Wiersze tygodnia – Jan Strządała

0
302
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Z mojego kraju  

Z mojego kraju 
czarne wrony odlatują 
do Grenlandii 

to takie stada  
nienormalnych ptaków  

szron się różowi od wschodu
dni się kołyszą jak osty 
od zimnego wiatru  

Z mojego kraju 
płynie pieśń od ziemi  
kiedy pług ją przewraca 
żeby oddychała miłością do niej 

Od tych pól jej imię 

Z mojego kraju 
tętent koni słyszę 
gdzieś od Racławic 
przez listopad styczeń 
dreszcz idzie w powietrzu  

Szopen gra  
Norwid wiersze pisze  

I znów świt 
i znów Wisła 
we mgle Warszawa 
a dalej Gdańsk 

I trzy krzyże i kotwica  

Z mojego kraju 
nikt nie ucieka 
śnieg pada biały 
na czerwoną miłość. 


Z tej ziemi 

Z tej ziemi 
z której macierzanki zapach 
wsączył się w me włosy jak różowy dym 

Z tej ziemi 
cała czułość świata w wysmukłych trawach
w wierzbowych listkach drży 

Z tej ziemi wyrosłem  
karmiony pospołu romantyczną gorączką
i piołunem Losu 

w mojej krwi płyną gwiazdy  
których światło boli 

do serca przelewa się wolno śpiewam
lecz słowa kaleczę o usta 
i z tego co było pieśnią 
tylko szelest został 

Nad doliną Wisły 
dzwon kruszy szkło powietrza 

i w tej właśnie chwili 
myślę 
że jest takie miejsce pod namiotem nieba  
gdzie mi przez serce płynie wielka rzeka światła 

To gwiazdy we krwi rozmawiają językiem ziemi
uczą mnie źródła. 


W marcową noc 81 

Nad ciałem milczy słowo 
nad polami brudny śnieg 
puste gwiazdy czerwienieją
jak kolce  

Polska  
gorączka 
zapala białe skrzydła 
łamie zrosty brudu  

Marsz marsz Dąbrowski 
złota igła świtu 
płynie żyłą Gniewną 

Tej nocy jest tak cicho 
i nikt nie śpi 
czekając na 
słowo.  


Lot nad gniazdem 

Nie przerywajcie mojego lotu 
kiedy oderwany od płyty chodnika 
z kawałkami betonu w skrzydłach 
z bliznami 
które uczyły pokory 
inne orły 

szukam tego miejsca 
które nazywałem  
gniazdem  

Nie bójcie się 
kiedy w wychudłych gałązkach 
wierzb nad Wisłą 
poczujecie wiatr 

to ja 
uciekłem z obrazka 
tam został tylko biały ślad  

Nie mylcie mnie 
z czerwonym latawcem 
ani białym statkiem Apollo  

w mojej krwi dzwonią kosy i szable
w moich skrzydłach  
wolność 

Wyłączcie te szklane pudła
i blaszane koniki na biegunach  

biegnijcie do źródła 
przez elektryczne pastwiska
i benzynowe cmentarze  
płoną wici.  


Głogi płoną 

Uliczna noc 
obmywa mój dom 
z popiołów słońca 

Okruchy rtęci drżą 
na czarnej szybie 

Jest cicho 
tylko w czarnym kloszu nocy 
pies szczeka 
jakby nie wierzył 
w nieruchomy spokój 

mój dom  
moja ulica  
moje miasto zamarzło 
w milicyjny sen pod oknem 

całą noc 
patrol  

Na zdziwionym śniegu 
czerwone płomyki głogu 
jak krew 

Szyba nocy  
przechyla się na wschód  

Kropelki rtęci ściekają 
zapalają słońce  
głogi płoną.  


Jest taka Pieśń 

Z cienia twoich drzew 
i złotego szumu 
pszczół 

co nad polem łubinu 
muzykę lata słodką rozwieszają
jak muślin weselny  

Z rzek co jak trzy siostry  
z południa na północ  
niosą swe warkocze 
by spotkać się z morzem  

Z równin gdzie kępy drzew  
strony świata mierzą 
idę w Polskę 

Brzozy jak palce światła  
między czarną ziemią i nocą czarniejszą
wskazują mi drogę 

Z kapliczek białych  
sczerniałe Madonny schodzą 

We mgle 
co nad doliną 
jak smutny dym z wypalonych ognisk
czepia się gałęzi  
bo jest pamięcią drzewa 

tak ja biegnę 
przez mój kraj do jutra 

Jest w moim kraju taka noc najkrótsza
kiedy płyną Wisłą zapalone wianki
Jest taka pieśń 
która na końcu świata  
z Polaka czyni Polaka.  


Są takie drzewa odważne  

Są takie drzewa odważne  
które szumią 
w najczarniejszy ranek 
kiedy innym liście  
przymarły wzdłuż ciała  

Są takie ptaki nadziei  
które lecą dalej 
choć inne zostały 
w obcych krajach  

Są takie rzeki niekonwencjonalne  które utonęły 
by nie płynąć 
w stronę 
brudnych sadzawek  

I jest na Ziemi taka ziemia 
która wskrzesza zmarłych  
by dać żywym odwagę 
– być drzewem szumiącym i orłem 
i człowiekiem wolnym  

Kiedy się wypełnią dni 
i ta ziemia mnie przyjmie  

Wyrosnę takim drzewem  
Wzniosę się tym ptakiem  
Dopłynę rzeką do źródła.  


Gorączka  

Kiedy upadnę twarzą do ziemi 
za wcześnie 
w rodzinnej stronie 
Nad chorym ciałem  
zakołyszą się dziurawce 
piołuny 
a górski oset nakarmiony słońcem 
dziewięć ramion wyciągnie do mnie 
i powrócą mi siły 
żebym twarz mógł podnieść 

Bo z tej ziemi jestem ulepiony 
z jej świerków, buków i sosen 
zapach żywicy jak pieśń 
przypomina  
gdzie jest moje miejsce  

I tyle jest we mnie światła  
ile potok niesie 
i tyle mroku 
ile pod kamieniem  

W Górach 
ta sama muzyka – echo słońca 
która w mojej krwi  
jak gorączka  
wypala chore miejsca  
obce zabłądzone.  


Ciepły śnieg  

Na gniewnym drzewie 
czarne ptaki 
milczały 
przymarznięte do skrzydeł 

W powietrzu unosił się głośny 
zapach prochu  

Ciało moje jak kula 
upadło po drugiej stronie 
W wysokim niebie ktoś zamykał
okno 

Cisza rosła jak lód 
jeszcze przez chwilę 
kołysała się 
bezsenna 
Gwiazda Polarna 
aż czarne ptaki oderwały się
z gniewem wydziobały jej światło  

Czarne ciepło jak krew 
rozlało się w mózgu 

Obudziłem się 
ktoś kolbą walił 
w moje drzwi 

Wyskoczyłem przez okno 
w biały ciepły śnieg 
zaczerwienił się z bólu.  


Oset 

Styczniowa kość naga 
szron 

Słońce budzi ciało 
krajobrazu 
i mnoży barwy 
jak siostry 

Po śniegu echo 
srebra 
a po drzewach tęsknotę 
zieleni 
rozsypuje jak iskry 
brązami kory 
milczy 

Białe płomienie 
styczniowego mrozu 
zapalają szyby 

Patrzę z ciepłej izby 
jak samotna pięść ostu 
na białej równinie 
kaleczy kolcami 
czułe palce śmierci 

Słyszę jak w grudzie 
ziarno płacze z zimna 
i śni Wielkanoc 

Głodny styczeń 
tnie szybę mojego okna 
aż do krwi. 


Moja ziemia 

Ten pasek ziemi był mój
zaklinałem jego granice 
codziennie 
aż poczułem że już nie pamięta
swojej księgi 
puste pole  
miedza aż po horyzont 

trochę w prawo 
krzyż wielkanocny 
tam biegłem codziennie 

wymodliłem ten kawałek świata
kiedy wschodziło słońce 
czerwienił się 
otwierał dla mnie każdą bruzdę
płoszył ptaki 
które wracały zdziwione 

inni uprawiali moją ziemię
ja ją tylko oswajałem  
kochałem jej drzewa 
byłem z nią kiedy 
ją orali 
bosą stopą dotykałem trawy
słuchałem jej szelestu 
widziałem jak płakała  
deszczem 

zimno 
śnieg zasypiał w jej ramionach
budziłem go  
każdego dnia byłem bliżej 

ciepłe słońce odsłoniło bruzdy
jasny dzień 
biegłem  
w jej powietrzu 
miedza kończyła się niebem.


Matka kroi chleb 

Milczy chleb na stole 
jest pełen cieni 
Rozmawiają w nim 
dusze ściętych zbóż. 
Za oknem 
białe dymy 
trwonią tajemnicę plewy
Osty 
suchą słodycz kołyszą 
jak głód 
Obnażona ziemia 
pusta 
pod dotknięciem pługa 
odwraca się na grzbiet 
naga 
oczekuje ziarna 
śni białą suknię śniegu 
Czarne ptaki wydziobują z niej
śmierć 
Matka kroi chleb 
przyciskając go do piersi
Otwiera tajemnicę 
ziemi powietrza słońca i
czterech pór roku 
znakiem krzyża. 


Apokalipsa 

Siwy gołąb 
wypatruje miejsca 
na dachu kaplicy 

Jej mury z aksamitu wieków
szorstkie jak ręce 
które ją modliły 

Dach z gotyckiej krwi 
plami drzewa 

Gołąb pilnuje ostatniej drogi
dzieci się bawią 
obok lustra wody 

A na horyzoncie wiek XX jak olbrzym
na glinianych nogach 
niesie w brudnych dłoniach 
białą hostię atomu 

Potyka się o kamienne tablice 

Hostia upadła 
w chwilę później 
detonacja 

i w lustrze wody pusto 

Tylko siwy gołąb unosi w Kosmos
gałązkę krwi 
szuka nowej Arki. 


Modliła się we mnie modlitwa 

Modliła się we mnie ziemia 
wiatrem brzemienna 

ptaki i anioły nade mną szybowały
rozsypując gwiazdy 
garściami 

od początku aż do pełni 
ciała 
śpiew się unosił we mgle 
nad wodami  

fatamorgana 
też miała swoją złotą godzinę w trawie 

Modliła się modlitwa we mnie
jak palce 
obejmujące słowa  
by je wznieść 
ponad śpiew i poczerniałe gwiazdy 

nad ranem 
poczułem uderzenie  
delikatne 
jak skrzydłem motyla 

i runęły ściany mojego ciała 
na ziemię 
modlitwa się rozpłakała.


Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko