytoczeniu o książce zwraca uwagę temperatura i sens wysiłku Gąsiorowskiego, na który nakierowuje czytelnika Zieniewicz. 

Książka Gąsiorowskiego o Norwidzie jest dla mnie ważna z jednego zasadniczego powodu, była powodem mego spotkania z Krzysztofem, stała się dla naszej znajomości książką inicjacyjną. Pisałem już o tym w pierwszym rozdziale, tutaj pozwolę sobie tylko powiedzieć[18], że zawiera ona dokładną eksplikację kwestii czasoprzestrzennych horyzontów interpretacyjnych i problemu oczywistości (o których za chwilę) rozpoznawanych na przykładzie ujęcia twórczości Norwida. Tak samo to ujęcie, jak i wnioski sytuują rozważania Gąsiorowskiego na antypodach badań norwidologicznych, do jakich jesteśmy w historii literatury i naszego literaturoznawstwa przyzwyczajeni.

Czwartą cechą, którą wyłuskuję z mego przyglądania się Gąsiorowskiemu, to

4. szacunek dla „epifaniczności” języka.

Rozumiem przez to tyle, że Gąsiorowski świadomie stronił i stroni od jednoznacznych narzędzi swoich krytyczno-literackich penetracji. Raczej widzę u niego podejście fenomenologiczne tzn. podejście bez uprzedzeń, bez wprzódy ustanowionego porządku własnych założeń i przekonań (chociaż nie twierdzę, że Gąsiorowski jest z ducha fenomenologiem). W swej eseistyce najpierw pochyla się nad językiem, jego prozatorskim czy poetyckim wyrazem, inaczej mówiąc – stawia na bezpośredniość tego doświadczenia. Bo jest przecież świadom, jak mało kto, że bezpośredniość też jest zapośredniczeniem i to – bądźmy uczciwi – pełnym, zupełnym zapośredniczeniem. To dlatego w „Trzecim człowieku” czytamy, że „problem poezji wywiedziony z logiki rozwoju form artystycznych, więc na ich poziomie, to problem metaartystyczny. Rzecz w tym, aby zauważyć, że tym razem jest to także problem artystyczny! I go właśnie jako taki podjąć!” Zatem używany przez Gąsiorowskiego arsenał wiedzy i umiejętności jest mu pomocny, ale – na szczęście! – nie petryfikujący dla postawy poznawczej bezpośredniości. Ja piszę o epifaniczności wprost; niemniej ciekawym jej śladem jest samo pytające podejrzenie, jakie wyraża Krzysztof: „Nie dochodzi nawet do kryzysu wartości, który teraz rozstrzyga się głębiej, na poziomie znaczeń, czyli – jeśli chodzi o język – na poziomie faktyczności, której estetycznym wyrazem jest właśnie „oczywistość” (swym sposobem istnienia przypominająca epifanię [?]).”[19] (O samej „oczywistości” piszę niżej.)

Zatem odpowiedź na pytanie, jak pracuje język, które stawiam Gąsiorowskiemu, szukanie tej odpowiedzi w jego eseistyce potrafi dać rozkosz, bo gdybym miał określić jednym sformułowaniem skomplikowane relacje Gąsiorowskiego z językiem, to powiedziałbym, że był „kochankiem języka” cokolwiek się czytającemu z tym skojarzy.


[1] P. Czapliński, M. Leciński, E. Szybowicz, B. Warkocki, Kalendarium życia literackiego 1976-2000, Kraków 2000.

[2] Wyjaśniam od razu, by uniknąć nieporozumień: nie mam nic przeciwko Sommerowi i Zadurze, funkcjonują tu jedynie na prawach przykładu. Przecież na wiersz Sommera będzie się powoływał sam Gąsiorowski (jak się okaże jeszcze w tym rozdziale).

[3] Przegrywał na literackiej giełdzie ważności nawet z twórczością Marcina Wolskiego, co mogłoby zakrawać bardziej na żart niż poważne traktowanie literatury, gdyby nie dotyczyło poważnych wydawnictw i poważnych książek.

[4] K. Gąsiorowski, Fikcja realna, Warszawa 1986, s. 178-179.

[5] Nie jest zaś moim zadaniem wdawanie się w spory wokół możliwych interpretacji Broniewskiego.

[6] Także pracując i publikując w nie akademickich periodykach w rodzaju Poezji czy Nowego Wyrazu.

[7] Zieniewicz, Balcerzan, Sadowski to za mało by uczynić wyrwę w tym murze niewidzenia, która pozwoliłaby na znacznie szerszy dialog.

[8] K. Gąsiorowski, Trzeci człowiek, dz. cyt., ss. 155-176.

[9] j. w., s. 158.

[10] K. Gąsiorowski, Źródła poezji w; Za progiem wyboru, dz. cyt., s. 19.

[11] Przypominam określenie Wawrzkiewicza o Gąsiorowskim: prawdziwe było dla niego tylko to za zapisał w wierszu.

[12] Teksty w Za progiem wyboru pisał 31 letni poeta.

[13] Źródła poezji, dz. cyt., s. 21.

[14] Poezja nr 1/1984.

[15] Piszę o nim w rozdziale 4.3.

[16] Będę o tym mówił w następnym rozdziale.

[17] A. Zieniewicz, Epifanie nad nicością. Norwid między Salonem a Miastem, w: Poezja dzisiaj nr 29/30/2003. s. 101

[18] Pisałem o tej książce Krzysztofa w recenzji „My wszyscy z Norwida? – biografia sensu” w: Literacka Polska,  2002 nr 4(5), s. 110.

[19] Trzeci człowiek, dz. cyt., s. 45.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko